FiM – Brudny odcień bieli

Paulini są w naszym kraju jednym z najbardziej znanych i wpływowych zgromadzeń zakonnych. Ich centrala na Jasnej Górze – określana mianem „duchowej stolicy Polski” – jest nie tylko metą pieszych wędrówek wiernych kat. Kościoła, ale bywa też sceną spektakli politycznych, częstym miejscem narad biskupów, a nawet konspiracyjnych spotkań biznesmenów i polityków.

15 stycznia mnisi w białych uniformach zainaugurowali całoroczne świętowanie jubileuszu „700-lecia zatwierdzenia zakonu przez Stolicę Apostolską” i często z tej okazji goszczą w mediach, snując ckliwe opowieści o swoich dokonaniach. Niektóre z nich jednak umykają ich pamięci, dlatego też postanowiliśmy opublikować cykl wspomnień niedawnego ojca Piusa (foto obok i na str. 1) – paulina, który po 17 latach noszenia habitu, w październiku 2007 r. definitywnie zrezygnował z dalszego życia w kłamstwie i obłudzie, jak sam przekonuje.

###

– Masz 37 lat i dyplom Papieskiej Akademii Teologicznej. Będąc już po zakonnych ślubach wieczystych, żyłeś w dostatku i bezstresowo, bez obawy o bezrobocie. Co cię podkusiło, żeby odejść?
– Z tym dostatkiem to gruba przesada. Wykonując ostatnio codzienne obowiązki kapłańskie w naszej parafii we Włodawie oraz pracując na pełnym etacie w miejscowej szkole jako nauczyciel mianowany, otrzymywałem od przeora Jana Bednarza zaledwie 200 złotych miesięcznie kieszonkowego. Resztę mojej nauczycielskiej pensji zabierał. Musiałbym chyba – wzorem innych – kraść, żeby sobie pozwolić na jakieś ekstra wydatki. Zakonnicy z „wyższej półki”, zwłaszcza ci sprawujący funkcje administracyjne, mogą czerpać z kasy paulinów bez specjalnych ograniczeń, ale „doły” często kipią marksistowskim buntem, że przełożeni opływają w dostatki, a oni klepią biedę.

– No, ale chociaż żyłeś bez codziennych obaw o byt…
– Chcesz powiedzieć, że bezstresowo? Uwierz mi, że dla człowieka mającego ambicję, żeby myśleć samodzielnie, dłuższy pobyt wśród paulinów jest prawdziwą gehenną. Ogłupianie rozpoczynające się już na etapie nowicjatu, wszechobecne donosicielstwo, obłuda, rozkradanie Jasnej Góry z cennych pamiątek, malwersacje finansowe, zamiatanie pod dywan rozmaitych afer…

– Jakich na przykład?
– Pamiętasz, jak w 2004 roku generał naszego zakonu, ojciec Izydor Matuszewski, udzielił Marioli K., żonie śląskiego „barona paliwowego”, rzekomej nieoprocentowanej pożyczki w kwocie 2,5 miliona złotych na kaucję pozwalającą jej mężowi Arturowi wyjść z aresztu?

– Oczywiście, że pamiętam. Napisaliśmy o tym duży artykuł…
– Ale nikt nie napisał, bo nie wiedział, że ta forsa została normalnie wyprana za pośrednictwem paulinów, którzy tylko wystawili na użytek sądu kłamliwe oświadczenie o pożyczce, inkasując – jak słyszałem – za tę grzeczność pół miliona złotych. Ojciec generał nie pożyczyłby tej kobiecie nawet tysiąca złotych, a cóż dopiero mówić o milionach! A słyszałaś o samobójstwach w zakonie, deprawowaniu i molestowaniu młodziutkich mnichów, pokątnym naigrywaniu się przez paulinów z papieża Jana Pawła II, o balangach z zakonnicami…

– Obiecałeś to wszystko ujawnić na łamach „Faktów i Mitów”, więc uzbrajam się w cierpliwość. Wróćmy jednak do pytania o prawdziwe powody odejścia, bo chyba nie chcesz przekonywać naszych Czytelników, że po 17 latach w zakonie zgorszyło cię nagle jakieś draństwo ze strony szefa generała.
– Zadecydowała miłość do kobiety.

– Przecież byłeś już po ślubach wieczystych. Jak mogłeś zdradzić Pana Boga dla kobiety?!
– O jakiej zdradzie mówisz?! Przecież celibat to tylko gwałcący ludzką naturę wytwór chorego umysłu jednego z papieży. Oczywiście, szalenie wygodny dla Kościoła, bo nie byłby on dzisiaj tak obłędnie bogaty, gdyby dorobek życia księży przejmowali ich krewni. Ja nie straciłem wiary, lecz jedynie postawiłem na uczciwość. A co, miałem tak jak inni udawać, że moja ukochana kobieta – dzisiaj już żona – jest kuzynką albo pozwolić, żeby nasze dziecko mówiło do mnie „wujku”? Muszę się jednak przyznać, że ostateczną decyzję o rozstaniu z paulinami przyspieszyło śledztwo władz zakonnych wszczęte po tym, jak ojciec Marcin K. zdradził tajemnicę spowiedzi, ujawniając generałowi, co usłyszał ode mnie w konfesjonale. Do rodzinnej miejscowości żony przyjechał wtedy z Jasnej Góry definitor (członek ścisłego 8-osobowego Zarządu Zakonu Paulinów – dop. red.) ojciec Jerzy Kielech i wraz z przeorem Bednarzem łazili po obcych domach, wypytując ludzi, jak ona się prowadzi. Tego już było za wiele.

– A kto wyspowiadał z tak ciężkiego grzechu owego ojca Marcina?
– Nie żartuj. W klasztorze przy obiedzie toczą się rozmowy typu: „Była u mnie na spowiedzi Zośka i powiedziała, że…”.

– Jak odchodzi się z zakonu? Oświadczasz, że jest wam nie po drodze, żegnasz się i koniec?
– To nie taka prosta sprawa. Chcieli mnie zatrzymać, żeby uniknąć skandalu, antyświadectwa wobec innych. Najpierw kusili mnie wyjazdem za granicę. Telefonował w imieniu generała jego zastępca, ojciec Tomasz Ciołek, który został proboszczem paulińskiej parafii w Rzymie, i bardzo namawiał, żebym jak najszybciej przyjechał do Włoch. Był akurat środek roku szkolnego, więc miałem pretekst, żeby się wymigać.

– Odpuścili?
– Tylko na cztery miesiące, bo tuż przed wakacjami dostałem oficjalny dekret, którym generał „mocą sprawowanego urzędu” przenosił mnie do Doylestown – słynnej „amerykańskiej Częstochowy”. Odmówiłem, choć kombinowali na różne sposoby, przekonując, że w Ameryce będzie mi dobrze, dostanę tam więcej pieniędzy, a nawet na kobietę przymkną oko.

– Twardziel jesteś…
– Generał wezwał mnie wtedy na Jasną Górę. Rozmowa odbyła się w dobrej atmosferze, bez gróźb i jakiegoś wyklinania. Oznajmiłem mu, że mam maleńkie dziecko i nieodwołalnie odchodzę z zakonu. On zaś, podając przykład jednego z naszych ojców w Doylestown, tłumaczył, że przecież nie muszę, bo w USA – podobnie jak tamten – spokojnie zarobię na alimenty. Mówił o pewnym księdzu spod Częstochowy, który ma całą gromadkę dzieci i nikt nie robi z tego dramatu. O teologicznym stanowisku biskupów, którzy uważają, że posiadanie przez kapłana dzieci nie stanowi przeszkody do pozostania w branży. Dla świętego spokoju dałem się ostatecznie namówić na kompromisowy roczny urlop poza klasztorem.

– A co ze szkołą we Włodawie, gdzie uczyłeś religii?
– Dyrektor Marian Ś. był na granicy zawału serca, gdy złożyłem mu podanie o urlop wychowawczy. Znaleźli jakiś pretekst formalny, żeby odmówić i w panice załatwiali u ordynariusza siedleckiego, biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego, cofnięcie mojej misji kanonicznej do nauczania religii, bo bez tego nie mogli rozwiązać umowy o pracę.

– Rok minął i…
– Generał przysłał wezwanie na rozmowę. Nie pojechałem. Bombardowali dalej, żądając „natychmiastowego powrotu do klasztoru”. Przyjechała do mnie nawet specjalna delegacja, żeby doręczyć kolejne pismo. Wreszcie jeden z paulinów udzielił mi świetnej rady: „Weź, chłopie, ślub cywilny, bo te debile nie dadzą ci spokoju”. Szybko sprawdziłem w kodeksie kanonicznym: bingo! Zakonnik, który „zawarł małżeństwo lub usiłował je zawrzeć, nawet tylko cywilne”, zostaje z mocy prawa wydalony. Popędziliśmy z dziewczyną do urzędu stanu cywilnego i… od października ubiegłego roku jestem już wreszcie wolnym człowiekiem.

– Nie żal ci takiego ładnego, białego ubranka?
– Białe? To tylko złudzenie optyczne dla naiwnych. Ja wolę mieć czyste sumienie.

– Dziękuję za rozmowę. Rozumiem, że jesteśmy umówieni za tydzień?
– Tak, za tydzień własnym piórem postaram się pokazać na waszych łamach, kim tak naprawdę są paulini…

[2008] FaktyiMity.pl Nr 4(412)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: