FiM – Łapacz… gołębi

Depesza PAP była w swej treści bardzo lakoniczna. Poinformowano, że sąd w Świdnicy (woj. dolnośląskie) skazał na półtora roku więzienia w zawieszeniu na cztery lata księdza Edwarda P. – proboszcza z Pszenna, oskarżonego o molestowanie seksualne dwóch chłopców.

„Według prokuratury, ksiądz Edward P. (na zdjęciu) w kościelnej dzwonnicy molestował seksualnie dwóch ministrantów. Chłopcy dopiero po roku od zdarzenia powiedzieli o wszystkim rodzicom. Wyznanie prawdy na jednym z poszkodowanych chłopców wymogła matka. Łukasz D. zaczął dziwnie się zachowywać i oświadczył m.in., że nigdy więcej nie pójdzie do kościoła. Świdnicki sąd dał wiarę wyjaśnieniom poszkodowanych i ich rodziców. Oparto się również na opinii biegłego psychologa i seksuologa. Wyrok nie jest prawomocny. Obrońcy księdza zapowiedzieli apelację. Konsekwencji wobec proboszcza do czasu uprawomocnienia się wyroku nie wyciągnie Archidiecezja Wrocławska. »Jeżeli teraz postanowimy coś wobec księdza, to już go nie reanimujemy. To jest jego osobista tragedia. Dlatego poczekajmy na prawomocny wyrok« – powiedział biskup Edward Janiak z wrocławskiej kurii”.

Kolega biskupa
Tyle lakonicznie i jakoś mało precyzyjnie (albo bojaźliwie) PAP, a tymczasem w wiosce wrze… od kilku już lat! Wszystko za sprawą proboszcza Edwarda Piotra P., jedynego władcy dusz parafii obejmującej nie tylko Pszenno, ale i cztery okoliczne wioski: Jagodin, Wilków, Miłochów i Niegoszów. Przed nim rząd dusz sprawował ksiądz Władek, którego ludzie do dziś mile wspominają. Dobry był to kapłan: jak ludzi do roboty przy kościele czy plebanii zwoływał, to zawsze nastawiał jedzenia i picia, sympatycznego słowa także nie skąpił. Zżył się z parafianami, strzygł swoje owieczki uczciwie – mówią mieszkańcy – i „dlatego nam go zabrali pod Bolesławiec, a przywieźli z Jawora tego antychrysta”. Od razu zaczął się panoszyć. A jak się stroił w piórka. Bywało i tak, że dwa razy w tygodniu gościł u siebie biskupa Edwarda Janiaka z Wrocławia. „Kolega z roku” – tak go przedstawił.

Tutejsi byli nawet dumni z tego, że mają taki bliski kontakt z hierarchą kurii. Wybaczali więc na razie nowemu plebanowi, że do roboty przy cmentarnej kaplicy czy kościele wzywał z ambony parafian, którzy już od czterech lat leżeli mogiłą nakryci. Taki bałagan miał w papierach i nadal ma go w swej kancelarii. Nie wiedzieli tylko, dlaczego on tak tych bab nie szanuje. Bywało i tak, że chłopi wykonywali drobniejsze prace porządkowe, a kobiety gonił np. do zbijania tynków. Taki porąbany co nieco – sądzono.

Ale kiedyś ktoś przywiózł z Jawora rewelację, że z tamtejszej parafii pogoniono księdza Edka. Podobno za „zbyt bliskie kontakty z klerykami”. Plotka poszła przez wieś i teraz jeden z drugim zaczął sobie przypominać, jak to nieraz proboszczowi ręce krążyły po dolnych partiach ciała co młodszego chłopaka. I to, co kiedyś odbierano jako przaśny żart, teraz nabrało innego znaczenia – związanego ze zboczeniem seksualnym. Wieś zaczęła podejrzliwie obserwować poczynania proboszcza.

Ojca za drzwi!
Następnie po okolicy gruchnęła sensacyjna wieść, że wyrzucił on swojego ojca z plebanii. Mówią, że to nie był ojciec, a ojczym. Nieważne, grunt, że ten starszy pan w wiosce miał poważanie. Nie wynosił się ponad ludzi jak syn (czy pasierb?), ale przystanął, pogadał od serca, doradził. Na plebanię wprowadził się razem z proboszczem i jego mamą (o rodzicielce księdza Edwarda też nie mówi się w wiosce zbyt sympatycznie). Owieczki hodował, na wałach rzecznych je pasł, swój chłop był. Trzy lata temu w nocy na plebanii wybuchła awantura, po której starszy pan znalazł się na dziedzińcu. Ludzie się zbiegli, ale co mogli zrobić? Najwyżej zadzwonić po przyrodniego brata proboszcza, by się bezdomnym z dnia na dzień ojcem zaopiekował. Syn przyjechał, zabrał płaczącego, nie omieszkał jednak powiedzieć przy ludziach:

– A nie mówiłem, że tak przy nim skończysz?

I znowu poszła fama, że stary człowiek wiedział o seksualnych upodobaniach swojej prawdziwej czy przybranej pociechy, zwrócił mu uwagę i za to pocałował klamkę z drugiej strony drzwi. Na plebanii od tamtego czasu została z synem tylko mama.

Ale to wszystko pryszcz przy tym, co wydarzyło się na przełomie listopada i grudnia trzy lata temu. Po nabożeństwie proboszcz polecił dwóm dwunastoletnim ministrantom, by poszli z nim na dzwonnicę gołębie łapać. Jednemu kazał zostać na zewnątrz, a do wieży wszedł z drugim – Łukaszem. Kiedy chłopiec znalazł się na drabinie, w pewnej chwili ksiądz ucapił go za przyrodzenie. Ofiara dopiero po dłuższej chwili zdołała się wyrwać z łap sapiącego z podniecenia lubieżnika. Łukasz wybiegł z wieży z okrzykiem: – Dobiera się do mnie! Potwierdza tę wersję jego kolega, który całe to zajście widział przez szparę w drzwiach.

Z pedofilskimi praktykami proboszcza zetknął się też inny z ministrantów, trzynastolatek G. On z kolei dostąpił zaszczytu przekroczenia progu plebanii, żeby pomóc w wyborze świętych obrazków, które miały być rozdawane podczas kolędy. Edward P. zaszedł chłopaka od tyłu, przewiesił mu rękę przez ramię, sięgając do rozporka. Także w tym przypadku amory spełzły na niczym, bo G. uciekł z krzykiem. W dodatku ostrzegł innych chłopaków, żeby uważali. Opowiadał, jak to proboszcz podczas obmacywania „czerwienieje jak burak i sapie jak cap!”.

Sąd nierychliwy
Tymczasem mama Łukasza zdziwiła się, kiedy syn oświadczył, że nie pójdzie do kościoła, póki „ten proboszcz w nim urzęduje”. Sądziła, że może chodzi mu o kolędę. Proboszcz ciągał ministrantów do pierwszej w nocy po okolicznych wioskach. Żadnemu z chłopców nie dał nawet cukierka. Jednak matka Łukasza poznała później całą prawdę – prawdę o zwyrodniałych praktykach pedofilskich, jakich dopuszczał się pleban.

Dlatego 31 października 1999 roku zawiadomiła Prokuraturę Rejonową w Świdnicy o molestowaniu dziecka przez księdza. Trzeba przyznać, że ten organ ścigania stanął na wysokości zadania. Po sześciu miesiącach drobiazgowego śledztwa, a dokładnie 24 maja 2000 r. akt oskarżenia trafił do sądu. Tymczasem ksiądz zaczął z ambony wykrzykiwać, jak to jedna taka wredna oczernia go publicznie, ale on się nie boi. Był święcie przekonany o swojej bezkarności. Trafił jednak na kobietę dzielną, która nie dała się zaszczuć i postanowiła walczyć nie tylko w sprawie swojego dziecka, ale i innych potencjalnych ofiar Edwarda P. Zaczęła słać skargi do rzecznika praw obywatelskich i Ministerstwa Sprawiedliwości, zarzucając opieszałość świdnickiej Temidzie. W końcu dopięła swego – lubieżnik stanął przed sądem i został skazany, mimo że bronili go najlepsi adwokaci w województwie.

Jeszcze raz wierni mogli poznać butę swojego pasterza. Cztery dni przed ogłoszeniem wyroku już podobno wiedział, co go czeka. Podczas niedzielnego nabożeństwa kaznodzieja zagrzmiał z ambony: – Nie myślcie sobie, że ja stąd odejdę…!

Pszenno huczy
Chociaż spora to wioska, jednak mieszkańcy każdego obcego w lot wyczują. Już po kilku spotkaniach wszyscy wiedzieli, że pojawił się dziennikarz i rozmawia o tej haniebnej sprawie. Ludzie sami podchodzili, dorzucając coraz to pikantniejsze szczegóły z „pasterskiej posługi” księdza. Chcieli tylko wiedzieć, w jakiej gazecie będzie to opisane.

– W „FiM”? Znamy i czytamy! – można było usłyszeć. Mogłem przejrzeć kserokopie sądowych dokumentów, oświadczeń, zeznań.
– My nie występujemy przeciwko Bogu – wyjaśniano – ale dość mamy faryzeusza i obrzydliwca. Epitety padały znacznie gorsze.

Próbowałem też porozmawiać z głównym bohaterem skandalu. Na odgłos dzwonka w uchylonym okienku w drzwiach frontowych plebanii ukazała się głowa proboszcza:
– Dzień dobry, jestem z prasy, czy ksiądz zechce porozmawiać?
– Nie, absolutnie nie!
– Jako skazany za molestowanie dzieci nie chce ksiądz proboszcz wykazać skruchy, ale może zaprzeczyć zarzutom?
– Absolutnie nie mamy o czym rozmawiać!

Szklany judasz zamknął się z trzaskiem. Z pewnością jednak ten pasterz bardzo jest ciekaw, co o nim sądzą parafianie. Bo chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z własnego publicznego wizerunku. Spieszymy więc udostępnić mu tę wiedzę, spisaną na podstawie nagrania. I jeszcze jedno. Niech ksiądz proboszcz będzie łaskaw w miejsca wykropkowane wstawić tzw. szewską terminologię. Dla ułatwienia podajemy pierwsze litery.

Opinia pierwsza:
– Panie, dosyć tu tego ch… Niech, s…, w… stąd jak najdalej. Tu już mało kto chodzi do kościoła. Wszyscy wolą iść kilka kilometrów do Świdnicy na osiedle, gdzie jest mądry i normalny ksiądz Jandziszak. Panie, jaki wstyd nam na cały kraj ten ch… przyniósł. Ludzie już dzieci chrzczą gdzie indziej, bo przecież nikt z tym nie pójdzie do tego ch…!

Opinia druga:
– Nasz proboszcz ma dwa auta – „malucha” i volkswagena polo. Jak jedzie za pieniędzmi, to wsiada w fiacika, żeby pokazać, jaki jest skromny. A tymczasem jest strasznie pazerny na pieniądze. Nie daruje nawet rodzinie zmarłego. Przed wyprowadzeniem zwłok zbiera na tacę datki i mało mu tego. Podczas pogrzebu, już na cmentarzu, przy mogile, po raz drugi puszcza tacę w ruch. To już jest obrzydliwe, a co powiedzieć o tym, co z tymi dzieciakami wyprawiał. Taki nasz Paetz!

Opinia trzecia – generalna:
– Widział pan w kościele, jaka garstka na mszy była. Kiedyś tłum stał na dziedzińcu, tłok był. Dzisiaj i tak przyszło więcej, bo sądzili, że będzie się tłumaczył z otrzymanego wyroku. Ale gdzie tam, żadnej pokory. Ot, czasów żeśmy doczekali. Ksiądz kryminalista kazania nam wygłasza. Dobrze, że chociaż rodzice ministrantów teraz bacznie pilnują. A jak ludzi wk…a wypowiedź biskupa Janiaka, jaki ten nasz proboszcz biedny, bo go spotkała osobista tragedia. Niech biskup zabiera swojego kolegę w ch…! Jeden wart drugiego. Chyba że chce mieć tylko w naszym kościele stare dewoty i garstkę innych, którzy się jeszcze łaszą do proboszcza. Ale i oni są już w rozterce.

Tę ostatnią opinię dedykujemy również biskupowi Edwardowi Janiakowi. Może zrozumie, że pewne zmiany dokonały się i na wsi. Te owieczki chyba zmieniły płeć, bo już nie są baranami, do kurii nędzy!

Na szczęście są wyjątki od reguły. Myślę o moim komentarzu i powyższym tekście. Na podstawie tego ostatniego widać doskonale, jak zdrowy rozsądek i determinacja ludzi może sprawić, że sprawiedliwości staje się zadość. Moim marzeniem jest, aby redakcja „FiM” była patronem w sprawach, gdzie waży się (nie tylko na wadze sądowej), kto jest równy, a kto równiejszy. Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek – biskup, poseł czy minister – mógł bezkarnie molestować polskie dzieci! Aby podobne obrzydlistwo nie uszło nikomu bezkarnie – gorąco apeluję: informujcie nas o każdym podejrzanym zachowaniu dorosłych względem Waszych pociech, a także o ewentualnych problemach ze strony organów ścigania, np. próbach zatuszowania afery – pomożemy Wam! Jeśli w Katolandzie są ważniejsze sprawy od dobra dzieci, to my tym ważniejszym sprawom ukręcimy łeb.

JONASZ

[2002] FaktyiMity.pl Nr 26(121)/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: