FiM – Pasterz pasterzowi wilkiem

W wyższych sferach kościelnych brzydko pachnie i nie pomoże na to żadne aromatyczne kadzidło…

Kościół wręcz brzydzi się prowadzeniem polityki w pełni transparentnej. Pasterzom wydaje się najwyraźniej, że owce są zbyt głupie, żeby im o wszystkim opowiadać. A może mają przed nimi jakieś okropne tajemnice? Zajrzeliśmy do gabinetów kilku wielebnych osobistości, żeby sprawdzić, jak rzeczy się mają…

###

Często goszczący na naszych łamach arcybiskup Sławoj Leszek Głódź (fot. dolne) pilnie potrzebuje dużej kasy. I wcale nie chodzi o to, że zabrakło mu na gorzałkę czy inne przyjemności, lecz wyłącznie o niekrępującą przestrzeń życiową, bowiem w dotychczasowej metropolita gdański po prostu się dusi.

Owszem, usytuowany przy katedrze oliwskiej pałac biskupi jest obiektem, w którym można zorganizować kolonie nawet dla setki dzieci, ale ma tę zasadniczą wadę, że stoi na widoku i wciąż zamieszkuje w nim poprzednik Głódzia – abp Tadeusz Gocłowski. Nie przyjedzie tu niepostrzeżenie np. rządowa limuzyna, a tym bardziej taksówka z rozrywkową panienką bądź apetycznym młodzieńcem. Tymczasem parafia św. Ignacego Loyoli w Gdańsku-Starych Szkotach (tuż przy wiodącej do miasta krajowej „jedynce”) jest właścicielem dwóch – położonych na dyskretnym uboczu – zabytkowych budynków. Są dzisiaj w nie najlepszym stanie, ale po odrestaurowaniu byłyby godne nawet głowy państwa.

– Głódź je wypatrzył i postanowił urządzić w nich swoją rezydencję. Prace już trwają. Oprócz remontu wnętrz niwelowana jest też naturalna skarpa, gdzie założą mu ogród. To wszystko będzie kosztowało majątek, więc łupi od pewnego czasu proboszczów, aż trzeszczy. Jedyna nasza nadzieja w tym, że miasto dołoży parę milionów, o co kuria intensywnie zabiega – łudzi się gdański duchowny.

Abp Głódź nie jest lubiany przez personel archidiecezjalnej centrali, toteż potężna bomba w nos, jaką Sławoj Leszek otrzymał z Watykanu, sprawiła ogromną frajdę pracującym w kurii księżom.

– Na razie wszystko jest utrzymywane w głębokiej tajemnicy, ale chodzi o to, że przyjeżdża wkrótce do Gdańska kardynał Tarcisio Bertone (na zdjęciu w środku), który bardzo zlekceważył Głódzia, organizując sobie pobyt na naszym terenie bez żadnej z nim konsultacji. W szefie wszystko się gotuje. Zwłaszcza na myśl, że gość z Watykanu spędzi cały dzień na wiejskiej parafii, a jemu być może poświęci godzinkę – odsłania nam kulisy przygotowań jeden z kurialistów.

Kard. Bertone, który pełni najważniejszy po papieskim urząd sekretarza stanu (odpowiednik premiera), przyjedzie do Polski 30 kwietnia. Tego samego dnia uda się do Bydgoszczy, gdzie będzie głównym konsekratorem ks. prałata Jana Romea Pawłowskiego – do niedawna pracownika Sekretariatu Stanu, wyniesionego do godności arcybiskupa i skierowanego na posadę nuncjusza apostolskiego w Kongu i Gabonie. 1 maja „premiera” Bertonego podejmować będzie proboszcz parafii Opatrzności Bożej w Gdańsku-Zaspie, ks. Kazimierz Wojciechowski, następnego dnia Watykańczyk spędzi niemal cały dzień u ks. Ryszarda Bugajskiego we wsi Straszyn, a 3 maja złoży wizytę ojcom paulinom i weźmie udział w tradycyjnych uroczystościach na Jasnej Górze.

– Prywatną wizytę Bertonego w Straszynie nagrał osobisty sekretarz kardynała salezjanin ksiądz Lech Piechota, który kumpluje się z Bugajskim. Doprawdy nie wiem, jak Głódź zniesie taką zniewagę, że wiejski proboszcz okazał się ważniejszy od niego – śmieje się nasz rozmówca.

Jak zniesie? Prawdopodobnie tak samo dobrze, jak śmierć ks. kanonika Tadeusza Semmerlinga, budowniczego kościoła i proboszcza parafii Najświętszej Marii Panny Nieustającej Pomocy w Redzie-Rekowo, który 27 marca zmarł nagle w wieku 59 lat na zawał serca.

– Dzień wcześniej Głódź miał wizytację kanoniczną w sąsiedniej parafii na osiedlu Reda-Ciechocino. Na spotkaniu pojawili się księża myśliwi i zapytał ich, czy ksiądz proboszcz Semmerling poluje. Odpowiedzieli, że nie. Na to pasterz, niby żartem: „Nie?! No to będę go musiał zdjąć”. Wszyscy wiemy, z jaką łatwością odstrzeliwuje ludzi niewygodnych, więc Tadek nie spał całą noc, a następnego dnia chodził jak struty. No i wieczorem dopadł go zawał, co absolutnie nie przeszkodziło Głódziowi przewodniczyć uroczystościom pogrzebowym… – opowiada „FiM” proboszcz jednej z pobliskich parafii.

###

Gdy kard. Bertone przybędzie na Jasną Górę, orszak witających go zakonników będzie krótszy o trzech paulinów, którzy po wielu latach kapłaństwa porzucili niedawno białe habity. Wybrali wolność, przyprawiając generała zakonu o. Izydora Matuszewskiego o wielki ból głowy, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy jeden z drugim nie poleci zaraz do „FiM”, żeby opowiedzieć, co tam u wielebnych mnichów słychać…

Z owej trójki postacią najbardziej znaną wśród wiernych jest ojciec Marcin K., który przez ostatnie lata obsługiwał w diecezjach (w charakterze kierowcy specjalnego samochodu-kaplicy) wszystkie peregrynacje kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, a wśród kolegów uchodził za świnię do kwadratu, zdolną nawet do zdradzania przełożonym tajemnic zasłyszanych od konfratrów w konfesjonale podczas spowiedzi (por. „Brudny odcień bieli” – „FiM” 4/2008).

I oto wyszło na jaw, że w chwilach wolnych od peregrynacji ten świątobliwy mąż najchętniej oddawał się igraszkom miłosnym ze znaną „FiM” niewiastą, która urodziła mu dwójkę dorodnych dzieci. Władze zakonne przyglądały się temu związkowi przez palce, bo jeśli chodzi o narybek, to trudno powiedzieć, żeby walił do paulinów drzwiami i oknami, a Marcin K. był również wyjątkowo uzdolnionym rekolekcjonistą. Tak bardzo potrzebnym zakonowi, że szefowie puszczali mu nawet płazem finansowe oszustwa…

– Wiadomo było, że podczas peregrynacji wystawiał przy samochodzie kosz przeznaczony na pisemne „prośby do Matki Bożej”. Za jego namową ludzie często dołączali do nich pieniądze, które wieczorami ojciec Marcin starannie oddzielał od karteczek z prośbami, żeby się przypadkiem jakiś banknot w nich nie zapodział. Całą tę kasę brał dla siebie, a w niektórych parafiach jego dzienny utarg przekraczał tysiąc złotych – wspomina zakonnik z Jasnej Góry.

Mając już zgromadzony pokaźny kapitał, w listopadzie 2008 r. Marcin K. postanowił dać sobie spokój z białą sukienką i wyniósł się wraz z żoną oraz przychówkiem do dużego miasta w Lubelskiem, gdzie uruchomił prywatny biznes.

###

Brat Bernard, który na Jasnej Górze zajmował się ostatnio aprowizacją i opieką nad zakonną kuchnią, też miał łeb do interesów.

– On nawet z kilometra potrafił wyniuchać, gdzie schowane są konfitury – twierdzi cytowany wcześniej paulin.

Brat Bernard trzymał sztamę z o. Arkadiuszem Niedziółką kontrolującym wszelki handel dewocjonaliami wokół klasztoru i o. Leonem Chałupką – do niedawna administratorem generalnym zakonu.

– Benek miał dzięki temu dostęp do bardzo dużej kasy. Jej część zainwestował w pewną sympatyczną panienkę z Bydgoszczy, po czym wyprowadził się do niej. Jak dużą część? Tu przewalają się dziesiątki milionów, więc doprawdy trudno powiedzieć… – wzdycha zakonnik.

Mnicha, który porzucił sutannę w ostatnich tygodniach, choć miał już wszystkie możliwe święcenia, nie wymienimy nawet z imienia, o co bardzo serdecznie prosił nas jego wieloletni przyjaciel urzędujący pod nosem generała Matuszewskiego. – Chłopak miał w perspektywie piękną karierę, ale uwiódł zakonnicę. Nie on pierwszy i nie ostatni, ale oboje postanowili zacząć życie od nowa – słyszymy.

###

Doświadczeni mnisi doskonale wiedzą, w jaki sposób dyskretnie wymknąć się na noc z jasnogórskiego klasztoru do swojej dziewczyny lub chłopca i wrócić bladym świtem, nie ryzykując gniewu zawistnych przełożonych. Niestety, nowy przeor klasztoru – o. Roman Majewski (awansował na to stanowisko z funkcji dyrektora Radia Jasna Góra) – okazał się przysłowiowym psem ogrodnika, który sam nie zeżre i drugiemu nie da…

– Postanowili wraz z generałem, że we wszystkich przejściach, którymi można wydostać się na zewnątrz, założą w drzwiach zamki magnetyczne otwierane na specjalne karty czipowe. Ale to jeszcze nic! Za dziesiątki tysięcy złotych zostanie zbudowany cały system rejestrujący każde wejście i wyjście danej osoby. Z dokładnością co do minuty! Chyba się, k… a, przyjdzie spuszczać z okna po linie, dopóki Wielcy Bracia nie wpadną na pomysł, żeby wsadzić nam dodatkowo kamery do cel! – irytuje się zakonnik.

Żywi się jeszcze nadzieją, że w kwestii tych inteligentnych zamków chodzi jedynie o możliwość zablokowania dróg ucieczki podejrzanym o chęć opuszczenia paulińskich szeregów…

[2009] FaktyiMity.pl Nr 15(475)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: