FiM – Księża na zakręcie

W Polsce co roku rezygnuje z zawodu ok. 70 duchownych katolickich. Są wśród nich ludzie dużego formatu, zdarzają się też geszefciarze i pechowcy…

Ks. dr Andrzej J. (38 l.) sprawował funkcję rzecznika kurii metropolitalnej, dyrektora oddziału „Gościa Niedzielnego”, wykładał w seminarium duchownym i działał jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej. Był jedną z najbardziej znanych i – przyznajmy – najwybitniejszych postaci archidiecezji wrocławskiej. Zaraz po uzyskaniu święceń kapłańskich ówczesny metropolita kard. Henryk Gulbinowicz wysłał go na dalsze studia do Rzymu. Gdy w 2007 r. wrócił z doktoratem (w dziedzinie komunikacji społecznej), został „ustami” abp. Mariana Gołębiewskiego. Miał przed sobą świetlaną przyszłość, gdy nagle, na własne życzenie, zrzucił sutannę. Odszedł tak dyskretnie, że ów fakt przeoczyły nawet lokalne media, w których było go do niedawna pełno. Przyczyny decyzji dr. J. znamy, ale ponieważ mają charakter osobisty, nie będziemy ich roztrząsać. Możemy jedynie uchylić rąbka tajemnicy, że już post factum do jego teczki personalnej załączono opinię, jakoby „okazywał nieposłuszeństwo i trwał w nim mimo wielokrotnych upomnień”, za co arcybiskup ukarał go zakazem wykonywania zawodu. Pan Andrzej dostał pracę w instytucji samorządowej i ma już ten zakaz w… za sobą.

###

Artur S. (33 l.) z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej funkcjonował w duszpasterstwie parafialnym, a równolegle ślęczał nad doktoratem. Tytuł ten otrzymał za pracę „Chrześcijańska koncepcja feminizmu”. Idąc za ciosem, napisał fascynującą, ale absolutnie niestrawną dla hierarchów książkę pt. „Kościół i kobiety”, która obrazuje rolę płci pięknej w oczach papieży oraz ideologów katolickich. Miał prosty wybór: wydać ją i gnić do końca życia jako wikary na wiejskiej parafii albo schować obrazoburcze dzieło do szuflady i obrastać tłuszczem na posadzie proboszcza. Ordynariusz bp Edward Dajczak udzielił mu rocznego urlopu, żeby się dobrze zastanowił. Książka jest już na rynku, bo dr Artur S. schował do szuflady swoją sutannę. Choć kuria starannie wyczyściła ze strony internetowej diecezji wszelkie po nim ślady, nazwisko tego utalentowanego naukowca (pracuje obecnie w Warszawie) z pewnością będzie kłuć biskupów w oczy…

###

Ks. Paweł Sz. (47 l.) był do niedawna proboszczem prestiżowej parafii w Koninie (diec. włocławska). Kupił działkę położoną tuż obok kościoła i wraz z Grażyną K. (poznaną w zespole szkół, gdzie on nauczał religii, a ona ekonomii i przedsiębiorczości) założył w 2005 roku spółkę, która jeszcze w tym samym roku wzniosła tam powalający na kolana Dwór Biesiadny „Kana Galilejska”. Sytuacja była trochę niezręczna, bo ks. Paweł już od siedmiu lat usiłował wybudować kościół parafialny, ale roboty utknęły z braku środków i gdy dwór oddawano do użytku, świątynia znajdowała się w okolicy półmetka.

Sprawę trąciły lokalne media, indagując kurię biskupią, czy to ładnie. Ekonom diecezjalny ks. Lesław Witczak odparł, że bardzo nieładnie, bowiem bez zgody ordynariusza Alojzego Meringa duchownemu nie wolno robić żadnych biznesów na własny rachunek. „Jest to dla nas bolesna sprawa, bo zostaliśmy trochę postawieni wobec faktu dokonanego. Dowiedzieliśmy się o tym niedawno, ale ksiądz biskup już rozmawiał z proboszczem i decyzje niebawem zapadną” – podkreślił kurialista.

– Paweł pojechał z grubą kopertą, więc decyzja mogła być tylko jedna: „Bądź bardziej ostrożny i przyjeżdżaj częściej”. Nawiasem mówiąc wszyscy o tym dworze doskonale wiedzieli, a biskup gościł tam na jubileuszu naszego dziekana – śmieje się sympatyzujący z „FiM” ksiądz z Konina.

Skandal wyciszono, biesiadny interes zaczął się kręcić (m.in. dzięki dotacji przyznanej w 2007 r. przez Zarząd Województwa Wielkopolskiego – 120 tys. zł) i przez kilka lat ks. Paweł miał święty spokój. Zburzył go fatalny incydent, do którego doszło w hotelu nieopodal Gdańska.

Ks. Paweł spędzał tam spokojny weekend w towarzystwie pewnej młodej damy (traf chciał, że ciężarnej…) zatrudnionej w „Kanie Galilejskiej”. Grażyna K. dowiedziała się o ich wyjeździe i popędziła samochodem na Wybrzeże. Zrobiła wspólnikowi awanturę, a gdy ten próbował wyprowadzić ją z hotelu i ocucić, doznała lekkich obrażeń twarzy. Poleciała na policję i zeznała, że miotał pod jej adresem groźby karalne, zrobiła nawet obdukcję… Krótko mówiąc, zrobiła się straszna afera, która lotem błyskawicy dotarła do bp. Meringa.

– Pasterz nie miał wyjścia. Po rozmowie z Pawłem przyjął jego rezygnację i ogłosił, że zawiesza go w czynnościach kapłańskich do odwołania – sprawozdaje duchowny.

Pan Paweł Sz. zamieszkał w swoim dworze i zajął się interesami. Wkrótce prawdopodobnie zmieni lokum, bo obiekt jest już wystawiony do sprzedaży. Obecna cena to drobne 3,9 mln zł, które powinny mu ułatwić start do nowego życia. No chyba że zdecyduje się kupić za większą część tej kasy ułaskawienie w kurii, co jest obecnie przedmiotem negocjacji…

###

Kuria biskupia w Opolu wciąż wykazuje ks. Wiesława M. (35 l.) jako czynnego kapłana na posadzie wikariusza parafii w K. (miasto w powiecie raciborskim), choć ten bardzo dotychczas ceniony duszpasterz spakował w ostatnich dniach 2010 r. manatki, zostawił proboszczowi list pożegnalny rozwiązujący umowę o pracę z Kościołem na zawsze i ze skutkiem natychmiastowym, po czym udał się w siną dal z pewną młódką. Oczywiście nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że oszołomiony pleban (człowiek 72-letni), zamiast skonsultować rzecz z kurialnymi fachowcami od PR-u, odczytał list byłego wikarego z ambony! No i teraz jest problem, bo kobieta wróciła już do domu, ale Wiesław M. ujął się honorem i pod żadnym pozorem wracać do „czarnej” roboty nie zamierza.

[2011] FaktyiMity.pl Nr 7(572)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: