FiM – Wyznawcy maryśki

W posiadłości zakonu znaleźliśmy ukryty skarb. Mnisi będą mieli cudowny odlot, jeśli zdążą go wykorzystać, zanim ruszy tyłki zdumiewająco oporna policja…

Ostrów Tumski w Poznaniu to dzielnica, której centralna część niemal w całości należy do kat. Kościoła. Bazylika archikatedralna, pałace wszystkich pięciu biskupów z imponującą rezydencją metropolity poznańskiego abpa Stanisława Gądeckiego, kuria metropolitalna, Arcybiskupie Seminarium Duchowne, Muzeum Archidiecezjalne, trzy żeńskie domy zakonne, redakcja Katolickiego Radia Emaus, Papieski Wydział Teologiczny… Krótko mówiąc: enklawa przypominająca Watykan w Rzymie.

Na owym Ostrowie przy ul. Panny Marii 4 mieści się też oszałamiająca wielkością światowa centrala męskiego zgromadzenia zakonnego noszącego nazwę Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej, a owo Towarzystwo ma tam również własne Wyższe Seminarium Duchowne i znoszące złote jajka Wydawnictwo „Hlondianum”.

Chrystusowcy to renomowana firma, która szczyci się swoim wielkim założycielem (prymas Polski kard. August Hlond), 25 parafiami w Polsce i prawie setką placówek w świecie oraz… zasadniczym celem funkcjonowania. W ichniej konstytucji czytamy, że polega on na „uwielbianiu Boga i uświęcaniu się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa”. Nie szczycą się natomiast specjalnie majątkiem, ale uchodzą za jeden z najbogatszych zakonów (w środowisku kościelnym nazywani są dolarowcami z uwagi na wiele placówek w USA), a za grunty, jakie posiadają na Ostrowie Tumskim, mogliby zainkasować kilkanaście milionów złotych z pocałowaniem ręki.

Jednym z takich rarytasów jest przylegająca do ich posiadłości prawie hektarowa ogrodzona działka (w papierach geodezyjnych oznaczona numerem 14/4) przy ul. Dziekańskiej. Przed laty pozwolili ją uprawiać zakonnicom z sąsiedztwa, a dzisiaj rosną tam już tylko pokrzywy i jakieś krzaczory. – Szkoda dobrej ziemi. Czasem kręcą się tu klerycy z seminarium, ale nic nie sieją ani nie sadzą, choć przecież można by hodować warzywa – pożaliła się nam zakonnica, którą zagadnęliśmy o możliwość kupna leżących za płotem kloców świeżo ściętego drzewa.

Co ciekawe: od 2–3 lat ziemia Chrystusowców leży odłogiem, a jednak przynosi takie plony, że daj Boże zdrowie!

###

Konopie indyjskie to roślina zawierająca substancję o działaniu psychotropowym i narkotycznym. Z wysuszonych liści i kwiatostanów konopi uzyskuje się marihuanę. Wkładając nieco więcej pracy, można wyprodukować haszysz, czyli mieszaninę żywicy ochraniającej wierzchołki kwiatowe oraz kwitnących szczytów rośliny. Jedno i drugie jest narkotykiem, którego produkcja, posiadanie i rozpowszechnianie jest w Polsce nielegalne i grozi surowymi karami z więzieniem włącznie. Podobnie zresztą jak samo uprawianie konopi indyjskich, które grozi plantatorowi karą do 8 lat pozbawienia wolności, jeśli „uprawa może dostarczyć znacznej ilości żywicy lub ziela konopi”. Tak powiada ustawa z 29 lipca 2005 roku o przeciwdziałaniu narkomanii.

###

Działka Chrystusowców przy ul. Dziekańskiej jest ogrodzona, a dostępu do niej chroni zamknięta na kłódkę brama. Nawiasem mówiąc, całkiem niepotrzebnie, bo złodzieje tam nie zaglądają. Wokół są sami swoi i każda obca twarz od razu wzbudza niezdrowe zaciekawienie tubylców z Ostrowa Tumskiego. Od strony domu zakonnego można się na Dziekańską przedostać niepostrzeżenie od strony torów kolejowych lub ogromnego ogrodu przylegającego do płotu. My jednak postanowiliśmy wleźć tam przez dziurę.

Po co? Ano po to, żeby przekonać się, czy jest coś na rzeczy w krążących wśród poznańskich księży pogłoskach, jakoby podczas niektórych imprez kościelnych raczono się skrętami wyprodukowanymi przez „jakichś zakonników” mających przy klasztorze specjalnie na ten cel wydzielone poletko…

Na działce Chrystusowców (zgodnie z informacjami naszego zawsze niezawodnego cicerone Henasa) znaleźliśmy prawdziwy skarb: setki roślin o charakterystycznym wyglądzie konopi indyjskich, częściowo zamaskowanych chroniącymi doń dostępu pokrzywami. Zdaniem pewnego specjalisty, który zajmuje się chałupniczym przetwarzaniem konopi, te z ul. Dziekańskiej są jak najbardziej oryginalne, zaś z całej plantacji można by wyciągnąć co najmniej 20 kg aromatycznej marihuany.

A dlaczego przeprowadziliśmy własną akcję, zamiast przekazać sprawę policji?

Ano wobec haniebnej indolencji Zarządu Centralnego Biura Śledczego w Poznaniu, gdzie… w ogóle nie chcieli z nami gadać, gdy oznajmiliśmy, że wiemy co i gdzie…
– Naczelnika nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie – oznajmiła nam policjantka z CBŚ, po charakterystycznym, acz niedokładnym zasłonięciu dłonią mikrofonu i naradzie z mężczyzną, którego zapytała, czy zechce rozmawiać z dziennikarzem „FiM”. Kobieta nie ujawniła nazwiska, ale gdyby przełożeni jej szefa chcieli sprawdzić, kto zacz, to uprzejmie komunikujemy, że 29 czerwca o godz. 8.45 owa nieostrożna dama urzędowała pod telefonem nr 8415450.
– Może więc spróbowałaby pani znaleźć któregoś z jego zastępców? – nalegał dziennikarz.
– My nie rozmawiamy z prasą. Proszę się zwrócić do rzecznika.
– Ale ja nie mam żadnych pytań. Chcę wam jednie jako obywatel udzielić informacji o dużej uprawie marihuany na terenie Poznania. To chyba ważne, prawda?
– Proszę zwrócić się do rzecznika prasowego – odparła niewiasta, po naradzie ze stojącym obok mężczyzną.

Zostawiliśmy tym specom z CBŚ numery redakcyjnych telefonów, gdyby jednak zechcieli zmienić zdanie. Nie zechcieli..

[2009] FaktyiMity.pl Nr 27(487)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: