FiM – Byłem księdzem

Gdy pobito go przed ołtarzem i wyrzucono z kościoła, coś w nim pękło. Zniszczył sutannę, przez trzydzieści lat nie przestąpił progu świątyni. Teraz znów chce wrócić do kapłaństwa. – Z Bogiem nigdy nie zerwałem, bo nie Bóg mnie skrzywdził, ale Kościół – mówi.

„Dnia 3 kwietnia 1974 r. o godz. 16 w kościele parafialnym w Lubczu, dekanat rogowski, powiat Żnin, w czasie parafialnej spowiedzi wielkanocnej, na oczach zgromadzonych wiernych ks. infułat Jan Michalski wszedł do kościoła, prowadząc ze sobą dziesięciu oprawców. Doprowadził ich do prezbiterium i rozkazał: »Bierzcie go siłą od ołtarza!«”.

To fragment listu, jaki 30 marca bieżącego roku Stanisław B. (na zdjęciu) z Bydgoszczy wysłał do papieża. Kilka dni później Jan Paweł II już nie żył… Stanisław B. do dziś nie otrzymał odpowiedzi z Watykanu.

Co takiego stało się w kościele w Lubczu, skoro po tylu latach Stanisław B. postanowił szukać pomocy u samego Papy?

– Gdy ks. Michalski wszedł do kościoła, jego ludzie rzucili się na mnie – wspomina były ksiądz, dziś mieszkający w Bydgoszczy. – Wcześniej infułat zakazał mi wchodzić do kościoła, więc na jego oczach podarłem dekret o ekskomunice. Stałem oparty o ołtarz, bili mnie, gdzie popadło. Krwawiącego, w porozrywanej sutannie, wywlekli przed zakrystię na przykościelny cmentarz.
– Coście zrobili z naszym księdzem?! – szlochała jedna z kobiet.
– Takiej głupiej baby nie potrzebujemy w Kościele – warknął infułat.

Po tym pobiciu ks. Michalski, który kilkanaście miesięcy później z rąk samego kardynała Wyszyńskiego otrzymał sakrę biskupią, poinformował osłupiałych parafian, że ich proboszcz został właśnie przeniesiony do stanu świeckiego.

„Tak rozpoczęła się moja tragedia – pisał w liście do papieża były proboszcz w Lubczu – tragedia, która trwa do dnia dzisiejszego i nie ma widoku na jej zmianę, mimo moich licznych pism kierowanych do Stolicy Apostolskiej, nuncjusza apostolskiego w Warszawie, jak i arcybiskupa Henryka Muszyńskiego w Gnieźnie. Zrezygnowany tą beznadziejnością, chwytam się jedynej jeszcze nadziei i dlatego zwracam się z gorącą, pokorną prośbą bezpośrednio do najwyższego autorytetu Kościoła – Jego Świątobliwości Ojca Świętego Jana Pawła II o ratunek i przywrócenie mnie do stanu kapłańskiego”.

Na żaden list Stanisław B. nie otrzymał odpowiedzi, bo też gdyby którykolwiek hierarcha zabrał głos  w jego sprawie, musiałby przyznać, że zrobiono mu olbrzymią krzywdę.  A przecież ci, którzy skrzywdzili kapłana, nosili biskupie szaty.

– W każdej mojej parafii starałem się coś zrobić, pozostawić jakiś trwały ślad. Na przykład w Kuczkowie kupiłem nowe klęczniki i dzwon, w Grzybowie urządziłem drogę krzyżową. Nie podobało się to moim przełożonym, bo bezustannie domagali się pieniędzy. Już biskup gnieźnieński Jan Czerniak demonstrował swoje niezadowolenie, omijając moją parafię podczas wizytacji dekanatu, na próżno domagał się też łapówek infułat Michalski, który groził mi nawet ekskomuniką. A że odmawiałem konsekwentnie, biskupi buntowali przeciwko mnie nie tylko księży, ale i parafian. Doszło do tego, że zakazywali im dawania pieniędzy na tacę. „Jak B. wykończymy materialnie, to przyjdzie do nas na kolanach” – miał powiedzieć bp Czerniak. – Nie przyszedłem.

– Już w Kuczkowie pojawiali się u mnie ludzie ze służb specjalnych i namawiali do współpracy. Wielu księży nie kryło się z tym. „Nie będę służyć dwóm panom” – odmawiałem konsekwentnie. „A ksiądz Michalski z nami współpracuje” – usłyszałem któregoś dnia. Poraziło mnie to. Poinformowałem o tym biskupa Lucjana Bernackiego, co wywołało wściekłość Michalskiego. To głównie za te słowa pozbawił mnie później kapłaństwa.

Wyrzucenie z Kościoła było szokiem dla Stanisława B. Z dnia na dzień stał się cywilem. Nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Tylko dzięki pomocy dobrych ludzi otrzymał kawalerkę w Bydgoszczy, znalazł też pracę w jakiejś firmie transportowej. W 1981 roku przeszedł na rentę, bo dało o sobie znać skołatane serce. Przeżył dwa zawały. Dziś ma ponad 80 lat, jest samotny i chciałby już odejść z tego świata.

Od 1974 roku ani razu nie przestąpił progu kościoła, bo ból wciąż rozsadza mu serce. Nie oznacza to jednak, że utracił wiarę.

– Nadal wierzę w Boga, ale nie w Kościół. Z Bogiem nie zerwałem, bo nie on mnie skrzywdził. Kapłaństwa pozbawił mnie przecież Kościół, dla którego Bogiem jest dziś pieniądz i zdrada. Jako ekskomunikowany nie mam prawa do sakramentów, a przecież jestem człowiekiem wierzącym i chciałbym mieć kiedyś pogrzeb katolicki – mówi rozgoryczony. – Dla Kościoła jestem człowiekiem wyklętym.

[2005] FaktyiMity.pl Nr 36(288)/2005

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: