FiM – Krajobraz księży(cowy)

Trwa nabór do ekspedycji pod hasłem: „Księża na Księżyc”. Lista chętnych wydłuża się zdnia na dzień. Prezentujemy kilka nowych kandydatur…

Po ślimaczącym się od lipca 2008 roku procesie Sąd Rejonowy w Brzozowie (woj. podkarpackie) wydał wyrok w sprawie ks. Stanisława K., byłego proboszcza parafii św. Klary w Hłudnie (archidiecezja przemyska), oskarżonego o psychiczne i fizyczne znęcanie się nad czwórką dzieci oraz doprowadzenie 13-letniego ministranta Bartłomieja O. do samobójstwa. Prokurator domagał się dla sprawcy 2,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności, ale stanęło na 2 latach… w zawieszeniu na pięć. Orzeczenie jest nieprawomocne.

Ponieważ proces toczył się za zamkniętymi drzwiami – jak zwykle w przypadkach narażenia na szwank „dobrego” imienia Kościoła – uzasadnienia skandalicznie niskiego wyroku nie znamy. Według Artura Lipińskiego, rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Krośnie, brzozowska Temida uznała, że dobrodziej, owszem, znęcał się nad chłopcem, bijąc go po twarzy, targając za uszy, stawiając bezpodstawne zarzuty kradzieży pieniędzy z zakrystii oraz grożąc mu przeszukaniem domu przez policję, ale nie miało to bezpośredniego związku z samobójstwem. W przypadku Darii, Faustyny i Karoliny, które szczęśliwie przeżyły wielokrotne bicie po rękach, szarpanie za uszy lub włosy, wrzaski oraz wykręcanie głowy, sąd „wycenił” karę na 6 miesięcy, które włączono do wyroku za Bartka.

Skandal w Hłudnie ujawniliśmy, gdy prokuratura jeszcze zastanawiała się, czy jest sens stawiać księdzu zarzuty (por. „Musiałem to zrobić” – „FiM” 1/2008). Prowadziliśmy też później własne śledztwo, więc może-my zaprezentować ciąg zdarzeń poprzedzających śmierć ministranta, aby każdy mógł wyrobić sobie pogląd, czy duszpasterz przyczynił się do tragedii, czy faktycznie jest niewinny, jak to ocenił sąd.

Był piątek 14 grudnia 2007 r. Ksiądz Stanisław, pseudonim „Łysy”, wezwał do siebie Martę O., matkę Bartka, żeby opowiedzieć jej o małoletnim zbrodniarzu, który ukradł mu 480 zł i niczym zgniły recydywista idzie w zaparte, a nawet bezczelnie przysięga na wszystkie świętości, że jest niewinny. Gdy kobieta wróciła do domu, syn był na sankach. Wieczorem miał służyć do mszy. Długo nie wracał, więc zaczęła go szukać. Na ścieżce za domem zobaczyła świeże ślady na śniegu. Wiodły za stodołę. Było tam drzewo, sznur i bezwładnie zwisające ciało dziecka… Młodsza siostra chłopca znalazła w domu kartkę zatytułowaną „Pożegnanie”. Oto jego treść:

„Nienawidzę Łysego. Tego pedofila. Musiałem to zrobić, ponieważ mówił, że go okradłem. Ale ja przysięgam na Boga, że tego nie zrobiłem. Ale jemu tego nie powiem. To, co napisałem, oddać policji. I żeby go zabrali z parafii, bo to pedofil. Nie chcę być gwałcony przez niego. Nie wiem, o jaką smycz mu chodzi. To, co jest moje, oddać potrzebującym. Obłój Bartek”.

Pod spodem jeszcze dopisek: „Odczytać po mojej śmierci”,a na marginesie wzmianka świadcząca o tym, że pisał w szkole, 12 grudnia 2007 roku o godz. 9.40, w trakcie lekcji języka polskiego. Z sobie tylko znanych powodów wyrazy „pedofila”, „pedofil” i „gwałcony” później zamazał, ale z łatwością można je było rozszyfrować. Ksiądz Stanisław osobiście poprowadził ceremonię pogrzebową, mimo iż rodzina prosiła o księdza z innej parafii. Żaden się nie odważył… Gdy kilka dni później treść listu Bartka wyszła na jaw, proboszcz złożył na policji doniesienie, że skradziono mu 480 zł i… smycz dla psa!

Sporządzona na potrzeby śledztwa opinia psychologiczna dotycząca ofiary i jej domniemanego kata była dla duchownego katastrofalna. Biegły stwierdził, że ksiądz bezwzględnie manipulował dzieckiem, które żyło pod nieustanną presją. Nie udało się ustalić, czy proboszcz wykorzystywał je seksualnie, bowiem śmierć skutecznie zatarła wszelkie ślady mogące potwierdzić sugestie zawarte w liście, a podejrzany nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Podczas procesu sąd postanowił przychylić się do wniosku obrony o sporządzenie dodatkowej opinii. Zadania podjęli się specjaliści z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Nie potwierdzili bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego między zachowaniami oskarżonego a samobójstwem jego ofiary, stąd prawdopodobnie taki, a nie inny wyrok, choć wedle prawa sąd nie był związany treścią żadnej z opinii.

Na mocy decyzji abp. Józefa Michalika, metropolity przemyskiego i przewodniczącego Konferencji Episkopatu, były proboszcz z Hłudna pracuje obecnie jako wikariusz w pewnym znanym uzdrowisku. Włos z głowy mu nie spadł, a największym problemem jest konieczność zapłaty ponad 11 tys. zł tytułem zwrotu kosztów procesowych poniesionych przez poszkodowanych.

###

Pod koniec sierpnia 2012 r. w Przasnyszu (woj. mazowieckie) nastąpiło uroczyste objęcie we władanie parafii św. Wojciecha przez 48-letniego ks. prałata Andrzeja Maciejewskiego. „Nowego proboszcza przywitali parafianie, siostry zakonne, wspólnoty działające w parafii, katecheci, władze samorządowe oraz dyrektorzy szkół”– entuzjazmowały się lokalne media. Mało kto zwrócił wówczas uwagę na fakt, że prałat przez pięć lat pełnił funkcję diecezjalnego ekonoma (oficjalnie dyrektor Administracji Kościelnymi Obiektami Diecezji Płockiej), czyli musiał wykazywać wybitne kwalifikacje w rzemiośle łupienia wiernych.

Księża doskonale wiedzą, że najwięcej kasy wyciąga się z cmentarzy. Od tego też – po kilkumiesięcznej aklimatyzacji – zaczął Maciejewski, wprowadzając nowy cennik dla rodzin nieboszczyków. A zawinszował sobie:

# 900 zł za pojedynczą kwaterę i proporcjonalne 1,8 tys. zł w przypadku podwójnej. Tyle samo miało kosztować przedłużenie dzierżawy na kolejne 20 lat, choć dotychczas obowiązywał ułamek (200 zł) podstawowej opłaty wniesionej przy pochówku;
# 150 zł „ofiary” za usuwanie z grobów zwiędłych kwiatów;
# natychmiastowego uiszczenia wszelkich zaległości według aktualnie obowiązującej taryfy (w uzasadnionych przypadkach z możliwością rozłożenia na raty) pod groźbą likwidacji nieopłaconych grobów.

Gdy obywatele zagrozili wojną, zaś „Tygodnik Przasnyski” posunął się do stwierdzeń, że pleban „cofa parafię do czasów średniowiecza” i „nie ma litości wydzierając ludziom z gardła ostatni grosz”, Maciejewski spuścił z tonu.

– Właśnie ogłosił, że zawiesza cennik do czasu zmodyfikowania go przez nową radę parafialną. Bardzo sprytnie, bo prędzej czy później odbije sobie straty, a całe odium spadnie na „zderzaki” – zauważa nasz korespondent z parafii św. Wojciecha.

###

Szefem parafii NMP Królowej Polski i wicedziekanem we Włocławku został niedawno 52-letni ks. Józef Miłek (na zdjęciu). Przybył z niewielkiej wsi Chełmno nad Nerem (gmina Dąbie), gdzie również był proboszczem, a jeszcze wcześniej rządził duszami mieszkańców wioski Siniarzewo. Nie ulega wątpliwości, że ordynariusz bp Alojzy Mering ks. Józefa widzi i promuje.

Widzą go również wierni i… szeroko otwierają oczy ze zdumienia:

– Pomijając kwestie kultury osobistej i traktowania ludzi niczym bezmyślne owce, które można bezkarnie obrzucać wyzwiskami, proboszcz wprowadził ciekawy zwyczaj wymuszania na rodzicach zaświadczeń lekarskich usprawiedliwiających nieobecność dzieci na niedzielnych mszach. Mieliśmy wyjątkowego pecha, że trafił nam się taki… (tu słowo niecenzuralne – dop. red.) – zauważa jedna z matek.

Tymczasem w opuszczonym przez księdza Chełmnie i okolicach wciąż trwa festiwal radości:

– Ten facet wyobrażał sobie, że będzie rozdawał karty. Przed wyborami samorządowymi zrobił z ambony tubę propagandową przeciwko Zbigniewowi Mielczarkowi, burmistrzowi Dąbia kandydującemu na kolejną kadencję, a skupiona wokół parafii „agencja informacyjna” zaczęła rozpowszechniać pogłoski, że ten polityk współpracował z SB. Mielczarek był pewien, że centrum koordynacyjne akcji znajduje się na plebanii. Gdy wygrał, proboszcz miał w urzędzie przechlapane i biskupowi nie pozostawało nic innego, jak tylko go stąd zabrać – tłumaczy radny miejski z Dąbia.

– Józef jest zapalonym myśliwym (jest członkiem Wojskowego Koła Łowieckiego nr 248 „Sokół” w Bydgoszczy – dop. red.), więc najważniejsze były polowanka i biesiady. Zrobił dosyć dużo, jeśli chodzi o inwestycje kościelne, ale skłócił wieś. Większość mieszkańców odetchnęła z ulgą, gdy odchodził. Nawet jego zwolennicy przyznają dzisiaj, że dobrze się stało – podkreśla duchowny z sąsiedniego dekanatu. Ksiądz Miłek odmówił nam wypowiedzi na temat swojej dotychczasowej kariery i perspektyw na przyszłość…

###

2 listopada 2012 r. w godzinach wieczornych ks. dr Zygmunt Cz., proboszcz parafii św. Antoniego Padewskiego w podkoszalińskim Osieku, prowadząc z nadmierną prędkością samochód, spowodował wypadek, w którym zginęło na miejscu dwóch spośród czterech towarzyszących mu ministrantów (16- i 23-letni). Według wersji oficjalnej jechali na trening piłkarski. W tzw. Dzień Zaduszny o godz. 19 z minutami… Kuria biskupia nie znalazła powodu, żeby wycofać swojego człowieka na zaplecze kadrowe, i ks. Zygmunt pozostał proboszczem w Osieku, jak gdyby nic się nie stało. Po upływie trzech miesięcy okazało się, że policja nie zatrzymała duchownemu prawa jazdy (podobno dlatego, że był trzeźwy), choć prokuratura przedstawiła mu ciężki zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci poprzez naruszenia zasad bezpieczeństwa w ruchu drogowym (zagrożone karą do 8 lat więzienia).

4 lutego 2013 r. w godzinach przedpołudniowych ks. Zygmunt, prowadząc pożyczony od rodziny samochód, wpadł do rowu. Tym razem był sam, a ponieważ nie odniósł żadnych obrażeń, z pomocą jakiegoś parafianina dotarł na plebanię. Policja szybko go odnalazła. Był pijany (pomiar wykazał 1,5 promila), więc policjanci odwieźli go do izby zatrzymań. Gdy wytrzeźwiał, prokurator przedstawił mu kolejny zarzut i wypuścił za poręczeniem majątkowym w wysokości 5 tys. zł, a ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski bp Edward Dajczak postanowił w trybie natychmiastowym odwołać ks. Zygmunta Cz. z funkcji proboszcza, co uroczyście obwieścił rzecznik kurii ks. Wojciech Parfianowicz.

– Ale na stanowisku wykładowcy pedagogiki w seminarium go pozostawili, bo tam człowiek jest mniej widoczny… Ksiądz Zygmunt cieszył się swoim pierwszym probostwem zaledwie siedem miesięcy. Wcześniej przez wiele lat był dyrektorem Bursy Katolickiej dla chłopców w Szczecinku. Bardzo sympatyczny, uczynny. Uchodził za tzw. niepijącego alkoholika, ale była to, niestety, tylko legenda. Dyskretnie odsunęli go od młodzieży, żeby nie siał zgorszenia, i dopiero gdy je „zasiał” w parafii, biskup uznał, że trzeba go jednak schować na dłużej – ironizuje wikariusz z Koszalina.

[2013] FaktyiMity.pl Nr 8(667)/2013

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: