FiM – Nadzieja Świętej Rodziny

Prawie siedem lat pracowała od świtu do nocy na wrocławskiej plebanii za lichą pensję, dach nad głową i wikt bez opierunku. A później wszystko straciła i trafiła do schroniska dla bezdomnych.

Nie tak wyobrażała sobie powrót do kraju rodziców, których wojna przegoniła z Warszawy za Bug, a później wcieliła do Białorusi. Podobnie jak wielu innych, tak i jej rodzice aż do śmierci żyli myślą o powrocie. Jakby w genach przekazali tę tęsknotę najstarszej córce, dając jej imię Nadzieja. I oto przyszło jej w 1995 roku spełnić marzenie i wolę rodziców. Gdy przekraczała granicę w Brześciu, sądziła, że Polska ją przytuli. Przecież była fachowcem, skończyła cenioną Politechnikę Lwowską, jak mało kto znała się na półprzewodnikach i automatyce przemysłowej.

Dobrzy ludzie pomogli, bez większych kłopotów uzyskała zezwolenie na pobyt stały i pracę (przydały się warszawskie metryki rodziców), jednak same papierki utrzymania jeszcze nie gwarantowały. Na krótko zatrzymała się u kuzynki we Wrocławiu na Biskupinie. To dzielnica willowa, a okazały kościół pw. Świętej Rodziny góruje nad niską zabudową. Pamięta, że weszła z ulicy pomodlić się i tak przy okazji zapytała o możliwość zatrudnienia w kancelarii parafii. Proboszcz Stanisław Pikul obejrzał ją dokładnie, po czym odparł, że owszem, robota jest, ale po pierwsze – musiałaby zamieszkać na plebanii, a po drugie – może jej zapłacić 250 zł miesięcznie. Pani Nadzieja Kowszyk propozycję przyjęła. Od 1 kwietnia 1995 r. była zatrudniona,  a od maja zameldowana w starej plebanii, w tzw. domu parafialnym. Nie narzekała, miała własny kąt, stałe zameldowanie, wikt i jeszcze ponad dwie stówy na drobne wydatki.

Nie brakowało jej pracy w Świętej Rodzinie. Było tu sześciu księży (proboszcz i pięciu wikarych), a także sekretarka, kucharka i jeszcze kilka osób z obsługi. Nie wszyscy dobrze przyjęli nową pracownicę. Prawdziwą zołzą okazała się spokrewniona z proboszczem kucharka. Pani Nadzieja nie zapomni pierwszego z nią kontaktu. Kiedy przybyła na plebanię, grzecznie pozdrowiła każdego słowem bożym, ale „cerberzyca” z kuchni na sakramentalne „szczęść Boże” odwarknęła: – Won do Rosji!

Podobne uprzedzenia miała też osobista sekretarka proboszcza, Barbara C. Nadzieja długo znosiła upokarzające komendy, utrzymane w tonie: Ty, Ruska, zrób to; Ruska, załatw tamto! „Ruska” zaciskała zęby. Ale największy konflikt miała z młodym wikarym, któremu wypomniała niemoralny tryb życia, sprowadzanie panienek i balangi. Nieraz odkrywała w łóżkach damskie ciuszki, koszule pomazane szminkami. Pewnego razu powiedziała w obecności domowników, że „przecież to nie jest agencja towarzyska, lecz dom przy kościele. Trzeba szanować święte miejsce, a nie wyprawiać brewerie”.

Pani Nadzieja zaczęła się starać o przydział mieszkania do remontu we Wrocławiu. Warunkiem jego otrzymania było stałe zameldowanie w dolnośląskiej stolicy. O to się nie martwiła, bo przecież ks. Pikul obiecał, że choćby nie wiadomo co, to u niego może prze-czekać ten okres bezdomności.

Pracowała i czekała. Bombardowała podaniami i prośbami wrocławski kwaterunek, dyrektorów wydziału lokalowego UM, odwoływała się do prezydenta miasta. Odmowy przeplatały się z zapewnieniami, że już, że jeszcze trochę, że jest na liście oczekujących itp.

Nawet się p. Nadzieja nie obejrzała, a minęło jej sześć lat pracy w Świętej Rodzinie. Nadal czekała na obiecane kwaterunkowe lokum. W czerwcu wszystko się jednak pokiełbasiło. Stary proboszcz oznajmił, że wybiera się na emeryturę, a rządy w parafii obejmuje nowa ekipa. Nadzieja zamarła, bo okazało się, że nowym panem na kościelnych włościach będzie nie kto inny, tylko dawny wikary… Janusz, podniesiony do rangi proboszcza. Nowy proboszcz natychmiast zwolnił ją z pracy, ale pozwolił mieszkać jeszcze przez rok. Musiała jednak przeprowadzić się do maleńkiego pokoiku o pow. 6,5 mkw. 9 grudnia 2002 r. zaniosła do UM uzupełniające dokumenty, które miały przyspieszyć przydział mieszkania, i na święta Bożego Narodzenia wyjechała do Mińska, do córki. Skąd mogła przypuszczać, że w tym samym czasie ks. Janusz pośle do wydziału spraw obywatelskich UW swoją sekretarkę Barbarę C. z oficjalnym wnioskiem o wymeldowanie ob. Nadziei Kowszyk, „nie mieszkającej już od pół roku pod adresem zameldowania”. Było to kłamstwo. Jednak, kiedy… ksiądz wnosi, urząd wykonuje.

Do Wrocławia przyjechała 15 maja 2003 roku. Zaskoczył ją nowy zamek w drzwiach pakamery. Usłyszała, że już od dawna tu nie mieszka i niech się wynosi. Potwierdzono to w wydziale lokalowym, twierdząc, że w związku z wymeldowaniem utraciła również prawa do starania się o mieszkanie komunalne. Urzędniczki jednak ruszyło sumienie, gdy dowiedziały się o księżej intrydze. Zresztą pani Nadzieja zebrała oświadczenia świadków, że kiedy proboszcz „nie widział jej przez sześć miesięcy”, mieszkała tuż pod jego nosem. Potwierdziła to m.in. Halina P.prowadząca kółko różańcowe oraz siostra zakonna Jadwiga C.

Ks. Janusz i sekretarka Basia posunęli się w kłamstwie jeszcze dalej. Otóż w trakcie meldunkowych poczynań odebrali skierowane do niechcianej lokatorki urzędowe pismo, odsyłając je z powrotem z adnotacją: „Adresat się wyprowadził”.

Pani Nadzieja z płaczem udała się do schroniska Brata Alberta przy ul. Strzegomskiej.

Próbowaliśmy w wydziale spraw obywatelskich przy ul. Zapolskiej dotrzeć do księżowskich dokumentów, poznać podstawę prawną wymeldowania. Wywołało to popłoch w urzędzie, a w rezultacie odmówiono nam wejrzenia w papiery, zasłaniając się ustawą o ochronie danych osobowych. Próbowaliśmy też umówić się na spotkanie z proboszczem Januszem, żeby porozmawiać o całej sprawie oraz ciążących na nim zarzutach poświadczenia nieprawdy i podstawienia fałszywego świadka, którym, według nas, była Barbara C., sekretarka i jednocześnie aktywna działaczka parafialnego Koła Miłosierdzia Bożego. Odmowa wcale nas nie zdziwiła. Ksiądz postraszył nas tylko, że  „o wszystkim wiedzą prawnicy i w razie czego przez nich będziemy rozmawiać, ale w sądzie”. – A ta pani – dodał na zakończenie – to co sobie myśli? Przecież Kościół nie jest od rozdawania!

Akurat o tym wiemy, księże proboszczu. O tym wiemy..

[2003] FaktyiMity.pl Nr 32(179)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: