FiM – Chlebuś powszedni

Budowniczy i kustosz największej świątyni w Polsce, siódmej w Europie i jedenastej na świecie, został wykopany z posady. Gdy pytano go, ile kosztował Licheń, ucinał: „Matce Bożej się nie liczy!”. Ale nie liczył też kochankowi i rodzince…

Fajny film niedawno widzieliśmy. Wprawdzie dokumentalny, ale momenty były! Premiera odbyła się w magazynie „Interwencja” (TV Polsat – autor Łukasz Kurtz). W rolach głównych wystąpili: słynny ksiądz proboszcz Eugeniusz Makulski (fot. 4) – budowniczy i kustosz sanktuarium w Licheniu (odesłany przed miesiącem na emeryturę) – oraz jego kierowca i bardzo przystojny kochanek – Bogdan Chlebuś (fot. 1). W epizodach zagrali kuzyni księdza: Wiridianna i Krystyna oraz Zdzisław Niewczas.

Filmu jakoś nie zauważyła bogoojczyźniana prasa, chociaż wywołał ogromne oburzenie zakonnych przełożonych ks. Makulskiego:

„Zgromadzenie Księży Marianów z żalem przyjęło publikację materiałów, które oparte zostały na nieprawdziwych i niewiarygodnych informacjach przekazanych przez osobę działającą z zamiarem naruszenia dobrego imienia Zgromadzenia i ks. Makulskiego” – czytamy w specjalnym
oświadczeniu ks. Dariusza Mażewskiego, sekretarza prowincji.

Choć krytykowany obraz to w gruncie rzeczy remake znanych nam skądinąd przypadków podnoszenia się stopy życiowej rodziny albo seksualnego(ej) partnera(ki) plebana budującego kościół, obejrzeliśmy go z zainteresowaniem, gdyż dotyczy parafii uznawanej – obok klasztoru o.o. Paulinów na Jasnej Górze – za najbogatszą w Polsce. Wszak do Lichenia przybywa rocznie ponad 1,5 miliona owieczek, więc jeśli każda zostawiła tam skromne 20 zł, to ks. Makulski, gdy jeszcze urzędował, miał do dyspozycji jakieś 2,5 mln zł miesięcznie bez podatku (w filmie jest nawet mowa o kwotach rzędu kilkunastu milionów złotych miesięcznie!).

A mimo wszystko czuł się niedowartościowany (w tym fachu to normalne):

„Jeszcze organy nie skończone, dzwonnica nie skończona, więc muszę prosić o ofiarę i dokładnie wyzbierać, żeby nikt nie był pokrzywdzony, że przyniósł ofiarę Matce Boskiej, ale kleryk nie podszedł i nie było komu zostawić pieniędzy” – mówi z ambony w jednej z początkowych sekwencji filmu.

Górę „dokładnie wyzbieranej” forsy trzeba przede wszystkim policzyć. Dzięki ukrytej kamerze widzimy, jak sprawnie kuzynka Krystyna posługuje się specjalną maszyną dzielącą rzekę bilonu na 100- i 200-złotowe porcje. Robota nie jest lekka, bo codziennie musi przepuścić przez to zmyślne urządzenie grubo ponad 80 tys. zł.

Krewniak Zdzisław ma nie mniej odpowiedzialne zadania. Choć sam skromnie zapewnia, że ludzie, którzy pracują na terenie Lichenia, znają go jako kierownika inwestycji, a on tylko „podpisuje faktury, że przyjmuje je do zapłacenia”, to przecież szczera do bólu pracownica kancelarii parafialnej określa go jako „prawą rękę księdza kustosza”, człowieka „zajmującego się wszystkimi sprawami finansowymi i organizacyjnymi” sanktuarium.

„Mimo że są to ogromne kwoty, to jeśli chodzi o dysponowanie, księgowanie, to najczęściej sam te rzeczy robię. Gdy jest tych drobiazgów sporo, pomagają mi dwie siostry – cioteczna i rodzona. I nie będę się nikomu z tego tłumaczył!” – wykrzykuje z ekranu ks. Makulski.

Chwilę później z czytanego przez lektora listu Kurii Prowincjalnej Zgromadzenia Marianów, dowiadujemy się, że to, co przed chwilą usłyszeliśmy i zobaczyliśmy na ekranie, jest zwykłą fatamorganą:

„Twierdzenie, jakoby ksiądz kustosz zatrudniał do prowadzenia spraw finansowych sanktuarium członków swojej rodziny, jest nieprawdziwe. Krystyna O. – kuzynka księdza, spełnia jedynie zadania gospodyni domowej”, zaś „Zdzisław N. tylko doradzał w sprawach procesu budowlanego jako konsultant. Nie podejmował żadnych decyzji merytorycznych”.

W jednej ze scen dociera wreszcie do widza, skąd wzięła się w Licheniu tak liczna gromadka kuzynów kustosza, chociaż – jak powszechnie wiadomo – z rodzinką najlepiej wychodzi się na zdjęciach:

„Ksiądz powiedział mi bardzo ważne słowa: jeśli ma dopuścić do pieniędzy tak blisko i czując, wiedząc, że te pieniądze się rozchodzą, więc niech to już będzie rodzina” – ujawnił Bogdan Chlebuś, osobisty szofer ks. Makulskiego.

No właśnie, przejdźmy do „momentów”.

Okazało się otóż, że ów Chlebuś – zatrudniony w parafii za niespełna 800 zł miesięcznie! – dorobił się w ciągu 8 lat pracy pięknego domu oraz równie pięknych, często dla kaprysu zmienianych, samochodów. Za co?

Oddajmy mu głos:
„Jadąc do Lichenia, nie byłem zdeklarowanym gejem. Dopiero tam, z pomocą księdza Makulskiego, odkryłem to w sobie. Dlatego że byłem gejem, byłem bardzo blisko związany z księdzem Makulskim i »tymi sprawami« oraz zaliczany do jednych z najbardziej zaufanych pracowników. Z pieniędzy kościelnych sfinansował mi kupno domu (fot. 3) i darował pierwszy samochód. Ten chevrolet kosztował ponad 40 tysięcy złotych. Oczywiście woziłem księdza, ale to było moje i tylko na mnie zarejestrowane auto. Dostałem je jako prezent” – opowiada spokojnie pan Bogdan, wcale nie kryjąc twarzy oraz wnętrza eleganckiej hacjendy, wybudowanej ze składek pielgrzymów za dawanie dupy.

Na początku trochę czepiali się go kontrolerzy skarbowi, ale uświadomieni, że pieniądze na samochód pożyczył ks. Makulski, odpuścili:

„Niniejszym oświadczam, że sumę 40 000 zł pożyczyłem panu Bogdanowi Chlebuś (…) pracownikowi tutejszej parafii od 1991 r. na zakup samochodu osobowego. Pożyczki udzieliłem bez pobrania procentu, do zwrotu w terminie 10 lat w dowolnych ratach”– czytamy w podpisanym przez ks. Makulskiego dokumencie (z 11 września 1996 r.), który postawił na baczność inspektorów Urzędu Skarbowego w Strzelinie (fot. 2).

„Chevrolet to dopiero początek. Następny był mercedes S klasa, dwuosobowy kabriolet bmw roadster (cena katalogowa 203 tys. zł brutto – dop. D.N.), chrysler pełne »country« (ponad 200 tys. zł), audi… Było wiele aut” – wspomina kochanek ks. Makulskiego, na co władze Zgromadzenia Księży Marianów ripostują niczym w najlepszej komedii:

„Wśród dokumentów finansowych nie ma żadnych dowodów, aby ktokolwiek spośród członków Zgromadzenia kupował komukolwiek samochód, lub też żeby osoby związane z sanktuarium otrzymywały jakiekolwiek »prezenty« nabyte za pieniądze zebrane od darczyńców”. Innymi słowy: nie ma kwitów, więc nie ma sprawy!

Akcja przenosi się teraz do gabinetu księdza kustosza.

„Moje podejście do homoseksualizmu jest takie jak Kościoła, że jest sprawa potępiona. To, że pan Chlebuś twierdzi, że był moim partnerem, to kłamstwo”– zapewnia wielebny. Mimo dokumentu z własnym podpisem, potwierdzające-go „pożyczkę” 40 tys. zł, idzie w zaparte: „Nigdy żadnych pieniędzy nie pożyczałem panu Bogdanowi”.

Gdy drogie upominki i czułe związki pana Bogdana z ks. Makulskim stały się przedmiotem złośliwych komentarzy mieszkańców Lichenia, kierowca – pod presją władz zakonnych – musiał odejść z parafii. Podobno za-żądał 300 tys. zł odprawy, co szefowie Zgromadzenia usiłowali zinterpretować jako szantaż, łudząc się, że prokuratura też tak podejdzie do sprawy. Nie docenili jednak siły uczucia ks. Makulskiego…

Prokurator Jacek Górski z Prokuratury Okręgowej w Koninie mówi bowiem do kamery:

„Ksiądz nie potwierdził w żadnym elemencie okoliczności podnoszonych przez jego przełożonych, w liście załączonym do zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa”.

Filmu nie kończy happy end. Ks. Makulski został odesłany na emeryturę, a Kuria Prowincjonalna Księży Marianów kategorycznie zakazała mu jakichkolwiek kontaktów z dziennikarzami.

Jeśli zaś chodzi o rzekę forsy, to… płynie nadal. Tylko maszynę do liczenia obsługuje już kto inny.

[2004] FaktyiMity.pl Nr 44(243)/2004

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: