FiM – Łowcy skór

Każdego roku miliony złotych zasilają kościelne konta z tytułu ostatniej usługi, jaką pasterze udzielają swoim owcom. Mimo to wciąż kombinują, jak zyskać jeszcze więcej.

Rocznie w Polsce odbywa się co najmniej 360 tysięcy pogrzebów. Twarda jest zatem na rynku usług funeralnych konkurencja. Kończy się ona, kiedy na polu bitwy pojawia się firma kościelna. Bo od tej pory ksiądz zgarnia całą klientelę, a jeśli nawet ktoś z jego usług korzystać nie chce, to i tak w końcu zapłacić musi… W chwili załatwiania pogrzebowych formalności nikt zwykle nie myśli o tym, żeby analizować dyktowane przez duchownych warunki.

Pogrzeb na jednym z łódzkich cmentarzy: wpuszczenie urny do grobu – 200 zł; dekoracja kaplicy (dyżurne sztuczne kwiaty) – 380 zł; wykopanie grobu pod urnę (kilka machnięć łopatą!) – 500 zł. Do tego parę innych drobiazgów. Razem – 1380 zł.

Mało? Widać mało, bo coraz więcej jest takich, którzy chcą z tej cytryny wycisnąć jeszcze więcej.

Niewielkie miasteczko w diecezji lubelskiej. Tutejszy proboszcz, ksiądz prałat Czesław P. (jednocześnie kapelan miejscowego szpitala), od kilku lat rozkręca firmę pogrzebową zlokalizowaną w przykościelnych budynkach. Z sukcesami, bo załatwia niemal 100 procent pochówków w okolicy. Chłodnia w kaplicy przy kościele, obok budynek z trumnami, biuro w przykościelnej świetlicy, dwa karawany.

– Ten zakład pogrzebowy to przykrywka do bezpodstawnego ściągania dużych pieniędzy od rodzin zmarłych, bo pochówek u proboszcza kosztuje kilka razy więcej niż w innych firmach – wyjaśnia Piotr, który manufakturę księdza Czesława poznał przy okazji pogrzebu swojej ciotki.

Ale scenariusz niemal za każdym razem jest taki sam. Tuż po grzecznościowym „szczęść Boże” proboszcz przechodzi do konkretów i pyta – wyjmując katalog z ofertą – czy rodzina ma już trumnę. Lepiej, żeby nie miała. Jeśli ktoś odmawia kupna, bo w trumnę zaopatrzył się w innym zakładzie pogrzebowym, wyjścia ma dwa – albo trumnę oddać, albo zapłacić proboszczowi na tyle dużo, żeby odczuł satysfakcję i znalazł wolny termin na pogrzeb.

Rodzina Piotra trumnę już miała, więc wyjaśnili grzecznie, że przyszli tylko po to, żeby zamówić mszę i obsługę pogrzebu. Takiej bezczelności proboszcz nie zdzierżył. Konkurencyjnej firmie pogrzebowej zabronił wjazdu na cmentarz, z mszą uwinął się w kilkanaście minut, a z modlitwą nad grobem – w kilka. – Chyba nigdy na żadnym pogrzebie rodzina nie płakała tak jak my. Bo cierpienie było podwójne – z powodu śmierci ciotki i upokorzenia, jakiego doznaliśmy od proboszcza – wspomina Piotr.

Mieszkańcy miasteczka biznesu swojego kapłana komentować nie chcą, gdyż uważają, że i tak z nim nie wygrają, a oni później będą czekać na pochówek swoich zmarłych nawet dwa tygodnie, bo takie niepokornym ksiądz prałat wymierza kary.

Z kolei ksiądz Bernard C. z Wielkopolski rozsławia swoją firmę pogrzebową z ambony, informując wiernych, że każda złotówka, którą zapłacą za pochówek zmarłych, zasili konto kościoła i zostanie przeznaczona na utrzymanie świątyni i cmentarza. Wierni płacą i trudno im się dziwić, skoro proboszcz – jak relacjonują parafianie – podczas ostatniego namaszczenia w jednej ręce trzyma ciało Chrystusa, a w drugiej – ulotkę reklamującą jego firmę pogrzebową. Konkurencja pada, bo nawet jeśli uda jej się zdobyć klienta, musi proboszczowi płacić dolę za pochówek na jego (?!) cmentarzu.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 15(475)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: