FiM – Bosko i beztrosko

Salezjanie błagają wiernych o przekazywanie datków, bo nie są w stanie spłacić wyłudzonych bankowych kredytów. Tymczasem milczą o tym, że nadal posiadają wielki majątek. Spieniężenie jego cząstki rozwiązałoby problem.

Wielokrotnie już opisywaliśmy kuluary kredytowego oszustwa salezjańskiej Fundacji Pomocy Młodzieży im. św. Jana Bosko w Lubinie. Przypomnijmy w dwóch zdaniach genezę tej afery. Ślubujący ubóstwo i wyrzeczenie się ziemskich dóbr materialnych zakonnicy – za sprawą księdza prezesa fundacji, Ryszarda M. – zaciągnęli w legnickim oddziale Kredyt Banku mnóstwo pożyczek na łączną sumę 530 milionów zł. Zabezpieczeniem miała być fikcyjna 90-milionowa lokata w Banku Zachodnim oraz kościelne nieruchomości braciszków. „Boskowi” namówili także około 130 rodzin z parafii do poręczania kredytów i w ten sposób konto braciszków wzrosło o dalsze 12 mln zł, zaciągniętych w formie pożyczek lombardowych. Sprawa się rypła z powodów prozaicznych. Otóż obrót całą tą fortuną powierzono dwóm biznesmenom: Mirosławowi M. i maklerowi z Krakowa, niejakiemu Ryszardowi Cz. Ten pierwszy specjalizował się w handlu nieruchomościami, (m.in. dla siebie, za kościelne kredyty, nabył poradziecki grunt w Krzeczynie pod Lubinem). Za jego pośrednictwem braciszkowie budowali salezjańskie centra kultu i… wypoczynku. Mają przepiękne ośrodki wczasowe na Mazurach, a konkretnie w Starym Folwarku nad Wigrami, koło Jeleniej Góry i w Lubaniu. Ale zakonnicy szczególnie zawierzyli Ryszardowi Cz. i dlatego utopili sporo grosza w giełdowych spekulacjach w Londynie, Chicago i Nowym Jorku. Obecni byli na dziewięciu większych centrach giełdowych w świecie, co wcale nie oznaczało wygranych. To się zdarza, lecz skala tych operacji zaintrygowała odpowiednie służby śledcze, które od dłuższego czasu przyglądały się poczynaniom Cz. Zidentyfikowano go jako człowieka osławionego „Baraniny” (wiadomo było, że Cz. woził gangsterowi pieniądze do Wiednia), podejrzane też były jego związki mafijne z zastrzelonym ministrem sportu Jackiem Dębskim.

Salezjański szmal mieszał się z pruszkowskim. Ten wątek jest obecnie uważnie rozpatrywany przez CBŚ i Prokuraturę Generalną. Potwierdza to rzecznik prasowy tej drugiej instytucji, prok. Wilkosz-Śliwa. Kilka tygodni temu makler Cz. opuścił areszt śledczy za kaucją, lecz dla prasy jest nieuchwytny. Podobno drży o swoje życie, czemu specjalnie się nie dziwimy, znając jego życiorys. Wątek wyłudzenia jest bardziej czytelny. Jeśli dla zwykłego śmiertelnika zaciągnięcie kredytu bankowego oznacza zazwyczaj istną drogą przez mękę, to dla obrotnego księdza Rysia (tak nazywali go wierni naiwni) było to małe piwo przed śniadaniem. Miał facet szerokie znajomości w kurii wrocławskiej i nie tylko. Na jego siłę przekonywania nabrał się nie tylko dyr. legnickiego Kredyt Banku Tadeusz H. Można powiedzieć, że on wykonywał polecenia szefa centrali, dyr. Stanisława P., który w salezjaninie widział znakomitego klienta, a takiemu z powodu jakichś uchybień formalno papierkowych szmalu się nie odmawia. Różnica jest taka, że jak do tej pory tylko ten pierwszy z dyrektorów przebywa za kratkami aresztu śledczego. W końcu trudno się dziwić dyrektorom – widzieli przecież, jak szybko i okazale rosną mury obiektów fundacji. Przez jakiś czas salezjanie regulowali swoje zadłużenie. Tyle że kolejny kredyt szedł na spłatę poprzednich i tak apiać było przez dłuższy czas. W końcu z księdzem Rysiem zaczęli się w banku pojawiać ludzie „słupy”.

Wszystko było bajecznie proste. Emeryci, a nawet bezrobotni brali zaświadczenia o dochodach i szli z księdzem do stosownego pokoiku bankowego, gdzie zatroskana urzędniczka stwierdzała, że „potencjalni kredytobiorcy (proszę księdza), aby wziąć taką, a taką sumę, mają zbyt małe dochody. Trzeba by je jakoś zwiększyć. A cóż to był za problem dla księdza Rysia? Miał w kieszeni stosowne pieczątki i na oczach urzędniczki „zatrudniał” parafian na stanowisku kierowcy, pomocy kuchennej, ogrodnika itp. Na tym pospiesznie spreparowanym kwicie każdy z nowo przyjętych do pracy w fundacji zarabiał od 5 do 7 tys. zł miesięcznie i wszystko było jak należy. Ludzie brali szmal i wręczali go kapłanowi, jak Pan Bóg przykazał. Nie było też potrzebne osobiste stawiennictwo poręczycieli. Wystarczył ich podpis na stosownym blankiecie. I tak to się toczyło do czasu zawiadomienia prokuratury przez wredny Bank Zachodni. Czując smród, ksiądz Ryszard M. sam zgłosił się do prokuratury, w miarę szczerze informując o aferze i bankructwie fundacji. Do spłaty kredytu pozostały „głupie” 133 miliony, w tym te zaciągnięte za pośrednictwem „słupów”. Wrocławska prokuratura do dziś nadzwyczaj oszczędnie informuje o przebiegu śledztwa. Przyznaje, że prawo jest bezlitosne dla podstawionych salezjańskich kredytobiorców, gdyż wiedzieli, że posługują się sfałszowanymi zaświadczeniami, więc mogli zdawać sobie sprawę z konsekwencji. Oczywiście, że teraz wszyscy wierni i ufni katolicy płaczą. Ale płacą, a jeśli tego nie robią, to mogą, bankowo, liczyć na wizytę komornika. Proboszcz lubińskiej parafii, ks. Władysław K.załamywał ręce nad swoimi owieczkami, wydojonymi do cna m.in. przez niego samego: – Co też – lamentował – my, biedni, możemy dla nich uczynić? Że jest to wyjątkowo podłe krokodyle łzawienie, świadczy następujący fakt. Księżulo doskonale wie, że kościelne dobra są na liście komornika, lecz własność prywatna nie podlega sądowemu zabezpieczeniu na poczet długu. No to informujemy, że ubogi proboszcz nabył imiennie od bankrutującej firmy leasingowej za skromne 360 tys. zł trzy atrakcyjne działki w Legnicy, w tym jedną 17-arową, usytuowaną w samym centrum miasta. Ileż to zachodu, by grunt sprzedać ze sporym zyskiem i poratować owieczki w biedzie? Ale to nie wchodzi w rachubę. Ślubować ubóstwo może ten, co nic nie ma.

Oczywiste jest, że zakonnicy myślą o rozwiązaniu swoich bankowych problemów, a szczególnie główkują, jak by tu nie stracić nic z posiadanego (czyt. wyłudzonego) majątku. Na genialnie prosty sposób wpadł najbliższy współpracownik i przyjaciel siedzącego w areszcie Ryszarda M. – ks. Marek F. Dosłownie zalał on kraj e-mailowymi prośbami o wsparcie salezjańskiego konta datkami:

„(…) konieczność życiowa zmusiła nas do tego, by do Was napisać i prosić o zrozumienie. Od października ub. roku do dziś nasza Parafia i Fundacja im. Św. Jana Bosko w Lubinie, która zatrudniając 140 osób, pomagała wielu ludziom tej pomocy potrzebującym, znalazła się w trudnej sytuacji ekonomicznej poprzez kredyty zaciągnięte w banku. Od pewnego czasu sprawa nabrała wielkiego rozgłosu w mediach, a nas położyła na łopatki (…). Obecnie największym mankamentem jest grupa 110 osób, które wzięły na siebie kredyty dla parafii i fundacji, a teraz grozi im egzekucja, która może pozbawić ich mieszkań i środków do życia. Dlatego zwracamy się o pomoc, wiedząc o tym, że człowiek, który ma, jeśli podzieli się z drugim, który jest w ciężkiej sytuacji, na pewno sam czuje się lepiej na duszy i otrzyma Błogosławieństwo Boże (Hojnego dawcę, Pan Bóg darzy). Sami żeśmy tego doświadczali, bo dzieliliśmy się z drugimi. Teraz to się zmieniło, to my jesteśmy w potrzebie (…), w życiu różnie bywa, kiedy jednym idzie lepiej, to drugim gorzej. A jak pięknie jest, kiedy potrafimy sobie pomagać. Ze swojej strony każdy otrzymany dar możemy potwierdzić poprzez wystawienie darowizny lub w inny sposób i zapewniamy o modlitwie, a także Mszach św. w intencji (…). Ponadto pragniemy Was umieścić w wyróżnieniu pt. »Ludzie, którzy potrafili podać rękę«. Gdyby każdy, do kogo się zwracamy, przeznaczył tylko symboliczny grosz – 40 zł, jesteśmy uratowani (…). Was to nie uszczupli, a nas uratuje.

Z wyrazami czci i szacunku
W imieniu potrzebujących
Ks. Marek F. – salezjanin”

Jesteśmy wredni …i wysłaliśmy do salezjanina, także e-mailem, zapewnienie o naszej gotowości przyjścia z „pomocną dłonią” poszkodowanym przez zakon. Wyraźnie jednak ujęliśmy, że nie myślimy o zasilaniu boskowego konta, bowiem brak jest jakichkolwiek gwarancji na uczciwe rozdysponowanie naszego datku. Zadeklarowaliśmy, że bezpłatnie zamieścimy na naszych łamach duże ogłoszenie księdza proboszcza o sprzedaży jego legnickich działek budowlanych w celu finansowego zaspokojenia najpilniejszych potrzeb rodzin, wrobionych w salezjańskie kredyty. Podobnie też potraktujemy anons o zbyciu salezjańskich ośrodków wypoczynkowych nad Wigrami, Krogulcu – blisko Jeleniej Góry oraz w Lubaniu. Łatwo się można domyślić, że do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi na tak bezczelne „utożsamienie się z potrzebującymi”.

Nie wiemy, ile szmalu wpłynęło na podane w tej korespondencji prywatne konto ks. Marka F. Pewnie coś mu tam kapnęło, bo przecież idiotów w tym kraju nie brakuje. Ale wiemy też, że nie brakowało zwrotnych przesyłek, opatrzonych takimi bezbożnymi wyrazami jak złodzieje, oszuści, bandyci, gangsterzy. Osobiście znamy kilku takich nieczułych nadawców biznesmenów. Takie łobuzy, proszę księdza, na „wyróżnienie” nie zasłużyły!

[2003] FaktyiMity.pl Nr 7(154)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: