FiM – Choroba zawodowa

Większość pedofilów w sutannach umyka wymiarowi sprawiedliwości. Strach ofiar często prowadzi do przedawnienia przestępstwa, a niektórych winowajców wybawiła z kłopotów śmierć…

W marcu przed Sądem Rejonowym w Brzozowie (woj. podkarpackie) zostanie wznowiony proces ks. Stanisława K. Ten były proboszcz parafii św. Klary w Hłudnie (archidiecezja przemyska) jest oskarżony o psychiczne i fizyczne znęcanie się nad czwórką dzieci oraz doprowadzenie 13-letniego ministranta (na zdjęciu) do samobójstwa. Przypomnijmy (por. „Musiałem to zrobić” – „FiM” 1/2008)…

Duchowny nękał chłopca podejrzeniami o kradzież pieniędzy. Wezwał też do siebie jego matkę, żeby opowiedzieć o małoletnim zbrodniarzu. Gdy wróciła do domu, syn był na sankach. Wieczorem miał służyć do mszy. Długo nie wracał, więc zaczęła go szukać. Na ścieżce za domem zobaczyła świeże ślady na śniegu. Wiodły za stodołę. Było tam drzewo, sznur i bezwładnie zwisające ciało dziecka… Młodsza siostra chłopca znalazła w domu kartkę zatytułowaną „Pożegnanie”. Oto jego treść: „Nienawidzę łysego. Tego pedofila. Musiałem to zrobić, ponieważ mówił, że go okradłem. Ale ja przysięgam na Boga, że tego nie zrobiłem. Ale jemu tego nie powiem. To, co napisałem, oddać policji. I żeby go zabrali z parafii, bo to pedofil. Nie chcę być gwałcony przez niego. Nie wiem, o jaką smycz mu chodzi. To, co jest moje, oddać potrzebującym. Obłój Bartek”. Pod spodem jeszcze dopisek: „Odczytać po mojej śmierci”, a na marginesie wzmianka świadcząca o tym, że dzieciak napisał ten pożegnalny list w szkole, 12 grudnia 2007 r. o godz. 9.40, na lekcji języka polskiego. Dwa dni przed samobójczą śmiercią.

Kilka dni po śmierci dziecka pleban złożył na policji doniesienie, że skradziono mu 480 zł i… smycz dla psa!

Proces ks. Stanisława K. ruszył w lipcu 2008 r. Został utajniony, ponieważ sąd obawiał się „niepokojów społecznych”, czyli po prostu rozróby wywołanej przez bojówki walczące o tzw. dobre imię duszpasterza. Także kuria nawet nie zawiesiła go w czynnościach, lecz przeniosła dla bezpieczeństwa (mieszkańcy Hłudna grozili wywiezieniem go na taczce) do pobliskiej miejscowości uzdrowiskowej na posadę wikariusza. Ostatnia rozprawa odbyła się wiosną 2010 r., kiedy to sąd postanowił uzupełnić materiał dowodowy o dodatkową opinię psychologiczną dotyczącą ofiary i jej domniemanego kata. Pierwsza, sporządzona na potrzeby śledztwa, była dla oskarżonego katastrofalna:
– Najkrócej rzecz ujmując, biegły stwierdził, że ksiądz bezwzględnie manipulował dzieckiem, które żyło pod nieustanną presją strachu. Nie udało się ustalić, czy także wykorzystywał je seksualnie. Śmierć skutecznie zatarła wszelkie ślady mogące potwierdzić wersję wynikającą z pożegnalnego listu, a duchowny nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień, więc został oskarżony jedynie o znęcanie się nad trzema dziewczynkami i tym nieszczęsnym chłopcem – mówi prokurator z Krosna. Co zawiera najnowsza opinia sporządzona przez specjalistów z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie?

– Nie znam jeszcze szczegółów, ale słyszałem, że nie podważa ani jednego stwierdzenia poprzedniej. Jesteśmy spokojni, bo ze względu na wagę sprawy dotykającej w pewnym sensie naszego arcybiskupa Józefa Michalika (przewodniczący Episkopatu rządzący na co dzień archidiecezją przemyską – dop. red.) w Brzozowie podchodzono do niej z najwyższą starannością – podkreśla prokurator.

Tajemnicę wspomnianego w liście gwałcenia ministrant zabrał ze sobą do grobu…

###

Jak to się stało, że pedofilia jest już niemal chorobą zawodową funkcjonariuszy Kościoła katolickiego? Wydarzenia, które za chwilę opiszemy, miały miejsce w latach 1975–1980 w wyższym seminarium duchownym. Adresu nie ujawniamy, bo niektóre osoby już nie żyją, a bardzo łatwo można byłoby je zidentyfikować. Ten czas wspomina niedoszły ksiądz Leszek L. (zrezygnował z kapłaństwa po pięciu latach studiów, obecnie mieszka i pracuje w Niemczech):

– Poszedłem do seminarium po długim namyśle i z przekonania, bo miałem już 27 lat. Chciałem być dobrym księdzem i pracować jako duszpasterz wśród tzw. marginesu społecznego – więźniów, dziewczyn lekkich obyczajów… Bo takich ludzi doprowadzić z powrotem do Boga, którego na pewnym etapie swojego życia utracili, to byłby dopiero sukces! Podczas studiów wybijano mi to z głowy, aż wreszcie skutecznie wybito…

Jakimi metodami?
– Działo się to za komuny, gdy obawy przed bezpieką bardzo utrudniały homoseksualnym duchownym zaspokajanie apetytów poza własnym środowiskiem. Ksiądz rektor miał wśród kleryków swoje „damy dworu”: Ireneusza, Bogumiła i Czesława. Ci ostatni są dzisiaj szacownymi proboszczami, zaś Irek sprawuje w diecezji szczególnie eksponowane stanowisko. Trudnili się oni wyszukiwaniem wśród najmłodszych roczników „świeżego towaru” do sypialni rektora i kilku jego zaufanych kumpli, wśród których był nawet seminaryjny spowiednik i biskup. Ja zacząłem właśnie od biskupa, który jako pierwszy „przetestował” mnie seksualnie w kaplicy. W tamtych czasach na zewnątrz seminarium wychodziło się tylko na dwie godziny i zawsze we trzech, więc klerycy bzykali się między sobą po nocach gdzie popadło. W auli, szpitaliku i należącej do tego przybytku łazience… Byłem później tzw. kuratorem chorych i miałem klucze do szpitalika oraz gabinetu lekarskiego, w którym przyjmował doktor M. Gdy pomieszczenia były wolne, udostępniałem je zaufanym chłopakom – twierdzi Leszek L.

Po zmianie rektora kleryk zwierzył się ze swoich obserwacji i osobistych doświadczeń seminaryjnemu lekarzowi.
– Miałem do niego największą śmiałość, a ponadto żywiłem obawę, że złapałem jakieś paskudztwo, bo czułem się bardzo słabo, zasypiałem na wykładach oraz w kaplicy na modlitwach. Opowiedziałem doktorowi M. o wszystkim, zaś on powtórzył to nowemu rektorowi, który zdecydował się na posunięcie, jakiego w historii seminarium jeszcze nie było: nakazał natychmiastowe badanie krwi wszystkich chłopaków! Asystowałem przy pobraniach, ale nie miałem dostępu do innych wyników, oprócz swojego. Pozostało tajemnicą, ilu alumnów było zarażonych chorobą weneryczną (podobno kilkunastu), w każdym razie ja byłem i mam odwagę o tym mówić! Odszedłem na rok przed święceniami, choć nikt mi takiej decyzji nawet nie sugerował – podkreśla Leszek L.

Biskup, rektor i spowiednik już nie żyją. Kilka roczników „sformatowanych” przez nich duchownych ma się doskonale. O dwóch absolwentach seminarium z tamtego okresu docierały już do „FiM” sygnały, że wykazują niebezpieczne skłonności do ministrantów. Nie wiadomo, o ilu jeszcze nie wiemy, bo dzieci i ich rodzice bardzo często wybierają milczenie…

– Jestem ofiarą księdza pedofila i mimo upływu wielu lat wciąż przeżywam te mroczne chwile. Zostałem zgwałcony w przeddzień przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem, nie chcę też rozpamiętywać dzisiaj. Noszę i wciąż w sobie tłamszę upokorzenie, mam też za sobą jedną próbę samobójczą. Milczałem, bo nie potrafiłem nikomu zaufać. Ani opiekunom z domu dziecka, w którym mnie wychowywano po śmierci rodziców, ani nauczycielom, organom państwa, czy władzy sądowniczej. Sprawa uległa już przedawnieniu, zaś oprawca nie żyje, więc nie widzę szans na uzyskanie jakiegokolwiek zadośćuczynienia, choć i tak byłoby ono tylko próbą zamknięcia problemu, którego w żaden sposób nie można naprawić. Nastał wszakże najwyższy czas, żeby na ołtarzach Kościoła w Polsce położyć także dziecięce buciki, bo zbrodnie księży popełniane na bezbronnych i bezgranicznie im ufających najmłodszych ofiarach są zbrodniami ze szczególnym okrucieństwem… – mówi Marek M.

###

Męski zakon o zasięgu światowym ma w Warszawie swoje władze prowincjalne, nowicjat i seminarium duchowne, a do tego prowadzi w naszym kraju kilkanaście parafii tudzież rozmaitych ośrodków pomocy bądź opieki. Wizytówką zgromadzenia jest młodzieżowy ośrodek wychowawczy, którego współzałożycielem i wieloletnim dyrektorem był ksiądz A. L. Mimo sławy i zasług propagowanych przez kościelne media przełożeni odsunęli go od pracy z młodzieżą i skierowali do placówki dla ludzi umierających. Dopiero teraz wychodzi na jaw, że zdołał wcześniej wykończyć kilku całkiem zdrowych…

– Księdza L. poznałem w wieku 14 lat. Doskonale pamiętam to spotkanie. Tuż przed końcem wakacji przyszedłem do kościoła, żeby dowiedzieć się, kto będzie nowym opiekunem grupy ministranckiej, do której należałem. Miał akurat dyżur w kancelarii. Potwierdził, że to on będzie się nami zajmował i kazał przyjść jeszcze tego samego dnia na wieczorną mszę. Początkowo wszystko układało się normalnie, ale po miesiącu zaatakował. Byliśmy sami w zakrystii, obok trwała msza. Ksiądz L. nagle rzucił się na mnie i zaczął całować, wpychając mi swój jęzor do ust. Zanim zdążyłem otrząsnąć się z szoku, ostrzegł: „Tylko nie mów nikomu” i… jak gdyby nigdy nic poszedł na plebanię. Podobne sytuacje zdarzały się wielokrotnie. Zawsze próbowałem się bronić, ale był zdecydowanie silniejszy ode mnie. Dlaczego po pierwszym razie nie przestałem przychodzić do kościoła? Proste: chciałem spotykać się z Bogiem i służyć do mszy. Poza tym miałem nieustającą nadzieję, że da mi wreszcie spokój – wspomina J. F.

Wielebny pełnił w zgromadzeniu funkcję „powołaniowca” i zajmował się werbunkiem kandydatów do zakonu.
– Organizowano w tym celu „wakacje z Bogiem”, czyli letnie i zimowe obozy dla młodych chłopców. Znam przypadek 14-letniego M. S. ze Szczecina, którego podczas rekolekcji w Kaliszu obudziła rano ręka księdza L. na genitaliach i gorący pocałunek „z języczkiem”. W tym chłopaku faktycznie kiełkowało powołanie do kapłaństwa, więc po skończeniu szkoły wstąpił do zakonu, ale po dwóch latach zrezygnował. Ksiądz sprawował już wówczas funkcję szefa ośrodka dla „trudnej młodzieży” – dodaje J. F.

Mówi P., były wychowanek instytucji kierowanej przez księdza A. L.:
– Wszedłem kiedyś bez pukania do jego gabinetu. Odskoczył spłoszony od lekko roznegliżowanego i potarganego chłopca z najmłodszej grupy, krzycząc: „Nie mam czasu, nie mam czasu!”. Bardzo często zwalniał upatrzone ofiary z lekcji, żeby – jak tłumaczył – pomogły mu posprzątać pokój. O jego skłonnościach pedofilskich mówiło się niemal otwarcie, ale władze zakonne nie reagowały. Wiem, że później został zdjęty ze stanowiska i po długiej kwarantannie we Włoszech oddelegowany do hospicjum, co przecież wcale nie oznacza, że zamknięto mu możliwość deprawowania dzieciaków. Dlaczego we właściwym czasie nie zgłosiłem sprawy policji? Mimo swoich wówczas kilkunastu lat, miałem już dosyć bogatą „przeszłość”. Nikt by mi nie uwierzył! – przekonuje.

Do sprawy zakonu – już pod jego pełnym szyldem – wrócimy po zakończeniu dokumentowania przypadków molestowania seksualnego wychowanków także przez dwóch następnych księży dyrektorów…

[2011] FaktyiMity.pl Nr 7(572)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: