FiM – Zabójczy kapucyn

Zabił dwie osoby, ale cieszy się wolnością, bo podobno jest wyjątkowo pobożnym mnichem…

Od czerwca 2008 r. przed Sądem Rejonowym w Gorzowie Wielkopolskim toczy się proces 31-letniego zakonnika ze zgromadzenia Braci Mniejszych Kapucynów, oskarżonego o to, że zabił dwóch mężczyzn. A dokładnie było tak:

Bladym świtem 7 października 2007 r. pewna sympatyczna panienka odwiozła do klasztoru kapucynów w Gorzowie „zwłoki” ojca Mieczysława L. – wikariusza administrowanej przez świątobliwych mężów parafii pw. św. Antoniego z Padwy i Stanisława Kostki. Mnich był mocno zmęczony, bo do późnej nocy chlał gorzałę i tańczył na „imprezie integracyjnej” zorganizowanej w Torzymiu przez bank, z którym kapucyni szalenie pragnęli się zintegrować.

Po powrocie do klasztoru o. Mieczysław trochę odparował, ale nie do końca, bo miał tego niedzielnego poranka zaplanowane ważne obowiązki duszpasterskie w postaci mszy św. na peryferyjnym osiedlu Poznańskim. Gdy się ocknął, był już „w niedoczasie” i wciąż jeszcze oszołomiony. Z grubsza się tylko ogarnął, a że po zakąskach dręczyła go tzw. cofka, łyknął specjalnego balsamu kapucyńskiego („naturalny preparat, przygotowywany z ziół i żywic, wzmacniający organizm i regulujący pracę układu pokarmowego” – reklamują swój produkt zakonnicy) kopiącego mocą 60 „woltów” zawartego w nim alkoholu, wyszorował ząbki i… siadł za kółkiem służbowego fiata stilo.

Umilając sobie podróż rozmową telefoniczną z uczynną „sympatyczną panienką”, która towarzyszyła mu po bankiecie, gnał do wiernych zbierających się już w kościele na osiedlu Poznańskim. Na odcinku, gdzie doszło do tragedii, miał na liczniku co najmniej 115 km/godz. (co obliczyli później biegli), choć obowiązuje tam ograniczenie do 50 km/godz.

O godz. 9.15 zjechał na przeciwległy pas ruchu. Zamroczony, nawet nie zdążył przyhamować, idąc na „czołówkę” ze skodą felicią. Efekt? Dwa zmasakrowane trupy (63-letni mężczyzna i jego 32-letni syn, kawaler) w skodzie oraz zaledwie kilka siniaków u wielebnego. Dalej wiadomo: stres, policja, prokurator, kłopoty…

Krew do badania zawartości w niej alkoholu pobrano ojcu Mieczysławowi L. dopiero półtorej godziny po wypadku. Wyszło 0,4 promila i nawet dla laika jest oczywiste, że o godz. 9.15 musiało być znacznie więcej.

– Wciąż jeszcze zionął oparami wódy i wyraźnie było widać, że jest podcięty. Grał na czas, bo z jego upływem dochodził do siebie, ale nie miał szans, żeby wyjść z tego na czysto – wspomina policjant z gorzowskiej drogówki.

– Prokuratura nawet nie ośmieliła się wnioskować o areszt, bo zakonnik jest bardzo znany z pobożności i popularny w Gorzowie – zwłaszcza jako opiekun ministrantów i oazowiczów. Ponieważ przyznał się, że pił, a dodatkowo osobiście poręczył za niego rozdający w mieście karty duszpasterz policjantów ksiądz proboszcz Witold Andrzejewski (odznaczony w marcu 2007 r. przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce” – dop. red.), toteż ojciec Mieczysław został puszczony wolno już po kilku godzinach od rozjechania na śmierć po pijaku tych dwóch nieszczęśników – dodaje funkcjonariusz z wydziału dochodzeniowo-śledczego.

###

Skoro wina mnicha była bezsporna, sprawa wydawała się prosta, a przed skierowaniem aktu oskarżenia do sądu prokuraturę wstrzymywało tylko oczekiwanie na oficjalną opinię biegłego toksykologa, któremu zlecono wyliczenie, ile promili o. Mieczysław miał we krwi w chwili wypadku.

Doktor Tomasz Janus z Zakładu Medycyny Sądowej Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie dokładnie przeanalizował zeznania zakonnika na temat ilości i rodzaju wypitych przez niego przed wypadkiem trunków, wziął pod lupę balsam kapucyński spożyty tuż przed wyjazdem na mszę, po czym wydał werdykt: podejrzany Mieczysław L. był w stanie nietrzeźwości i musiał pić więcej lub dłużej, niż zeznawał, bo stężenie alkoholu w jego krwi z pewnością przekraczało 0,5 promila, a najprawdopodobniej miał go około 0,6 promila.

Procesowe znaczenie tych ułamków jest ogromne, bowiem kodeks karny powiada:

# Naruszający zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym sprawca nieumyślnego wypadku, którego następstwem jest śmierć człowieka, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8 (art. 177, par. 2);

# Jeśli sprawca tego przestępstwa znajdował się w stanie nietrzeźwości, sąd orzeka karę „w wysokości od dolnej granicy ustawowego zagrożenia zwiększonego o połowę”, czyli 9 miesięcy, do „górnej granicy tego zagrożenia zwiększonego o połowę”, co w rzeczonym przypadku wynosi 12 lat (art. 178, par. 1);

# Stan nietrzeźwości zachodzi wówczas, gdy „zawartość alkoholu we krwi przekracza 0,5 promila albo prowadzi do stężenia przekraczającego tę wartość”(art. 115, par. 16). Innymi słowy: kwestia przekroczenia bariery 0,5 promila choćby o ociupinkę oznaczała dla wielebnego 8 lub 12 lat maksymalnej odsiadki. Podkreślmy, że odsiadki czysto teoretycznej – jeśli chodzi o funkcjonariuszy kościelnych, ale prawnicy o. Mieczysława i tak postanowili zażarcie walczyć…

###

Początkowo kapucyni rozgrywali sprawę perfekcyjnie:
# wynajęli konfratrowi dwóch najdroższych w mieście adwokatów;
# córce zabitego w wypadku mężczyzny wypłacili 100 tys. zł odszkodowania (wszystko zapewne z pracy własnych, wielebnych rąk…), po czym rozpoczęli kampanię medialną. W lokalnych gazetach pojawiały się wzmianki typu: „Zakonnik przyznał się do winy i nawiązał kontakt z rodziną, która mu wybaczyła” albo ordynarne wręcz sugestie, że„dla sądu znaczenie może mieć też fakt, że zakonnik pojednał się z bliskimi ofiar”.

Kłamstwo o pojednaniu wyszło na jaw z chwilą rozpoczęcia procesu, gdy obok prokuratora zasiadła w charakterze oskarżycielki posiłkowej wdowa Wiesława P.

Później mnisi zaczęli popełniać błędy, a podczas jednej z kolejnych rozpraw przekroczyli wszelkie granice przyzwoitości, występując do sądu z takim oto oficjalnym życzeniem: „Za swój czyn ojciec Mieczysław L. oczywiście musi ponieść karę, ale zamiast siedzenia w więzieniu ze zwykłymi kryminalistami, proponujemy umieszczenie go na 12 lat w klasztorze o zaostrzonym rygorze” – napisał w lipcu 2008 r. do gorzowskiego sądu szef kapucynów, nie wskazując wszakże konkretnego miejsca, gdzie szosowy zabójca musiałby się za karę modlić dwakroć częściej…

– To wystąpienie było prawdopodobnie efektem narady przeprowadzonej z delegatem generała kapucynów na Europę, który przyjechał do Gorzowa w połowie maja, tuż przed rozpoczęciem procesu. Od osoby u nich pracującej słyszałem, że wiele czasu poświęcili wówczas na rozpatrywanie wariantów wyciągnięcia ojca Mieczysława z kłopotów, a przede wszystkim uchronienia go przed więzieniem – mówi policjant.

###

Od samego początku proces toczył się jak po grudzie. A to jakiegoś kwitka adwokatom brakowało, a to się ktoś rozchorował lub nie dojechał…

– Wyjątkowo skandaliczne było zachowanie lekarza ze Szpitala Wojewódzkiego, gdzie oskarżonemu opatrywano siniaki po wypadku i pobierano krew do badania. Mimo licznych wezwań uporczywie uchylał się od stawiennictwa i pan sędzia Krzyżowski był już bliski decyzji o wsadzeniu medyka do aresztu oraz doprowadzeniu go na rozprawę pod przymusem – odsłania „FiM” kulisy urzędniczka sądowa.

Nie zabrakło też kłamstw. Przykładowo:
– Mieczysław L. przekonywał, że wrócił o 2 w nocy. Towarzysząca mu kobieta nie miała wątpliwości, że godzinę później. Twierdził, że to ona zatelefonowała, gdy prowadził samochód. Okazało się, że było całkiem odwrotnie, bo właśnie jemu zebrało się na pogaduszki. Widać, że to kawał krętacza, choć gra skruszonego nieszczęśnika – konkluduje nasza rozmówczyni.

Ale najlepsze kawałki wymyślają adwokaci o. Mieczysława. Oto tuż przed oczekiwanym w październiku ub. r. zakończeniem procesu zakwestionowali opinię dr. Janusa (choć podczas przesłuchania biegłego w sądzie ani przez moment nie podważali jego fachowości) oraz zażądali dodatkowej ekspertyzy toksykologicznej. I nie od jakichś przypadkowych biegłych z Warszawy czy Łodzi, tylko z konkretnie wskazanego Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, gdzie… absolutnie przypadkowo rezydują władze prowincji zakonu kapucynów.

Jakie było uzasadnienie owego żądania? Merytorycznie żadne. Ot, panowie mecenasi po prostu zapragnęli się upewnić, a sąd – mimo widocznej gołym okiem gry na zwłokę i kategorycznego sprzeciwu prokuratora – zgodził się na Kraków.

No i wyszło na to, że jednak dr Janus się nie pomylił (patrz skan).

Wyrok już 25 marca. Oczywiście poinformujemy o nim.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 10(470)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: