FiM – Rozmowa z siostrą Bernarda, która po blisko 30 latach pobytu w zakonie… Przeskoczyła mur

– Mówiłyśmy do niej: „siostro Magdaleno”. Piękna, miła kobieta. Cudownie grała na gitarze, miała doskonały głos i nieprawdopodobne poczucie rytmu. Krążyły plotki, że lata wcześniej była jedną z siódemki „Filipinek”.

– Tych słynnych ze Szczecina?
– Tych! I to mogła być prawda, bo rzeczywiście ze Szczecina pochodziła. Poza tym była bliźniaczo podobna do jednej z Filipinek z okładki płyty. Tylko oczywiście starsza. Jeśli szukała Boga i ukojenia w klasztorze, to ani jednego, ani drugiego tu nie znalazła

Moja rozmówczyni ma, a raczej miała, na imię Bernarda. Klasztorne imię. Własnego, prawdziwego, nie wolno było jej używać. Ciekawe, jak podobnymi prawami rządzą się wszelkie zamknięte społeczności. Wojsko, więzienie, zakon itp… Hierarchia ważności, terror, ksywa zamiast
imienia, specyficzny język odizolowanych podkultur. Po dwudziestu kilku latach Bernarda opuściła zakon. Potrzeba było jeszcze kilku, by zdecydowała się na rozmowę z dziennikarzem „Faktów i Mitów”. To ostatnia spowiedź w jej życiu. Kto wie, czy nie najważniejsza. Rozliczenie z przeszłością, z samą sobą. Ale nie przed Bogiem. W zakonie, widząc otaczającą ją rzeczywistość, przestała Mu ufać. Potem w Niego wierzyć.

Siedzimy przy kawiarnianym stoliku na peryferiach Bielska-Białej. Jej sylwetkę skrywa półmrok, no bo zawsze jakieś wścibskie oczy mogłyby zobaczyć, później skojarzyć… Pyta o gwarancję anonimowości, bo poza najbliższą rodziną nikt nie wie, kim kiedyś była. Dziś jest psychologiem, specjalistą od tak zwanych trudnych dzieci. Włączam maleńki dyktafon. Zaczynamy rozmowę.

– Dlaczego zaczęła pani swoją opowieść od siostry Magdaleny?
– Bo jej przykład powinien zapalić mi w głowie nie jedną, ale sto żarówek. Niestety, tak się nie stało. Cóż, w końcu co może wiedzieć o świecie kilkunastoletnia gówniara z zapyziałego miasteczka lat 70.?
– Co zatem było nie tak z Magdaleną?
– Na początku wszystko było w porządku. Same sukcesy. Już jako zakonnica skończyła socjologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i wydała własną płytę z religijnymi songami. Mam ją do dziś, jest prześliczna. Nie wiem, w jaki sposób weszła w kontakty z zakonem ojców marianów, ale bardzo się z nimi przyjaźniła. Z generałem zgromadzenia pojechała do Londynu promować swoją płytę i wróciła w ciąży.
– Z kim?
– Z ojcem generałem zakonu, który towarzyszył jej w całym angielskim tournée jako impresario. Pamiętam, był chyba poniedziałek, pora obiadu. Wydawałam posiłki przez kuchenne okienko, kiedy zobaczyłam ją ostatni raz. Weszła do jadalni z siostrą przełożoną. W habicie, ale ciąża była już tak zaawansowana, że krągły brzuszek doskonale uwydatniał się spod materiału. Jak zwykle piękna, ale bardzo smutna. To był jeden z największych skandali w historii naszego zgromadzenia nazaretanek. Nie żeby seks był tu czymś zupełnie nieznanym – o tym opowiem później – ale proszę mi wierzyć, widok habitowej zakonnicy w zaawansowanej ciąży rzeczywiście robił wrażenie. Do dziś nie wiem, z jakiego powodu nam – zakonnym nowicjuszkom – pokazano Magdalenę w tym stanie, w szóstym miesiącu ciąży. Może to miało być jakieś memento? Nigdy później nie widziałam kochanej siostry Magdaleny. Krążyły krzepiące plotki, że ułożyła sobie życie w Anglii. Nie wiem, czy to prawda, bo wszelki słuch po niej zaginął. Z żadną z nas – nawet ze mną, swoją pupilką – już nigdy się nie skontaktowała.
– Zacznijmy ab ovo. Jak i po co trafiła Pani do zakonu?
– Szesnastoletniej smarkuli z małej mieściny, uczennicy zawodówki w klasie dla stolarzy, dziewczynie z marzeniami, ale bez nadziei na ich realizację, osobie, która zna życie tylko z kolorowych pisemek dla nastolatek – wszystko można wmówić. Wystarczy tylko pokazać możliwość innego, niby lepszego życia. Coś jak w sekcie. Mieszkałam w internacie, daleko od rodziny i jej ciepła. Zakonnice z pobliskiego klasztoru doskonale wyczuły sytuację. Zapraszały na nabożeństwa, po nich na wspólne picie herbaty, na ciasteczka i pogawędki. To było w Ostrzeszowie. Czułyśmy się wszystkie szczególnie wyróżnione. I nawet się nie obejrzałyśmy, jak te spotkania stawały się coraz częstsze. I coraz częściej przychodziły na nie zakonne nowicjuszki, czyli zakonnice przed ślubami. To były prawie nasze rówieśnice, ale wyglądały tak wspaniale, godnie, tak dorośle.
Opowiadały i opowiadały.
– O czym?
– O urokach, a raczej o szczęściu, jakie daje życie w klasztorze. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam wspomnianą wcześniej siostrę Magdalenę. Proszę wierzyć, że wspólne śpiewanie piosenek z byłą Filipinką robiło na nas – prowincjuszkach – piorunujące wrażenie. I w ten sposób dałam się skusić. I jeszcze jedna koleżanka. Zanim miałam okazję świętować osiemnastkę, zatrzasnęła się za mną klasztorna furta. Na blisko 30 lat. Był rok 1975.
– Próbuję sobie wyobrazić, jak to było. Przed murem klasztoru… A był jakiś mur?
– Pewnie. Półtorametrowej grubości!
– A więc przed tym grubym murem stoi jakieś „nieszczęście” z tobołkiem w rękach.
– Ale by się pan zdziwił. Ten tobołek zająłby z pół ciężarówki. Do dziś nie wiem dlaczego, ale wszystkiego trzeba było przywieźć po 12 sztuk. A więc 12 pełnych kompletów pościeli dobrego gatunku, 12 kompletów bielizny osobistej przewiewnej i 12 zimowej, tyleż ręczników i jeszcze 12 sztuk ciepłych ubrań. I tak dalej. Kilkadziesiąt kilogramów różności. Wszystko było od razu odbierane. Także przywiezione pieniądze.
– Co dostawałyście w zamian?
– Habit.
– Innymi słowy, nowej oblubienicy Chrystusa konieczny był posag?
– Bez opisanego posagu nikt nie miał wstępu za klasztorną furtę. Moim pierwszym zakonnym przystankiem był Ostrzeszów, później Kalisz. Zostałam postulantką, czyli kandydatką, której wszyscy się przyglądają. Czy się nadaje, czy nie.
– Co weryfikowało opinie?
– Na przykład to, czy nie znajdujesz, broń Boże, przyjemności w męskim towarzystwie. Nie chodzi o jakieś relacje dwuznaczne, o skłonności, tylko o zwykłe sympatie, uśmiechy. Już zbyt długa rozmowa, nawet z księdzem, była bardzo naganna. Dla postulantki wręcz dyskryminująca. Każda z nas była pod tym kątem skrupulatnie oceniana, inwigilowana dzień i noc. W Ostrzeszowie było maleńkie przyzakonne przedszkole. Bardzo elitarne i bardzo drogie. Pracowałam w nim jako pomocnica wychowawczyni. W życiu nie zgadnie pan, czyje dzieci do tej placówki były posyłane. Niesłychane, ale prawie w stu procentach był to narybek okolicznych partyjnych notabli – decydentów. W Kaliszu, następnym moim przystanku, było identycznie: znów przedszkole, znów drogie i znowu dla ówczesnej decydenckiej elity. Cóż, pecunia non olet. Rodzice tych malców płacili bez szemrania. Jednym z wabików była zdolna siostra Lojola, która miała niesamowity talent do nauczania dzieci języków obcych.
– Czy kadra pedagogiczna dostawała jakieś wynagrodzenie?
– Ani grosza. Siostra ekonomka pobierała czesne od rodziców i robiła dla przedszkola potrzebne zakupy. Pieniądze płynęły całkowicie poza nami – przedszkolankami.
– Tak czy inaczej praca w przedszkolu nie należy do jakichś nadzwyczajnie ciężkich…
– Ale przecież to nie było jedyne nasze zajęcie w klasztorze. Pracowałyśmy oprócz tego na zmiany i w gospodarstwie rolnym, i w pralni, i w kuchni, i w ogrodzie, w zakrystii i przy furcie.
– Co to znaczy „przy furcie”?
– Ciekawe zajęcie. Tam wyznaczane były najbardziej zaufane siostry. Co dzień, a przynajmniej dwa razy w tygodniu, ktoś zakon odwiedzał. Spektrum gości było wielkie: od listonosza czy hydraulika po biskupa. No i taka siostra miała w lot zadecydować, jakiej kategorii był taki gość. Czy podjąć go bardzo godnie w specjalnych zakonnych pomieszczeniach, czy raczej nie zawracać sobie nim głowy. Wbrew pozorom nie były to łatwe decyzje. Pukał na przykład miejscowy burmistrz, komunista z przekonania, ale wiele od niego zależało. Przyjmowany był więc jak gość z dawna oczekiwany, natomiast okoliczny wikary z jakąś sprawą mógł sobie czekać i czekać. Burmistrz nazywany był u nas gościem z wyższych sfer, a byle księżulo – plebsem. Brało się to między innymi stąd, że taki burmistrz czy wójt często zamawiał po cichu mszę za spore pieniądze. A co mógł zamówić wikary?
– Jak wyglądał rozkład waszego dnia za klasztornym murem?
– Pobudka o godzinie 5.15, potem sprzątanie i toaleta; godz. 6 – modlitwa dziękczynna, czyli brewiarz, a o 6.30 – msza. Od siódmej śniadanie, później medytacje. O godz. 8 wymarsz do pracy. Wewnątrz klasztoru i na zewnątrz. Na przykład siostry katechetki dostawały bilety na autobus i jechały na lekcje rozsiane po całym powiecie. Ich zarobki zgarniał klasztor. Dziewczyny nie dostawały ani grosza.
– Mieszkałyście panie w pokojach…
– … w celach. Trzy-, czteroosobowych. Szczególnie wyróżnione miały tak zwane „dwójki”, ale o tym też opowiem później.
– Rozrywki?
– Jeden telewizor we wspólnej sali i możliwość oglądania około pół godziny programu dziennie. Zazwyczaj dziennika telewizyjnego. O filmach nie było mowy. W zamian miałyśmy próby chóru i katolicką prasę. Od czasu do czasu wielką sensację stanowiło nadejście egzemplarza tygodnika „Przekrój”. Wtedy były zapisy i kolejki. O godz. 22, a często i znacznie wcześniej z powodu zmęczenia, szłyśmy spać.
– Wróćmy jednak do Pani osobistej kariery. O ile karierą można nazwać dyplom stolarza po zawodówce.
– Zaczęłam i skończyłam liceum. Wieczorowe. Ze średnią 4,5! Cały dzień ciężko pracowałam, a uczyłam się nocami. Trochę z duszą na ramieniu, bo przykłady tego, co działo się ze zbyt ambitnymi siostrami indywidualistkami miałam aż nadto dobitne. Jedna z sióstr, bardzo inteligentna i wykształcona, przez jakiś czas przełożona nas wszystkich, lubiła towarzystwo księdza kapelana. I proszę akurat tu nie szukać podtekstów. Dyskutowali, śmiali się, żartowali. Ot, zwyczajnie i naprawdę cieszyli się swoim towarzystwem. Dopóty, dopóki ktoś nie doniósł wyżej. Bo co jak co, ale śmiać się beztrosko to akurat w zakonie nie wolno. Siostra Klemensa znikła tak szybko, jak się w klasztorze pojawiła. Ksiądz kapelan też został gdzieś przeniesiony.
– Chyba nie tylko o śmiech tu chodziło?
– Nawet o uśmiech mogło pójść. Jedna z nowicjuszek skończyła swoją zakonną karierę z tego powodu, że mijając w korytarzu księdza czy inną zakonnicę, uśmiechała się… niezwykle promiennie. To wystarczyło. To dziwne, bo radość dowodzi zadowolenia z życia. Preferowano jednak smutek, zgorzknienie, pochylone czoło…
– Trwała tam Pani całe lata, więc Bernarda raczej przestrzegała posępnej, klasztornej reguły?
– Na razie to wszystko jeszcze do mnie nie docierało. Uczyłam się, dokształcałam, kończyłam kolejne kursy, byłam zamotana. W końcu uzyskałam status dyplomowanej opiekunki przedszkolnej.
– No to była radość w klasztorze.
– Raczej zawiść i złość, bo zamiast ssać pieniądze od rodziców naszych podopiecznych, walczyłam o coraz lepsze warunki pobytu dzieci. O pomoce dydaktyczne, o bardziej kaloryczne posiłki. Wszelkie wydatki były bardzo źle widziane. Zwłaszcza wtedy, gdy pracowałam w placówce dla dzieci autystycznych. A za wesołość i radosny śmiech z dziećmi też lądowałam na dywaniku u przełożonej. „Zakonnica powinna powstrzymywać się od wesołości i zachowywać godnie” – mówiła. A ja na to, że to są małe dzieci, które potrzebują serca. „No to co z tego?” – słyszałam w odpowiedzi. W dodatku jeszcze bezczelnie zrobiłam prawo jazdy. Moje akcje w klasztorze, w kolejnych jego filiach, wyglądały coraz marniej.
– Bo?
– Bo nie umiałam wchodzić w układy. Ten układ istnieje w klasztorach od stuleci i nazywa się donosicielstwo. To sieć oplatająca zakonne mury, a także dusze zakonnic i zakonników. Zasada jest prosta: donoszą na mnie, to ja muszę prześcignąć ich w donoszeniu. A jak zdobędę naprawdę istotną informację, to mam plus u przełożonej, jeśli jej tę wiadomość przekażę. A ona dalej. Najniższe rangą zakonnice donoszą na współtowarzyszki swoim opiekunkom, te – siostrom wyżej postawionym w hierarchii. Z kolei one swoim przełożonym, i tak wszystko dociera do pająka siedzącego w środku sieci. Do generalnej przełożonej zakonu. Potem może też do biskupa, lecz tego już nie wiem na pewno.
– Jak przypuszczam, wiele donosów dotyczyło delikatnej kwestii libido. Jak tłumią to młode, zdrowe, często atrakcyjne dziewczyny?
– Tak jak potrafią. Najczęściej pracą. Tajemnicą poliszynela jest kwestia samozaspokajania się – i proszę tu nie wymagać ode mnie szczegółów. Obserwowałam kiedyś miłość – odwzajemnioną – odwiedzającego nas często księdza Sylwka (zapamiętały pokerzysta!) do młodziutkiej siostry Kurpianki. Dziecka jeszcze prawie. Gdy gruchnął skandal – podobno jakaś ciąża i aborcja – Sylwka przeniesiono do małej wiejskiej parafii. Kurpianka zrzuciła habit i… została jego gospodynią na plebanii. Mam nadzieję, że są szczęśliwi! Zakonne ciąże i nieznany ojciec też nie należały do rzadkości.
– Ale, jak przypuszczam, to były tematy dnia w klasztorze?
– Ależ skąd! Nikomu nie wolno było o tym nawet wspomnieć. Tylko że… Tylko że życie nie zna próżni i jakoś wszyscy o wszystkim wiedzieli. Skąd? Powiedzmy, że roznosiło się… I wszystkie wiedziałyśmy też, że karą za grzechy nieczystości jest śmierć.
– Nie bardzo rozumiem…
– Śmierć jest w klasztorach tematem zdecydowanie tabu. Ale przecież zakonnice w końcu umierają. Jeśli któraś umiera szczególnie strasznie, np. na raka, to żadna z sióstr nie powinna jej współczuć. Nie wolno jej!
– Pani żartuje.
– Nie. Nie żartuję! Pamiętam siostrę Jadwigę. Konała w celi prawie dwa miesiące. A konając, wyła z bólu dzień i noc. Przychodził lekarz i dawał zastrzyk z morfiny. Morfina przestawała działać, a ona krzyczała i rzęziła. Coraz głośniej i głośniej. W końcu ciszej. Aż ucichła. Wstydzę się, ale wszystkie poczułyśmy ulgę. Pamięta pan, opowiadałam o siostrze Lojoli – tej od niebywałych zdolności językowych? Boże święty, jak ona strasznie umierała… Wyła kilka dni jak zarzynane zwierzę. A w zakonie oficjalnie skwitowano to tak, że cierpiała słusznie, bo w ten sposób Bóg karze za grzechy, zanim do siebie zabierze. Nikt nie wiedział, za jakie grzechy Lojola cierpiała. Ale stwierdzono, że widocznie musiała mieć jakieś ukryte.
– A współczucie?
– Nie spotkałam się w klasztorze z empatią. Tak umierała – mówiono – bo Bóg tego chciał A On na pewno wie, co robi! Co do mnie, to o mało się nie pomylił.
– Jak?
– A tak, że dostałam straszliwych bólów brzucha. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Wezwano pogotowie. Okazało się jednak, że to na szczęście tylko atak kamicy nerkowej.
– Tylko? Na szczęście?
– Na szczęście! Tylko! A nie ciąża.
– Uff… Zmieńmy na chwilę temat. Czy w tak małych społecznościach mikroproblemy nie urastają do rangi kwestii superważnych?
– Żeby pan wiedział jak! Na przykład zakonnice nierzadko biją się. Normalnie okładają pięściami. Kopią i plują na siebie.
– Bo?
– Bo jedna powiesiła pranie na sznurku innej. To wystarczy do awantury, która czasem kończy się opatrunkami. Proszę mi wierzyć, nic tak „pięknie” nie kwitnie w przyzakonnych ogródkach jak nienawiść.
– Poza relegowaniem z klasztoru, jakie były sankcje za przewinienia?
– Degradacja, degradacja i jeszcze raz degradacja.
– Co było na samym dnie?
– Zdziwi się pan, ale moim zdaniem nic aż tak strasznego. Dnem w hierarchii klasztornej była praca w gospodarstwie ze zwierzętami. Z krowami, ze świniami. Doglądanie ich. Co ciekawe, znałam zakonnice, które bardzo sobie te zajęcia chwaliły. „Wolę doglądać te świnie, niż widzieć na co dzień inne” – mówiła znajoma siostra i chyba rozumiałam tę metaforę.
– A co przynosiło ślepe zakonne posłuszeństwo?
– Awanse.
– Tylko co komu po pięciu się w hierarchii donosicielstwa i włazidupstwa?
– Im wyżej, tym bliżej było do konfitur. Wszelkie, niemałe przychody klasztoru i zakonu nie były nigdzie ewidencjonowane. Żadnych podatków, nic. I jakoś tak się dziwnie składało, że rodziny zakonnic na topie ni stąd, ni zowąd zaczęły nagle opływać w dostatki… Odnawiały dom albo budowały nowy. Kupowały samochód. My, szeregowe siostry, obserwowałyśmy to niejako z zewnątrz. Jako regułę. Wcale tego nie ukrywano. Wierność zostaje wynagrodzona. Miałyśmy być tego świadome. I byłyśmy. To miało mobilizować…
– Wróćmy jeszcze na chwilę do wstydliwego tematu płciowości. Jak ją można pokonać?
– Pracą. O to stara się zakon. No i modlitwą. To dla wierzących. I…
– I…
– Najczęściej poprzez samogwałt. No i skoki na boki. Jakiś motel. Jakaś przypadkowa znajomość, najczęściej z księdzem, bo jemu też zależało na dyskrecji. Byle szybko, byle nikt się nie dowiedział. To było w zasadzie tolerowane, przynajmniej detektywów za nami nie wypuszczano. Ciąża – to dopiero była tragedia!
– A miłość jednopłciowa?
– Cóż, kwitła jak we wszystkich zamkniętych strukturach. I była w klasztorze rugowana. Ale jakoś tak bez przekonania. Pamiętam siostrę Urszulę. Miłą dziewczynę mieszkającą w dwuosobowej celi z inną zakonnicą. To u nazaretanek był raczej ewenement. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi, z ich niedwuznacznego zachowania, ale Ula miała rodzinę w Niemczech, która co miesiąc słała sowite ofiary, więc z miłości zakonnic nie robiono problemu. Inne siostry, które miały się ku sobie, znajdowały sto sposobów, by być razem. Wszystkie o tym wiedziałyśmy, przełożona też, ale co mogła zrobić? Sama też, jak mi się wydaje, całkiem nie była bez winy. Zresztą o jakiej winie ja tu mówię.
– Czy istnieje w zakonie coś takiego jak tajemnica spowiedzi?
– Wolne żarty. Najintymniejsze sekrety zdradzone księdzu w konfesjonale już po kilku godzinach docierały do przełożonej, a w ciągu tygodnia krążyły po całym klasztorze. Wszyscy o tym wiedzieli, wszyscy powtarzali i po cichu dyskutowali, a do spowiedzi i tak chodzili, bo musieli.
– Co powiedziałaby dziś Pani siedemnastoletniej smarkuli, która ma ochotę zostać zakonnicą?
– Co bym powiedziała? Kochanie… ucz się albo pracuj, albo – powiem za Owsiakiem – rób co chcesz. Tylko nie idź do klasztoru, bo zmarnujesz sobie życie. Tak jak ja zmarnowałam jego najpiękniejszą połowę.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 36(496)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: