FiM – Ktokolwiek wie…

Piętnastoletni Janusz A. (Asminien) zaginął bez wieści pięć lat temu. Teraz, na skutek dziennikarskich ustaleń, sprawa powraca i rodzą się nowe pytania: co wspólnego z zaginięciem chłopca (i jego prawdopodobną śmiercią) miał ksiądz Jacek z Łobza oraz kto obecnie zastrasza rodzinę Janusza telefonicznymi pogróżkami, że jeśli będą zbyt dociekliwi, to stracą drugie dziecko.

Łobez to małe, senne miasteczko w Zachodniopomorskiem. Tutaj prawie nic się nie dzieje, więc społeczność tym bardziej zelektryzowała wiadomość o zaginięciu Janusza. Zrekonstruujmy tamte wydarzenia.

Łobez, sobota 21 marca 1998 roku. Grupa chłopców spaceruje nad rzeczką (później policja bez żadnych dowodów poda, że nastolatkowie raczyli się winem). Około godziny 21 postanawiają sprawdzić, czy coś ciekawego dzieje się w pobliskiej dyskotece. Janusz oddziela się od grupy na miejscowym rynku, mówiąc, że nie ma ochoty na zabawę. Od tej chwili nikt go już więcej nie widział.

Około godziny 23 zaniepokojona rodzina rozpoczyna poszukiwania. Ojciec systematycznie przeczesuje całe miasto. Mijają godziny… i nic. Zrozpaczeni rodzice o zaginięciu chłopca powiadamiają rano policję. Ta podejmuje działania, jednak dziś – po pięciu latach – udaje nam się ustalić, że dziwne to było śledztwo. Funkcjonariusze skupili się głównie na przeszukiwaniu dna rzeki – centymetr po centymetrze na odcinku około półtora kilometra. Poszukiwania nie dały żadnych rezultatów.

Policjanci uczepili się kurczowo wątku utonięcia (samobójstwa?), choć, naszym zdaniem, powinni swoje zainteresowania skierować w całkiem innym kierunku. Oficer policji z Łobza, proszący o anonimowość, mówi:

Komendant miejscowej policji w ogóle zakazał brania pod uwagę innej opcji wydarzeń niż śmierć w rzece, choć już wtedy

sprawa śmierdziała

na kilometr. Np. nie przesłuchano kolegów Janusza (sic!), a dałoby to nowy, wielce obiecujący trop. Taki mianowicie, że co najmniej dwóch z nich mogłoby opowiedzieć (tak jak opowiedzieli nam), jak to miejscowemu księdzu – na jego polecenie – wypożyczali pornosy z wypożyczalni wideo. Może funkcjonariusze ujawniliby, kto te filmy później ogląda, a zwłaszcza co się podczas tych seansów dzieje. Pytacie, jaki to ma związek ze sprawą? Ma moim zdaniem i to niebagatelny, ponieważ trop „rzeczny” dla wielu policjantów już wtedy, pięć lat temu, był absurdalny. Sprowadzony bowiem na miejsce pies podjął trop nie w kierunku rzeki, tylko przeciwny, w stronę miasta” – wspomina oficer policji.
– Co w takim razie na brzegu rzeki robiła kurtka i czapka chłopca? – pytamy.
– Leżała sobie i o niczym nie świadczyła. Każdy, kto popełnia morderstwo chce zatrzeć jego ślady. Jednym ze sposobów jest zmylenie tropów. Moim zdaniem, kurtka i czapka zostały podrzucone później, jednak policyjny pies nie dał się oszukać – mówi policjant.

Aby zrozumieć kontekst sprawy, przenieśmy się kilkadziesiąt kilometrów dalej – do miejscowości D. Tam, na plebanii, osiada ksiądz Jacek Cz. – po nagłym przeniesieniu z Łobza. Nie potrzeba wielu miesięcy, aby w małej społeczności wybuchł potężny skandal. Okazuje się, że księżulo odpowiadał przed sądem za to, że wcześniej w swoim mieszkaniu przeprowadzał swoiste testy na ewentualną homoseksualność swoich podopiecznych – ministrantów. Wyglądało to tak: kolejni zaproszeni do księdza chłopcy zmuszani byli najpierw do oglądania filmów porno, a potem do onanizowania się (nierzadko w tej czynności pomagał ks. Jacek). Później ksiądz

pobierał spermę

do specjalnego pojemnika, twierdząc, że musi odesłać ją do instytutu, który próbkę zbada.

Wiejscy chłopcy „badani” w ten sposób przez kapłana stawali się coraz bardziej milczący, zamknięci w sobie i posępni. W końcu matka jednego z nich (z Pełczyc) – po kilkugodzinnej, szczerej rozmowie z synem – dotarła do prawdy. Poradnia psychologiczna, do której niezwłocznie udali się oboje, powiadomiła prokuraturę i… zupa się wylała. Sąd Rejonowy w Choszcznie skazał pedofila w sutannie na półtora roku więzienia z zawieszeniem na trzy lata. Orzekł też zakaz wykonywania zawodu katechety przez 5 lat. Sąd wyższej instancji podtrzymał ów wyrok, a ksiądz może mówić o wielkim szczęściu. Za podobny czyn popełniony na nieletnich grozi nawet 10 lat bezwzględnej odsiadki.

Praktyki księdza i sądowy finał sprawy opisaliśmy jako pierwsi („FiM” 48/2001), jednak nie wiedzieliśmy wówczas ani o zaginięciu Januszka w Łobzie, ani o tajemniczym zdaniu, które ks. Jacek wypowiedział do matki jednego z molestowanych chłopców – tej, która zdecydowała się zeznawać w sądzie i obciążyć duchownego. Zdanie brzmiało:

„Pomogłem twojemu chłopakowi, ale jeden taki w Łobzie pomocy nie chciał i do dziś rodzina szuka jego ciała”.

Cóż mogą oznaczać te słowa? Zawoalowaną groźbę? Przyznanie się do udziału w zniknięciu Janusza, a może wręcz spowodowanie owego zniknięcia? Zrobimy wszystko, aby nowe śledztwo odpowiedziało na te pytania.

W Łobzie spotykamy się z panią Krystyną – matką zaginionego chłopca. Choć od tamtego wydarzenia minęło pięć lat, nie ma ani jednego dnia, aby kobieta nie wycierała łez. Podczas naszej wizyty też płacze. – To był złoty chłopiec, dobry uczeń, miłe, grzeczne dziecko. Nawet nie ma jego grobu i nie ma już nadziei – łka matka. Nie wiemy, jak ją pocieszyć, bo tu nie ma dobrych, kojących słów. Jest tylko rozpacz, która i nam się udziela.  A jednak przy okazji dowiadujemy się nowych, ciekawych faktów. Oto policjant z komendy w Łobzie, obecnie prowadzący wznowione śledztwo, zakazuje Krystynie jakichkolwiek kontaktów z mediami (w tym z „Faktami i Mitami”), a już za całkowicie niedopuszczalne uważa mieszanie w tę sprawę księdza Jacka. Ciekawe… Od kiedy to policja ma prawo decydowania, kto może kontaktować się z dziennikarzami i o czym im opowiadać?

Jest jeszcze jeden ciekawy,

telefoniczny wątek.

Oto od pewnego czasu (od chwili, gdy pojawił się trop księdza) rodzina państwa A. odbiera dziwne telefony. Najczęściej są to tak zwane głuche telefony, choć z drugiej strony kabla słychać obecność telefonującego. Od czasu do czasu tą drogą przekazywane są pogróżki. Tuż przed naszym przyjazdem do Łobza pani Krystyna usłyszała w słuchawce tekst ubarwiony stekiem wyzwisk. Jego przesłanie brzmiało tak: „Straciłaś jedno dziecko? Jak będziesz węszyć i dociekać, co się wtedy stało, to pożegnasz się z drugim”.

Kto dzwoni? Oczywiście nie wiadomo. Wiadomo tylko, że jest to głos starszej kobiety – niski i nieco zachrypnięty.

Ciekawe, czy łobeska policja, która wie o nękających rodzinę Janusza telefonach, prowadzi w tej sprawie jakieś czynności. I czy w ogóle prowadzone jest jakieś śledztwo? Zapytaliśmy o to zastępcę komendanta powiatowego policji w Łobzie, Leszka Olizarczyka:
– Śledztwo? Jakie śledztwo? Żadnego w tej sprawie nie prowadzimy.
– Czyli już żadne czynności w sprawie tragedii sprzed pięciu lat nie są podejmowane?
– Ależ skąd! Cały czas poszukujemy osoby, bo nie ma dowodu, że chłopak nie żyje. Są też i inne szczegóły, o których na tym etapie nie możemy rozmawiać.

Ciekawe, nie ma śledztwa, a są „inne szczegóły” i „poszukiwania osoby”. Cóż to oznacza? Do sprawy niebawem wrócimy.

PS Zwracamy się z apelem do naszych niezawodnych Czytelników. Ktokolwiek cokolwiek wie o zaginięciu Janusza albo o nieujawnionych jeszcze faktach z „działalności” księdza Jacka Cz. na północnym zachodzie Polski, proszony jest o kontakt z redakcją. Zapewniamy całkowitą dyskrecję.

[2003] FaktyiMity.pl Nr 16(163)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: