FiM – Och, Karol!

Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba… boi się. Przebieg związku Karola Wojtyły z Ireną K. układał się jak w tej wyliczance, a uczucia zmieniały w rytmie kolejnych awansów. W finale pojawia się tajemnicza śmierć wysokiego rangą funkcjonariusza bezpieki…

W najnowszym Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej, opublikowanym tuż przed wizytą w Polsce Jana Pawła II, znalazł się zapis długiej rozmowy Barbary Polak z Markiem Lasotą, kierownikiem referatu wystaw i edukacji historycznej Oddziału IPN w Krakowie. Temat, wydawać by się mogło, sensacyjny: „Karol Wojtyła w dokumentach bezpieki”. Media rzuciły się na wywiad ze zrozumiałym głodem, próbując z udostępnionych informacji wycisnąć jakieś bzdurki-ciekawostki. Bezskutecznie, ponieważ Lasota nie dość że wszystko i starannie owija w bawełnę, to jeszcze porusza się wyłącznie w okresie 1950–1960.

W jego wynurzeniach zaledwie raz pojawia się rok 1972 zaś 1978 – wyłącznie jako data wyboru Wojtyły na papieża. „Wydaje się nieprawdopodobne, by po konklawe nie zaczęto badać tych materiałów (zgromadzonych wcześniej przez Służbę Bezpieczeństwa – dop. red.) pod kątem ewentualnego wykorzystania ich do celów operacyjnych. Ja nie spotkałem dotąd żadnych dokumentów związanych z okresem po 1978 r.” – tłumaczy Lasota. Czytamy więc w Biuletynie jak to bezpieka czuwała nad karierą K. Wojtyły, rozpuszczała plotki o konflikcie z kard. Wyszyńskimi analizowała treści kazań. Słuchając Lasoty, można chwilami odnieść wrażenie, że wiadome służby jakby domyślały się świetlanej przyszłości „podopiecznego”.

Dziennikarze „Faktów i Mitów” mają bardzo niemiły dla wielu obyczaj analizowania niedopowiedzeń. Zaintrygował nas więc taki oto fragment rozmowy:
B.P. – Czy natrafił pan na ślady jakichś prowokacji wobec Karola Wojtyły?
M.L. – Była próba (…) prowokacji, której celem było wywołanie skandalu obyczajowego dotyczącego papieża. Ot, chlapnięcie.

Chodziło o korespondencję kard. Wojtyły z jedną z mieszkanek Krakowa, rzekomo kompromitującą, którą miano odnaleźć w mieszkaniu ks. Andrzeja Bardeckiego, asystenta kościelnego „Tygodnika Powszechnego”.

I na tym koniec, bo M. Lasota może (wolno mu?) jedynie: „(…) w miarę odpowiedzialnie wypowiadać się na temat zawartości zbiorów archiwalnych dotyczących lat 50. i 60.”.  Z kolei B. Polak nie czuła potrzeby, żeby ciągnąć go za język.

Okropnie nas zaciekawiło, dlaczego Polak i Lasota tak zgodnie owo COŚ nazywają prowokacją. Skąd wiadomo, że korespondencja była „rzekomo” kompromitująca. Kim jest szczęśliwa posiadaczka jakże dziś cennych pamiątek? Dlaczego przechowywał je ks. Bardecki? Skoro była „mieszkanką Krakowa”, dlaczego kardynał, mając jej coś do powiedzenia, pisał listy, zamiast na przykład zatelefonować lub przyjąć na audiencji? Wreszcie, na czym polegała „próba prowokacji, jaki przyniosła skutek?

29 sierpnia br. M. Lasota – „polonista, specjalizujący się w liryce religijnej” (dane z oficjalnej biografii) – poinformował mnie, że nie może powiedzieć nic więcej na temat bezpieczniackiej intrygi, bowiem informacje, którymi się posługiwał w rozmowie z B. Polak, pochodzą od prok. Andrzeja Witkowskiego z IPN w Lublinie „znającego tę sprawę najlepiej”. Jak ustaliliśmy, pan prokurator był w okresie studiów aktywistą lubelskiego Duszpasterstwa Akademickiego i swoim młodzieńczym upodobaniom jest wierny do dzisiaj. Na zadane pytania nie odpowiedział. W Biurze Prasowym Watykanu zapewne nie znaleziono odważnego, który mógłby poprosić JPII o jakieś sugestie w sprawie odpowiedzi (treść faksu – ilustracja). Pozostało nam tylko jedno wyjście – dotarcie do ludzi, którzy pisali raporty, podsłuchiwali i śledzili. Choć emerytów, to z niezłą jeszcze pamięcią. Oto jej zapis.

W ostatniej fazie istnienia bezpieki sprawa operacyjnego rozpracowania nosiła kryptonim „Triangolo”, a oprócz głównego bohatera, czyli Karola Wojtyły, obejmowała m.in. grono osób, z którymi – jeszcze jako Lolek – utrzymywał w Krakowie szczególnie serdeczne kontakty. Nie zmienione po uzyskaniu sakry biskupiej i podtrzymywane po objęciu urzędu metropolity.

– Trudno było nie zorientować się, że zarówno kard. Sapieha, jak i później abp Baziak mocno inwestują w Wojtyłę, więc w połowie lat pięćdziesiątych firma zaczęła jednocześnie dokładniej mu się przyglądać. Z wyrywkowych obserwacji wynikało, że bardzo chętnie i nienaturalnie często spędzał wieczory w towarzystwie pani Ireny K.

Czasem towarzyszył mu ks. Andrzej Bardecki – chyba najserdeczniejszy przyjaciel,  a sporadycznie – red. Konrad S. pisarz i dziennikarz „Gazety Krakowskiej”. Funkcjonariusz, który w połowie 1958 roku, czyli tuż przed otrzymaniem przez Wojtyłę sakry biskupiej, podjął decyzję o instalacji urządzeń podsłuchowych  u – jak podejrzewano – dziewczyny szeregowego wówczas księdza, okazał się wizjonerem na miarę Słowackiego. Na ogół nie robiono sobie aż takiego zachodu. Tym bardziej że fatyga objęła również podobną instalację u ks. Bardeckiego – wspomina pułkownik M., pierwszy z moich rozmówców.

Dowiaduję się dalej, że ks. Wojtyła przyjaźnił się z panią K. „od zawsze”. Jeszcze nim poznał ją późniejszy małżonek, z którym dosyć szybko przeszła w stan separacji… Była matką jedynego syna, Adama, noszącego nazwisko po mężu pani K. Bardzo dużo czasu poświęcała opracowywaniu materiałów duszpasterskich dla księdza, a później biskupa Wojtyły. Specjalizowała się w problematyce rodzinnej. Przepisywała mu na maszynie teksty przygotowywane do publikacji i homilie. Regularnie spędzali ze sobą kilka wieczorów w tygodniu,  a praktycznie każdy wolny od jego kościelnych zajęć. Rzadko zdarzało się, aby wszyscy wymienieni panowie wychodzili wspólnie, Wojtyła zostawał najdłużej. Okazywał przyjaciółce bardzo wiele czułości, zaś poziom zainteresowania jej synem dowodził daleko idącej troski o przyszłość Adama K.

– Prace instalacyjne przy podsłuchu trochę się ślimaczyły, ale gdy wreszcie zaskoczyło, obiekt okazał się kapitalnym źródłem informacji. Wojtyła czuł się tam bardzo swobodnie i zawsze relacjonował Irenie najświeższe wydarzenia. Pewnego razu „technika” serwuje nam stenogram z nasłuchu, a tam stoi jak byk, że minionego wieczoru w kontrolowanym obiekcie doszło do fizycznego zbliżenia między obojgiem przyjaciół. Już był biskupem, więc stenogram wywołał sporo zamieszania. W Warszawie nie wierzyli. Rozkazali, żeby przesłać im taśmę. Doświadczony technik sporządzający stenogram to, co usłyszał, zdecydował się nazwać „stosunkiem płciowym”. Ocenił tak sytuację, składającą się z odgłosów charakterystycznych pieszczot, przyspieszonych, rytmicznych oddechów i lekkich okrzyków: „och, Karol!”. Taśmę z nagraniem krakowski Wydział Techniki Operacyjnej przekazał do IV Departamentu MSW w Warszawie. Tamtejsi specjaliści od „gry wstępnej” uznali, że nie mógł to być ich pierwszy raz.

Pani K. była ewidentnie zakochana, jej przyjaciel zdawał się odwzajemniać uczucie. – Wiele małżeństw powinno brać z nich przykład. Tyle szacunku, wzajemnego zaufania, sympatii. Aż brała zazdrość. Ona efektowna, on przystojniak… Widzi pan, to nie było jakieś nagłe zauroczenie z szybkim „numerkiem”  i żalem już za chwilę. Wojtyłę bardzo do niej ciągnęło. A jak traktował jej syna! Jak swojego, choć Adam mówił do niego „wujku” – M. wyraźnie się rozczula.

W tamtych czasach o genetyce i możliwości badania pokrewieństwa, choćby na podstawie włosa, nikomu w bezpiece się nie śniło. Czyhali więc nieustannie, acz bezskutecznie na okazję, której upatrywali w leczeniu szpitalnym Wojtyły. Jest wszak regułą, że towarzyszy temu pobranie próbek krwi i wydzielin.

[2002] FaktyiMity.pl Nr 36(131)/2002

p.s. KOMENTARZ NACZELNEGO – Romana Kotlińskiego w 48 numerze FiM z 2002 roku.

Przed paroma tygodniami (nr 38) przestraszyliśmy wielu z Was hasłem na pierwszej stronie: Niektórym marzy się… koniec „Faktów i Mitów”. Nie było w tym wiele przesady. Po naszym artykule „Och, Karol. Papieża grzech miłości” do prokuratur w całym kraju wpłynęło kilkanaście zawiadomień o popełnieniu przez naszą redakcję przestępstw obrazy uczuć religijnych oraz znieważenia papieża jako głowy państwa. Tylko do jednej prokuratury w Łodzi takie zawiadomienie złożyły 24 osoby. Dołączano także „dowody” z innej publikacji, pt. „Autorytety (a)moralne”, w którym wykazaliśmy ponad wszelką wątpliwość, że większość obecnych biskupów współpracowała z SB. Kruchtowi się wściekli. Bojówkarze Prawa i Sprawiedliwości w całym kraju zbierali podpisy pod wnioskiem do prokuratury o zamknięcie tygodnika. Sprawa znalazła się nawet w komisji sejmowej, ale nie została podjęta. Mirosław Orzechowski, pełnomocnik Ligi Polskich Rodzin, złożył w jej imieniu doniesienie do prokuratury. Na wniosek Komitetu Wyborczego „Razem Polsce” Macierewicza czynności sprawdzające przeprowadził IPN, który mógł zamieszać najbardziej. Baliśmy się jak ognia bezprecedensowej decyzji sądu o zawieszeniu wydawania pisma do czasu rozpatrzenia sprawy. Wiadomo, że dla każdej gazety przerwa w jej wydawaniu praktycznie równa się śmierci. Nie baliśmy się natomiast spraw sądowych, bo dowodów na prawdziwość informacji zawartych w ww. artykułach mamy bez liku. Liczyliśmy na te sprawy, mieliśmy nadzieje, że do nich dojdzie.

Niestety. Wszystko na nic. Nikt nie wszczął śledztwa. Dlaczego? Po co było tyle krzyku? Po co Kazimierz Ujazdowski z PiS-u będzie musiał przegrać w sądzie sprawę o oszczerstwo wobec „FiM”? Trzeba było aż tyle zachodu, żeby w świadomości maluczkich zaszczepić przekonanie, iż „Fakty i Mity kłamią”. Później już tylko wystarczyło wycofać się ze wszystkiego po angielsku. Gdyby jakiemuś prokuratorowi przyszło do głowy wszcząć postępowanie, ręczę, że ktoś ważny i czcigodny szybko wybiłby mu to z głowy. Można było przełknąć, że „FiM” napisały prawdę o romansie papieża i biskupach agentach SB, ale dawać nam okazję do publicznego udowodnienia swoich racji, choćby w Strasburgu, to już zdecydowanie za dużo. Wielka szkoda.


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: