FiM – Kto mi to zrobił?

Choć od zgwałcenia trzynastolatka minęło prawie dziesięć lat, ten temat nadal bulwersuje mieszkańców Skwierzyny. Wówczas chłopiec wylądował w stanie ciężkim w szpitalu. Sprawę zatuszowano. Reporterzy „Faktów i Mitów” wracają jednak do tamtych wydarzeń i usiłują po latach wyjaśnić, co naprawdę stało się w ośrodku kolonijnym w Wiejcach.

Wiejce to niewielka miejscowość w pobliżu Skwierzyny, którą młody ksiądz Marek B. wybrał na miejsce kolonii dla wychowanków domu dziecka i maluchów z Czarnobyla, a także z Niemiec. Prawdopodobnie niewiele osób wiedziałoby o koloniach w tej miejscowości, gdyby nie bomba, która wybuchła niespodziewanie w połowie lipca 1993 roku.

– Któregoś dnia do szpitala w Skwierzynie przywieziono w ciężkim stanie 13-letniego Kamila B., wychowanka miejscowego domu dziecka – wspomina Anna P., jedna z pracownic szpitala. – Jak się okazało, chłopak podczas wypoczynku na kolonii w Wiejcach został brutalnie zgwałcony. Badający go lekarze nie mieli co do tego wątpliwości. Miał porozrywane okolice odbytu, ponadto na jego ciele znajdowały się liczne sińce. Zarówno ówczesnemu dyrektorowi szpitala, dr. Radzimirowi Śmigielskiemu, jak i dyrektorce domu dziecka, Magdalenie S., nakazano milczenie.

– Kto nakazał?

– Nie wiem, ale nawet personel w szpitalu mówił o sprawie ukradkiem i ściszonym głosem.

Stan chłopca był bardzo ciężki, więc po kilkunastu dniach przewieziono go do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim. Leczenie trwało kilka miesięcy.

– Już wtedy podejrzewałam, że coś jest nie tak – mówi matka Kamila (fot. powyżej). – Wmawiano mi jednak, że syn jedynie zachorował i że wszystko będzie dobrze.

Tymczasem gwałt w Wiejcach wywołuje falę plotek i spekulacji. Prawda to, czy nieprawda, zastanawiają się mieszkańcy miasta. Reporterom „FiM” udało się natrafić na pewien dokument, który rzuca na sprawę znacznie więcej światła. Jest to postanowienie o umorzeniu śledztwa. Czytamy w nim m.in.: „(…) Ze wstępnych konsultacji lekarskich wynikało, że (…) dziecko posiada na ciele liczne obrażenia mogące wskazywać na pobicie i wykorzystywanie seksualne (…)”.

Teraz musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, kto złożył doniesienie, na podstawie którego wszczęto (a później umorzono) śledztwo. Po dziesięciu latach nie jest to łatwe, ale… bingo: – Policję poinformował dyrektor szpitala. Był przekonany o gwałcie dokonanym na chłopcu. Nie chciał – pomimo nakazu – milczeć i powiadomił policję. Później aż rozchorował się ze zdenerwowania, gdy wszystkiemu ukręcono łeb – mówi jedna z długoletnich pracownic lecznicy. Niestety, doktor Śmigielski już nie żyje.

W konsekwencji doniesienia o gwałcie prokuratura powołuje biegłego lekarza Antoniego Zygmunda z Gorzowa (z naszych informacji wynika, że otrzymał on zadanie: ukręcić łeb sprawie). 30 września prokurator Barbara Skibowicz może w końcu obwieścić, iż wykluczono „udział osób trzecich”, zaś ślady na ciele chłopaka „nie noszą cech wykorzystania seksualnego”. Jako przyczynę ciężkiego stanu chorobowego podaje posocznicę, zapalenie szpiku i kości miednicy oraz obustronne zapalenie płuc. Stan więc mamy taki, że lekarz medycyny podważa opinię doktora medycyny i tę właśnie opinię (sporządzoną wiele dni po zajściu) uznaje się za obligatoryjną.

Ksiądz Marek B., na którego społeczność Skwierzyny nadal jednak kieruje wszystkie podejrzenia, wyjeżdża nagle w nieznanym kierunku i powoli sprawa cichnie na wiele lat. Tymczasem Kamil opuszcza dom dziecka i zaczyna dorosłe życie. Niestety, nie wiedzie mu się najlepiej.

– Po tym przeżyciu i zapewne pod wpływem tamtych nie najlepszych doświadczeń zmienił się radykalnie – opowiada jego rodzina. – Stał się smutny, zamknięty w sobie, do dziś nie może odnaleźć swojego miejsca w życiu.

Kiedy wydawało się, że sprawa Kamila już umarła, ksiądz Marek B. niespodziewanie wraca do Skwierzyny i zostaje proboszczem. W mieście na powrót zaczyna wrzeć.

– Gdy dowiedziałam się o tym, nie mogłam spokojnie żyć – napisała do nas w liście jedna z mieszkanek Skwierzyny. – Myśl o wyjaśnieniu sprawy do końca nie daje mi spokoju.

Udajemy się tropem tego listu, by – podobnie jak w przypadku pedofila z Witoni, ks. Wincentego Pawłowicza – postawić kropkę nad „i”. Pierwsze kroki kierujemy do Domu Dziecka im. Janusza Korczaka, w którym przebywał niegdyś Kamil. Placówką nadal kieruje Magdalena S. Pamięta doskonale Kamila. Jest bardzo zdenerwowana:

– To nagonka na księdza – stwierdza. – Chłopak wrócił do nas z kolonii z wysoką temperaturą, był w fatalnym stanie, dlatego natychmiast zawieźliśmy go do szpitala. Okazało się, że ma zaczerwienienie w okolicy odbytu.

– Nie zastanowiło to pani, że ciężko chory chłopiec – a według opinii lekarskiej nawet umierający – został przywieziony z kolonii dopiero po jej zakończeniu? I dlaczego przedtem cztery dni leżał w kolonijnym ośrodku bez żadnej opieki?

– Lekarze wykluczyli gwałt. Dowiedzieliśmy się, że wszystkiemu winna była posocznica.

W tym momencie do naszej rozmowy wtrąca się jeden z wychowawców domu dziecka:

– Mnie wówczas najbardziej zbulwersowało to, że Kamilowi przez kilka dni zastrzyki dawała zakonnica, która nie miała do tego żad-nych uprawnień. I jakie to były zastrzyki? Wyłącznie z pyralginy.

Wychowawca chce powiedzieć coś jeszcze, ale zostaje zrugany przez przełożoną za odzywanie się bez pytania. A jednak ten odważny człowiek powie coś jeszcze – na koniec naszego pobytu w ośrodku.

Zadaliśmy dyrektor DD takie pytanie: – Jako szefowa Domu Dziecka jest pani prawną opiekunką powierzonych jej dzieci. Czy wysyłając na kolonię zdrowego chłopca, nie oczekuje pani, że powróci z niej w takim samym stanie? Czy fakt, iż wychowanek przyjechał umierający, nie kwalifikował się do powiadomienia prokuratury o – choćby – skandalicznym zaniedbaniu obowiązków pedagogicznych na kolonii?

I w tym momencie do rozmowy znów wtrąca się cytowany wcześniej wychowawca:

– Tak! To był nasz największy błąd! – niemal krzyczy. I znów poraża go wzrok pryncypałki.

Dotarliśmy wreszcie do samego Kamila. Do tamtej nocy wraca bardzo niechętnie. Mówi, że gdy zasypia, wpada niekiedy w tak głęboki, traumatyczny stan, że nie można go dobudzić.

– Rano strasznie mnie bolało. Do dziś nie wiem, kto mi to zrobił. Lekarze, którzy zajmowali się wówczas Kamilem, dziś cierpią na amnezję. Owszem, była taka historia, ale o szczegółach nie mogą powiedzieć ani słowa. Gdy zapytaliśmy jednego z nich, czy posocznica mogła być następstwem gwałtu, odpowiedział, że owszem… wykluczyć tego nie można. Posocznica to ciężkie zakażenie całego organizmu, spowodowane przedostaniem się toksyn do krwi. Chłopak miał uszkodzony odbyt, więc przez kilka dni, zanim trafił do szpitala, zarazki miały doskonałe pole działania.

Ksiądz Marek B. zgodził się na rozmowę z reporterem „FiM”. O naszej wizycie w Skwierzynie błyskawicznie mu doniesiono.

– Nie było żadnego czynu lubieżnego, co potwierdziło dochodzenie przeprowadzone również i na moje życzenie. To była zwyczajna choroba. Rozdmuchano to zdarzenie, poszukując taniej sensacji. Po co? By zniszczyć księdza. Wróciłem tu po sześciu latach nieobecności, bo nie czuję się ani odrobinę winny i niczego się nie boję.

Przy okazji ksiądz Marek B. nie omieszkał zagrozić nam procesem: – Jeśli padną jakieś oszczerstwa, nie daruję!

Wyjaśnieniem przypadku Kamila powinny na powrót zająć się instytucje do tego powołane. Nie można ignorować opinii doktorskiej i tak wielu innych poszlak, przemawiających za brutalnym gwałtem na dziecku.

Na koniec smaczek: pani dyrektor domu dziecka zapewniała nas, że broni księdza, choć sama jest socjalistką i z duchownym żadnych kontaktów nie ma. Następnego dnia rzeczony ksiądz w rozmowie z dziennikarzami „FiM” powiedział nagle, że o wizycie dziennikarzy „FiM” w domu dziecka i o przebiegu rozmowy z jego szefową został doskonale poinformowany.

Przez kogo? Czyżby przez pracowników Domu Dziecka?

PS Niektóre imiona i nazwiska zostały zmienione

[2003] FaktyiMity.pl Nr 8(155)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: