FiM – Pielgrzymka za jeden uśmiech

Wycieczka z biurem podróży niesie spore ryzyko. Gdy organizator jest w sutannie, to już nie ryzyko – to pewność, że stracimy część lub wszystkie pieniądze…

Turystyczna przygoda kilkudziesięciu parafian z Radomia zaczęła się w połowie 1996 roku. Podczas mszy w katedrze owieczki usłyszały o pielgrzymce do Fatimy i Lourdes.

Do udziału w świętej wyprawie zachęcał wiernych ksiądz Sławomir. W następnych dniach w radomskiej plebanii pojawiło się sporo chętnych. Każdy ochoczo wpłacił 1300 zł. Taką kwotę uiścił też Jan Wójcik, otrzymując w zamian od księdza Sławomira, który podjął się roli współorganizatora zbierającego pieniądze, pokwitowanie z pieczątką firmy „Ortolan” (patrz skan). Właśnie ta firma (ma swoje placówki w Radomiu i Łodzi) należąca do Szymona Zwolińskiego, byłego zakonnika, miała być organizatorem wycieczki.

W dniu wyjazdu zapowiedziany luksusowy autokar nie pojawił się. Zamiast wyruszyć do Fatimy, niedoszłym pielgrzymom przyszło powrócić do domów. Ludziska łudzili się jeszcze, że może autokar uległ wypadkowi gdzieś na trasie, ten jednak nigdy nie pojawił się na ulicy Mickiewicza, a wyprawa do Fatimy okazała się wycieczką wirtualną.

Powrót do domu z walizkami był pierwszą gorzką pigułką zaaplikowaną łatwowiernym turystom. Wkrótce przyszło przełknąć jeszcze kilka… Przede wszystkim ks. Sławomir odciął się od organizowania wyprawy, podobnie jak i prawniczka Marta K., w której domu znajdowało się przedstawicielstwo firmy „Ortolan”. Wszyscy umyli ręce, zwalając winę na Szymona Zwolińskiego i jego małżonkę z Głowna.

Sprawa trafiła na policję i do prokuratury. Zwoliński znalazł się za kratkami. Tłumaczył naiwnie, że wszystkie pieniądze od niedoszłych wycieczkowiczów stracił podczas pożaru samochodu. Sąd nie uwierzył w bajki Zwolińskiego i uznał go winnym, skazując na niewielką odsiadkę. Wkrótce właściciel „Ortolanu” wsiąkł niczym kamfora i właściwie do dziś nikt nie wie, gdzie się ukrywa. Nawet żona…

Proces Zwolińskiego nie rozwiązał jednak zasadniczego problemu 26 niedoszłych pielgrzymów – nie otrzymali ani grosza z pieniędzy wpłaconych przed laty ks. Sławomirowi.

– Postanowiłem walczyć o swoje i zaskarżyłem ks. Sławomira – mówi J. Wójcik. – To on przecież zachęcał ludzi do wyjazdu, to jemu wpłacałem pieniądze, on też wydał mi pokwitowanie.

W listopadzie ubiegłego roku podczas rozprawy sądowej ksiądz wyparł się wszystkiego. Nawet zachęcania ludzi do uczestnictwa w pielgrzymce, choć kilka lat wcześniej, podczas rozprawy karnej, zeznawał inaczej.

Pan Wójcik był pewien wygranej, jednak sąd nie podzielił jego zdania. Temida nie wyjaśniła nawet, jaka była rola ks. Sławomira w organizowaniu pielgrzymki: czy był wspólnikiem niedoszłego zakonnika, czy jego ofiarą. Jak było do przewidzenia, w maju tego roku sąd zwalił całą winę na byłego zakonnika, wybielając radomskiego księdza. W lipcu Wójcik złożył więc apelację, ale młyny sprawiedliwości mielą wolno i nie wiadomo, kiedy nadejdzie finał.

W Głownie żyje niedawna wspólniczka i żona Zwolińskiego, a przez wiele lat na pobliskim osiedlu mieszkał z rodziną i on sam. O mężu pani Anianie chce rozmawiać, bo to przywołuje najgorsze wspomnienia. Nie ukrywa, że gdy przed laty poznała Szymona, imponował jej. Wciągnął ją jednak w swoje ciemne interesy, w czym połapała się dopiero po jakimś czasie. Po aferze z pielgrzymką do Fatimy i wyroku sądowym pozostała z długami do spłacenia i zszarganym życiorysem.

– Proszę wreszcie dać mi spokój – mówi drżącym głosem. – Mam już dość tej sprawy, chcę na zawsze zapomnieć o Zwolińskim.

W Sądzie Rejonowym w Radomiu potwierdzają, że były zakonnik ma kilka spraw cywilnych i że nie znają jego aktualnego miejsca pobytu. Łódzka policja rozesłała za nim listy gończe. Ksiądz Sławek, pracujący na niwie Pańskiej, jest nie do ruszenia. Sprawiedliwość, że boki zrywać, ale nie wszystkim jest do śmiechu.

[2003] FaktyiMity.pl Nr 40(187)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: