FiM – Hieny na plebanii

Gdy umiera ksiądz, na plebanii pojawiają się hieny. Najczęściej w sutannach, niekiedy nawet biskupich. Niby interesują się stanem zdrowia nieboraka, ale tak naprawdę chodzi im tylko o pieniądze. Rekwirują książeczki oszczędnościowe, pieniądze z kościelnej kasy i najcenniejsze przedmioty. Bywa tak, że gdy ksiądz rozstanie się z tym światem, nie ma go za co pochować.

– Na kilka dni przed śmiercią syna w skierniewickim szpitalu, niespodziewanie na plebanii w Bolimowie pojawił się sam biskup łowicki Alojzy Orszulik – wspomina ze łzami w oczach Wanda Mazgajska, matka zmarłego proboszcza ks. Waldemara (na zdjęciu). – Kazał mi się natychmiast wynosić z plebanii, gdzie mieszkałam. Zamiast stanem zdrowia syna, interesował się tylko pieniędzmi. Serce mi się rozrywało z bólu. Cóż miałam robić? Dobrze, że miałam gdzie się wynieść.

– Któregoś dnia zobaczyłam biskupa Orszulika. Rozpoznałam go natychmiast, choć był po „cywilnemu” – wspomina jedna z pielęgniarek skierniewickiego szpitala. – Wszedł do księdza Waldemara, przez moment popatrzył na niego i wyszedł. „Ile mu jeszcze pozostało życia?” – zapytał beznamiętnie. Byłam zdumiona i zszokowana zachowaniem biskupa.

Ksiądz Waldemar Mazgajski zmarł po kilku dniach. Jeszcze 28 lipca ubiegłego roku odprawił ostatnią mszę i poświęcił strażacki samochód. Wkrótce znalazł się w szpitalu. 31 sierpnia uległ rakowi. Kilka dni później odbył się pogrzeb kapłana. Mszę żałobną koncelebrował bp Józef Zawitkowski, prawa ręka Orszulika. W kondukcie żałobnym obok setek parafian podążało 150 księży. Nie było wśród nich tego najważniejszego – biskupa Orszulika. Rodzina zmarłego nie życzyła sobie, by pojawił się on na pogrzebie.

– Takiego pogrzebu Bolimów jeszcze nie widział – wspomina pani Aniela, mieszkanka tej wsi. – To był kochany ksiądz, niezwykle pracowity i dobry dla ludzi, jednocześnie wspaniały gospodarz i kapłan. Takiego księdza nigdy nie mieliśmy i chyba długo mieć nie będziemy.

Święty z Bolimowa

Ksiądz Mazgajski pojawił się tu w 1999 roku. Jako wikary pracował wcześniej w Bedlnie, Krośniewicach, Konstancinie i Jesionce; w Grochowie był już proboszczem. Niemal wszędzie pozostawił po sobie wdzięczną pamięć ludzi.

– Gdy pojawił się u nas, powiedział znamienne słowa: „Przyszedłem tu nie dla władzy i zaszczytów, ale dla ludzi” – wspomina jedna z parafianek. – Nie wstydził się pracy. Brał do ręki młotek, łopatę czy pędzel. Na krótko przed śmiercią pomalował drzwi kościoła św. Anny.

– Był u nas zaledwie trzy lata, ale zdążył dokonać cudu. Choć w Bolimowie są dwa kościoły i przez dłuższy czas nie miał nikogo do pomocy – wspomina pani Wanda – zdołał wyremontować obydwie świątynie. Wytynkował zaniedbany kościół św. Anny, ułożył w nim piękną posadzkę, zainstalował wspaniały zegar. Zadbał też o cmentarz, co nie zdarzało się jego poprzednikom. Pomagał również ludziom biednym, dla których miał zawsze parę groszy, trochę żywności.

– Gdy zabrakło pieniędzy na posadzkę – opowiada jeden z mieszkańców Bolimowa – pożyczył je od swojej matki, byle tylko zakończyć remont świątyni. Nawet gdy był już ciężko chory, nie oszczędzał się i pomagał przy remontach obu kościołów. „Nie mam odwagi mówić o Waldku. Dla mnie odszedł święty” – tak żegnał go w kościele św. Trójcy w Bolimowie bp Zawitkowski.

Serce matki

Pani Wanda nie może spokojnie mówić o swoim synu. Choć od pogrzebu minęło już kilka miesięcy, bezustannie płacze i spogląda na kilka fotografii ks. Waldemara. Po wizycie bp. Orszulika zbolałej kobiecie nie pozostało nic innego jak opuścić plebanię, w której mieszkała i pracowała przez ostatnie lata. Przeniosła się do nędznej chałupinki w Czerwonej Niwie, którą opuściła dla syna. Chałupa wymagała generalnego remontu. Nie miała do tego głowy. Na szczęście wójt Bolimowa Andrzej Jagura przysłał ludzi i błyskawicznie doprowadzili wodę, a inni dobrzy ludzie pamiętający wciąż o księdzu Waldemarze zadbali o lekarstwa dla samotnej kobiety.

Pani Wanda nie może mówić spokojnie o biskupie łowickim. Czuje do niego ogromny żal. Dlatego po śmierci syna powiedziała, że nie życzy sobie, by za trumną pojawił się Orszulik, bo z bólu może jej pęknąć serce.

– To zwierzę, a nie człowiek – tak o biskupie Orszuliku mówi pani Zdzisława, mieszkanka Bolimowa – Jestem osobą wierzącą, ale nie życzę sobie oglądać kiedykolwiek takiego kapłana.

Zamiast epilogu

Mieszkańcy Bolimowa wciąż pamiętają o swoim wspaniałym kapłanie. W kruchcie kościoła św. Anny wisi zdjęcie zmarłego proboszcza i niewielka karteczka: „Ks. Waldemar Mazgajski, proboszcz parafii Bolimów, 29 VI 1999 – 31 VIII 2002”. Ktoś dopisał niżej: „Święci są wśród nas”.

[2003] FaktyiMity.pl Nr 6(153)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: