Prałata diabli wzięli

Przepis na cudowne zniknięcie księdza i miliona złotych.

Wizyta papieska zachwiała naturalną hierarchią społecznych emocji, bowiem wydarzenie donioślejsze od niej dla egzystencji Kościoła nie zaistniało w ogóle na łamach gazet, a zatem i w głowach ludzi. Uprowadzono wikariusza generalnego diecezji łowickiej prałata Franciszka Augustyńskiego. Nie wiadomo, czy prałat żyje. Wychodzi, że może w ogóle nie był księdzem. Niewykluczone, że uprowadził się sam lub porwał go diabeł albo wstąpił żywcem do nieba. Logika zdarzeń układała się w schemat zbrodni doskonałej.

Wyparowanie

Najpierw wymuszasz na prałacie, aby zagarnął powierzone mu pieniądze, np. milion złotych, bo o przywłaszczenie tyluż Augustyński jest pomawiany. Następnie wsadzasz go w jego własny samochód, wywozisz do lasu. Potem czapa. Samochód odstawiasz na lotnisko Okęcie. Z telefonu denata wysyłasz do podległych mu wikariuszy, których numery są w pamięci komórki, że sorry, nie warto się z tobą kontaktować i ciebie szukać, bo to bezcelowe. Dziękujesz wszystkim za lata współpracy. Samochód każesz odebrać z lotniskowego parkingu. Hierarchowie kościelni oraz podwładni przyjmują to zachowanie dostojnika kościelnego jako naturalne i nie powiadamiają organów ścigania. Trochę to dziwne… Zaginionego psa poszukuje się listami gończymi wywieszonymi na słupach, a Katolicka Agencja Informacyjna słówkiem o stracie hierarchy nie wspomniała. Agencja ta specjalizuje się w dobrych dla Kościoła informacjach. Polska Agencja Prasowa wysiliła się na zdawkowy komunikat powołujący się na doniesienie lokalnego „Dziennika Łódzkiego”, choć ona sama powinna być źródłem wiedzy. Tylko „Fakty” TVN odważnie o znikającym dygnitarzu powiedziały.

Życie poczciwe

Aby pojąć kuriozum, trzeba wiedzieć, kim był ksiądz konsultor Franciszek Augustyński. Chodzi o postać w polskim Kościele nietuzinkową, której pozycja była wielce zasłużona. Augustyński mógłby dawno być biskupem, gdyby nie poglądy będące w poprzek obowiązującej doktryny. Wybrał trudniejszą drogę pracy u podstaw oraz reform Kościoła bocznymi drzwiami. Dla idei poświecił siebie. Być może nawet skazał się na śmierć, jeżeli nie tę biologiczną, to w każdym razie jako duszpasterz. Przez 39 lat kapłaństwa pozostając w rozdarciu nie opublikował żadnej pracy prezentującej swoje przełomowe dla duchowieństwa katolickiego poglądy. Mówi się, że pisywał głównie do szuflady, dla osobistej refleksji i w celu upublicznienia po śmierci.

Wikariusz, czyli wykonawczy zarządca kurii i diecezji, był zdecydowanym przeciwnikiem celibatu wśród księży. Plotka głosi, że spłodził syna. Przez kilkadziesiąt lat ukrywać go musiał jednak za granicą utrzymując rzadkie, lecz przepełnione ojcowską troską kontakty. Nie odwrócił się też od matki dziecka, kobiety odważnej, która spędzała życie w ciągłym lęku przed zdemaskowaniem i ostracyzmem.

Był człowiekiem duszą zwanym, niekiedy duszą towarzystwa. Nie szczędził sił, zdrowia ani czasu, by głosić Słowo Boże osobnikom zamroczonym alkoholem. W stanach nadzwyczajnej konieczności gotów był zaryzykować karierę kierowcy volkswagena prowadząc samochód z ułańską fantazją. Jego biesiadny i radosny sposób posługi bliźniemu zaowocował licznymi znajomościami w świecie łowickiego establishmentu. To przekładało się na dotacje do licznych inicjatyw, którymi w Łowiczu wyróżniał się kościół parafii Świętego Ducha, gdzie Augustyński był proboszczem. Wiele wskazuje na to, że prałat Augustyński nie ograniczał się do przekładania pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Rozumiejąc rangę gotówki w wolnorynkowej boskiej rzeczywistości dostrzegł kolosalne możliwości pomnażania jej w kasynach i salonach gry. Widywany był – chyba że był to jakiś osobnik bardzo podobny do księdza Augustyńskiego – w przybytkach hazardu Warszawy i Łodzi. Nie był graczem chciwym. Jak wygrywał, to wspomagał będących w potrzebie, dzięki czemu, gdy przytrafiła mu się zła passa, mógł liczyć na rewanż. Tym samym duch chrześcijańskiego współczucia i solidarności emanował w najbardziej ekstremalnych przyczółkach szataństwa.

Pomny na słowa Chrystusa, które udaremniły ukamienowanie kobiety lekkich obyczajów Marii Magdaleny – „Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamień” – nie stronił mimo swoich 62 lat od towarzystwa kobiet upadłych (prałat Augustyński lub ktoś do niego bardzo podobny). Dzielił się z nimi miłością, a nawet pomagał w potrzebie.

Był też Franciszek Augustyński zwolennikiem ekumenicznego pojednania z przedstawicielami innych wyznań. Rondo nazwiskiem Brzechwy poświęcił. Gdyby nie on, nigdy nie zostałoby ono żydowskim nazwiskiem ochrzczone. Naraził się tym na liczne uszczypliwości prymitywnych umysłów.

Ktokolwiek widział

Ten dobry człowiek i ksiądz zniknął nagle 17 maja w niewyjaśnionych okolicznościach. Potraktowano go okrutnie. Bez dania racji i możliwości obrony już po trzech dniach biskup łowicki Andrzej Dziuba pozbawił księdza Augustyńskiego stanowisk i wszelkich honorów, a o jego zniknięciu nie zawiadomiono nawet policji. – Nie ma zgłoszenia, nie ma trupa, nie ma więc podstaw do poszukiwań lub dochodzenia – wyjaśnili nam gliniarze.

Hipoteza z powyższego może być taka, że Kościół maczał ręce w zniknięciu prałata, a na pewno jego dematerializacja była mu bardzo na rękę. Szczerości Kościoła spodziewać się raczej nie należy. Dlatego ktokolwiek widział Franciszka Augustyńskiego po 17 maja 2006 r., proszony jest o kontakt z redakcją „NIE”. Proponujemy też samemu księdzu, aby udzielił nam wywiadu – choćby telefonicznie. Nie ocenzurujemy nawet słówka. Dla ułatwienia publikujemy zdjęcie prałata, które pobraliśmy z Internetu. Lepszych śladów po prałacie nie znaleźliśmy.

[2006] Tygodnik NIE Nr 23/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: