FiM – Im sie udało – Nadludzie w cywilu

W młodości wybrali bliski kontakt z Bogiem. Przywdziali sutanny i habity. Po latach rozczarowali się i przeszli „do cywila”. Był to protest przeciw kłamstwu i obłudzie Kościoła.

„Ja i cała moja rodzina otaczaliśmy nabożnym szacunkiem wszystkich księży. Dla mnie osobiście byli to nadludzie – nieomylni i wspaniali pod każdym względem. To byli ludzie nie z tego świata”. Tak o swoim młodzieńczym zauroczeniu pisał po latach w książce „Byłem księdzem” Roman Kotliński, czyli Jonasz, naczelny „Faktów i Mitów”.

Naturalną konsekwencją obranej drogi życiowej były studia w Wyższym Seminarium Duchownym i kapłaństwo, a potem wyjazd do pierwszej parafii. Tu Jonasz zetknął się z rzeczywistością. Już wtedy zrozumiał, że prawda o Kościele jest całkowicie odmienna od tej, którą karmiono go
przez lata w rodzinnej parafii i w seminarium. Podwójne życie księży i nieustanna pogoń za pieniędzmi szokowały młodego kapłana.

Decyzja o zrzuceniu sutanny

dojrzewała w nim od dawna. Miał już dosyć zakłamania systemu, którego był częścią. Najpierw powiedział o tym swojemu spowiednikowi z seminarium, który był wstrząśnięty szczerym wyznaniem, a potem o podjęciu ostatecznej decyzji poinformował swojego proboszcza. „Ksiądz Józef, którego również bolały ciemne strony Kościoła, wyraził swoje zrozumienie dla mojej decyzji, a przede wszystkim podziwiał odwagę i determinację”– napisał Jonasz po latach.

A potem było zauroczenie wolnością i wielka miłość. Swoją przyszłą żonę, Ewę, poznał przypadkowo w warsztacie samochodowym. Zadzwonił kiedyś do zakładu i położył słuchawkę obok głośnika magnetofonu, z którego leciały słowa wyznania Czerwonych Gitar: „Nikt na świecie nie wie…”. Samochód Jonasza okazał się wyjątkowo „awaryjny”, więc nie brakowało pretekstu do rozmów…

Potem był ślub, wynalazek i patent na kieliszki podświetlane, pionierska sprzedaż betonowych grilli ogrodowych. Już wtedy odniósł niemały sukces finansowy. Następnie były książkowe wspomnienia i przemyślenia obnażające szokującą prawdę o Kościele, Stowarzyszenie Odnowy Kościoła, „Fakty i Mity”, partia RACJA – to już niemal historia. Czekają go teraz kolejne wyzwania, być może założy antyklerykalne radio, może konkurencyjną dla Rydzyka telewizję.

Czy czuje się szczęśliwy? Tak, już przed laty postanowił, że pozostawi wyraźny ślad swojego życia na tej ziemi i na razie to mu się udaje. A ponadto ma piękną żonę i dwóch wspaniałych synów. Decyzji o zrzuceniu sutanny nie żałuje. Zawistnikom tłumaczy, że nie zrobił tego dla kobiety, lecz dlatego, że nie chciał poświęcać życia kłamstwu i obłudzie.

Jarek również został księdzem z powołania. Standardowa droga do Kościoła: modlitwa, ministrantura, sześcioletni pobyt w seminarium duchownym. Mówi: – Przez kilka lat wpajano nam, by zapomnieć o uciechach tego świata, zerwać wszystkie więzy i spalić mosty. To ukształtowało mój sposób myślenia, a jednocześnie nauczyło bezwzględnego posłuszeństwa.

Dzień, w którym składał święcenia kapłańskie, pamięta do dziś z kilku powodów. Po pierwsze – działo się to w katedrze wawelskiej, a po drugie – był pierwszym księdzem wyświęconym dla nowej diecezji sosnowieckiej. Trafił do niezłej parafii, ale od początku wyczuwał jakieś ograniczenia i bariery. Pełen energii i wiary rzucił się w wir pracy z młodzieżą, a tu proboszcz mówi wprost: „Nie chcę hołoty na plebanii!”.

Po trzech latach znalazł się w Dąbrowie Górniczej, gdzie zajął się głównie katechezą. Wkrótce został rzecznikiem prasowym kurii. Był redaktorem naczelnym śląskiej „Niedzieli”, korespondentem KAI, organizował konferencje prasowe, ocierał się o kurialne salony. Jednocześnie

otwierały mu się oczy na prawdę o Kościele.

Widział brudy, kłamstwa, chorobliwy materializm. Po dziewięciu latach podjął decyzję o zrzuceniu sutanny, co zszokowało rodzinę i znajomych.

– Jak do tego doszło? Poza wszystkim, po prostu zakochałem się. Poznałem jedną z parafianek, zafascynowała mnie jej osobowość. Miłość sprawiła, że musiałem dokonać wyboru, by nie żyć w kłamstwie – wspomina Jarosław B.

Zrzucenie sutanny okazało się czymś poważniejszym, niż się spodziewał. Przez lata żył przecież w innym świecie, funkcjonował w kościelnych strukturach, nie znając życia, był jakby bez rąk. Zapewne dlatego przez długi czas bezskutecznie poszukiwał pracy, wydeptywał ścieżki do wielu firm i urzędów. Był bliski załamania. W Kościele traktowano go jak czarną owcę, nie akceptowało go też nowe środowisko. Miał jednak u boku Magdę – kobietę rozsądną i odważną. Gdy na świat przyszło dziecko, Jarek zrozumiał, że jego decyzja o zrzuceniu sutanny była słuszna, że nie musi kryć się przed całym światem. Ma dom i rodzinę. Pracuje dziś jako dziennikarz i nie narzeka.

Jeszcze niedawno było go pełno – w prasie, radiu i telewizji. Dziś pracuje w mniej eksponowanym, choć bardzo ważnym miejscu – w Gabinecie Komendanta Głównego Policji. Jest absolwentem filozofii mającym za sobą krótki okres zauroczenia Kościołem. Życie pod kościelnym kloszem nie bardzo odpowiadało Pawłowi Biedziakowi. Porzucił więc sutannę i trafił do policji. Został specjalistą do spraw nieletnich i rozpracowywał środowisko szczecińskich skinheadów. W swojej robocie musiał być niezły, skoro trzy lata później został rzecznikiem prasowym komendanta policji w Szczecinie. I w tej funkcji sprawdził się na tyle dobrze, by po trzech latach trafić do centrali. Jako rzecznik prasowy komendanta głównego policji nie miał sobie równych w ostatnich dziesięcioleciach.

We wrześniu 2002 roku przestał być rzecznikiem. Paweł Biedziak zmienił „umundurowanie” spokojnie, bez wstrząsów i rwania włosów z głowy. Jak twierdzi, był to proces naturalny. Ma żonę, 2 dzieci.

O swoim życiu prywatnym i tamtym kościelnym epizodzie nie chce wiele mówić.

Sylwester S. z Sochaczewa był księdzem prawie dziesięć lat. Jego droga do kapłaństwa też była raczej typowa: zauroczenie Kościołem w młodości, seminarium, święcenia. W podżyrardowskiej Jesionce był proboszczem i nic nie zapowiadało dramatu. Gdy sprzedał starą plebanię, pieniądze – zamiast oddać Alojzemu Orszulikowi – przeznaczył na zakup Drogi krzyżowej. Łowicki pan i władca uznał to za wyjątkowy afront i postanowił ukarać ks. Sylwestra.

– Chciał mnie zdegradować do roli podrzędnego wikarego, na co się nie zgodziłem – wspomina były ksiądz z Sochaczewa. – Zaproponowałem przejście do innej diecezji, ale i to nie odpowiadało biskupowi. Nie pozostało mi nic innego, jak zrzucić sutannę.

Pierwsze kroki w cywilu nie były łatwe. Dopiero po kilku miesiącach udało mu się znaleźć pracę w jakimś magazynie. Nie załamał się, nadal szukał swojego miejsca w życiu. Dziś pracuje jako jeden z szefów wielkiej firmy. Cztery lata temu założył rodzinę i jest bardzo szczęśliwy. Tamtej przełomowej w jego życiu decyzji nie żałuje. Widocznie takie było jego przeznaczenie…

[2003] FaktyiMity.pl Nr 51.52(198.199)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: