FiM – Duśpasterz

Ogólnopolski duszpasterz rolników orżnął swoich podopiecznych na miliony złotych. Sąd depcze mu po piętach. My też!

Józef Kuroczycki, niegdyś katolik, znakomity pedagog i znawca spraw polskiej wsi, przeklina dzień, w którym na swojej drodze spotkał księdza Eugeniusza Marciniaka z Włocławka. Choć od tego momentu upłynęło już wiele lat, Kuroczycki wciąż nie może zrozumieć, dlaczego tak łatwo uległ kapłanowi i stał się jego ofiarą.

– Nie dopuszczałem wówczas myśli, że ksiądz może być zwykłym oszustem, dlatego wierzyłem mu w pełni – mówi z goryczą.

Wszystko zaczęło się na początku lat 90., gdy jeden z proboszczów skierował Kuroczyckiego do księdza prałata Marciniaka, zajmującego się uniwersytetami ludowymi. Księżulo przyjął pana Józefa z otwartymi rękoma i mianował nawet dyrektorem Uniwersytetu Ludowego we Włocławku. Przez rok współpraca między obydwoma panami układała się nawet nieźle, jednak gdy Kuroczycki zapłacił naukowcom z Torunia za jakieś wykłady, sutannowy wpadł w szał. „Dla Kościoła mogą oni pracować za darmo” – pouczał dyrektora. To był koniec współpracy, przynajmniej na niwie oświatowej.

Ale potem znów drogi obu panów skrzyżowały się. Kuroczycki nie może o tym mówić spokojnie, wpienia się i prałata nazywa oszustem oraz diabłem w sutannie. Wówczas ksiądz był już osobą wielce utytułowaną i hołubioną przez władze świeckie i duchowne. A ponieważ pełnił obowiązki sekretarza Krajowego Duszpasterstwa Rolników (wcześniej – Komisji Episkopatu Rolników i Przemysłu Rolno-Spożywczego), a zarazem dyrektora wydawnictwa kościelnego we Włocławku, otwierały się przed nim wszystkie drzwi, łącznie z salonami Episkopatu i rządu.

W 1995 r. Kuroczycki wraz z synem wydzierżawił od Agencji Rolnej Skarbu Państwa 540 ha popegeerowskiej ziemi w Rąbitach w Olsztyńskiem. Dopiero gdy zaczął gospodarować, okazało się, że ziemia jest w gorszym stanie niż mu ją przedstawiono na papierze, a i zabudowania to wielka ruina. Dzierżawca nie liczył ani czasu, ani nakładów. Harował dzień i noc, by wreszcie dopiąć swego. A że panu Józefowi śniło się stworzenie gospodarstwa wzorcowego, wkrótce przygotował program rozwoju takich gospodarstw jak jego – nastawionych na szkolenie młodych kadr rolniczych. Młodzież przyjeżdżała nawet z zagranicy, aby uczyć się nowych metod upraw i hodowli. Dzieło to zyskało entuzjastyczne przyjęcie „wszystkich świętych” – od wojewody olsztyńskiego poczynając, a na ministrze rolnictwa kończąc.

Ale szatan widocznie mocno mieszał w sprawie Kuroczyckiego, bo po kilku „tłustych” latach nadszedł okres klęsk żywiołowych i strat, a katastrofy dopełnił wielki pożar indyczarni, z powodu którego pan Józef stracił 2 mln zł.

Gdy do Rąbit zawitały kłopoty, wraz z nimi pojawił się ksiądz biznesmen Marciniak. Już wcześniej zwąchał on wielki szmal z dotacji dla gospodarstw szkoleniowych, a teraz zaoferował Kuroczyckiemu pomocną, kapłańską dłoń. „Pan ma głowę do interesów i wielkie gospodarstwo, ja z kolei oferuję znajomości w Warszawie” – przekonywał chytrze sutannowy.

I tak w końcu omotał Kuroczyckiego, że ten zaczął pracować na rzecz potężnego gospodarstwa rolnego w pobliskim Międzychodzie, dzierżawionego przez księdza. Remontował księżowskie budynki, użyczał swoich maszyn, pomógł wyhodować 25 tys. indyków.

– Harowaliśmy jak woły, zastosowałem swoje, innowacyjne, pomysły w hodowli i odbudowie gospodarstwa w Międzychodzie, dzięki czemu ksiądz Marciniak zaoszczędził masę pieniędzy. Obiecywał, że w zamian podzieli się ze mną zyskiem, pomoże wyjść z dołka, ale nigdy do tego nie doszło – opowiada pan Józef.

W 1999 r., gdy państwo miało przekazać spore pieniądze na wdrożenie programu rozwoju 3 gospodarstw szkoleniowych, m.in. w Rąbitach, stało się coś dziwnego – cały szmal – zamiast do Kuroczyckiego i innych rolników – w całości trafił do… ks. Marciniaka (ok. 6,3 mln zł). Dzięki temu mógł wówczas za „marne” niecałe pół miliona złotych kupić na własność (faktycznie dla kurii) potężne gospodarstwo w Międzychodzie.

Tymczasem pętla długów zaciskała się już na szyi Kuroczyckiego i w końcu musiał się rozstać z Trąbitami. Pod młotek komornika poszły maszyny. W krótkim czasie niedawny pan na ponad 500 hektarach został dziadem. Dziś mieszka kątem u życzliwych mu ludzi. Rodzina go opuściła.

– Prawie dwa i pół roku temu o oszustwach ks. Marciniaka zawiadomiłem policję, poinformowałem też o wykorzystywaniu przez niego stanowiska i wyłudzeniu pieniędzy, które zamiast do gospodarstw szkoleniowych, trafiły do jego prywatnej firmy, a także o pieniądzach, które ksiądz jest mi winien – mówi Kuroczycki. – Sprawy są w sądzie, nie widać ich końca. Ksiądz kłamie, przedłuża rozprawy w nieskończoność. Wykorzystuje swój „autorytet” kapłana; widziałem, jak niektórzy sędziowie kłaniają mu się w pas… Interweniuję gdzie tylko można, ale efekty tego są raczej mizerne.

Kuroczycki napisał też do nowego biskupa włocławskiego – Wiesława A. Meringa. Ekscelencja nie raczył nawet odpisać, ale widocznie miał już dosyć przekrętów Marciniaka, hołubionego wcześniej przez biskupa Dąbrowskiego, bo przegonił prałata z gospodarstwa w Międzychodzie. Nieuczciwy kapłan przestał być formalnym właścicielem farmy, która należy teraz do wydawnictwa kościelnego, czyli de facto do kurii. Ponoć biskup zeźlił się na swojego biznesmena i odsunął go też od wydawnictwa. Czyżby zatem zanosiło się na pomyślne zakończenie kłopotów Kuroczyckiego? Nic podobnego!

W Ministerstwie Rolnictwa znają doskonale sprawę gospodarstwa w Rąbitach, ale nie chcą się angażować w rozgrywki na linii Kuroczycki–Kościół.

– Dzierżawca Rąbit – mówią wprost – przez długi czas zgodnie współdziałał z księdzem i wykonywał na jego rzecz kawał roboty. Niestety, wszystko odbywało się „na gębę”. Gdy pan Józef został na lodzie, pozostała mu zatem tylko droga sądowa. Taka jest zapłata za naiwność i zaufanie dla sutanny.

W Rąbitach rządzą już inni rolnicy, gospodarstwo wzorcowe dawno szlag trafił, podobnie zresztą jak i ambitne plany Kuroczyckiego. Co robi teraz były pionier wzorcowej hodowli i milioner? Walczy w sądach o dobre imię, sprawiedliwość i 1,8 mln zł. Na tyle bowiem wyliczył swój wkład w gospodarstwo księdza. Tymczasem sutannowy nie czuje się winny i myśli już o kolejnych interesach, a w wolnych chwilach pasjonuje się… iluzją. Kogo tym razem omota i oszuka?

[2005] FaktyiMity.pl Nr 36(288)/2005

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: