FiM – Listy do kata

Od marca 2011 r. przed Sądem Rejonowym w Kołobrzegu toczy się proces ks. Zbigniewa R., byłego proboszcza miejscowej parafii św. Wojciecha, oskarżonego o molestowanie seksualne dwóch chłopców w wieku poniżej 15 lat.

Wyroku można się spodziewać za 2 lub 3 miesiące, bowiem do przesłuchania pozostała już tylko grupka zgłoszonych przez obronę aktywistów parafialnych, którzy stają murem za swym „ukochanym pasterzem”. Jego poczynania ujawniliśmy jako pierwsi w trzyodcinkowym cyklu „Tanie dranie” („FiM” 4, 5 i 6/2010), którego następstwem było śledztwo wszczęte przez prokuraturę 3 marca 2010 r. Dopiero pół roku później lokalne media przełamały lęk i bariery, a przed tygodniem sprawę „odkryła” ogólnopolska „Gazeta Wyborcza” we wzruszającej opowiastce zatytułowanej „Ksiądz z Opola pomógł chłopcu molestowanemu przez proboszcza”, relacjonującej m.in. rzekome zeznania złożone w sądzie przez jednego ze świadków oskarżenia. Przeszlibyśmy nad ową „sensacją” do porządku, gdyby nie ogrom zawartych w niej przeinaczeń, trywializujących rzeczywistość półprawd oraz bajek o tajemniczym duchownym, który jest „głównym świadkiem” i „pomaga śledczym w sprawie przeciwko proboszczowi”, a dziecięce zdjęcie molestowanego przed laty Marcina K. przedkłada sądowi jako koronne świadectwo szczerości tego dorosłego już dzisiaj mężczyzny.

Prawda jest natomiast taka:
# „Twarde” dowody, owszem, są, ale całkiem innej natury, a tej na tym etapie ujawniać nam jeszcze nie wolno;

# 82-letni ksiądz prałat Edmund C., o którym mowa, faktycznie zasługuje na najwyższy publiczny szacunek, więc z trudem powstrzymujemy się przed podaniem jego pełnych personaliów. Tym bardziej że środowisko kościelne od dawna doskonale wie, o kogo chodzi, a biskupom pozostaje tylko gryźć pazury, skoro nie mogą już zrobić żadnej dotkliwej krzywdy człowiekowi cieszącemu się w Polsce opinią, o jakiej oni mogą co najwyżej marzyć…

Zamiast robić z tak zacnego człowieka anonimowego durnia, popatrzmy na jego rzeczywiste działania. Oto fragment listu prałata z 11 listopada 2009 r. do „Przewielebnego Księdza Biskupa Ordynariusza Koszalińsko-Kołobrzeskiego” Edwarda Dajczaka (cyt. z zachowaniem pisowni oryginału):

„Wychowałem 10 kapłanów w długiej posłudze 45 lat. Pracowałem w… (tu nazwy parafii – dop. red.), tworzyłem i zorganizowałem Koronację Kresowego Obrazu M.B. z Biłki Szlacheckiej przez Ks. Prymasa Józefa Kard. Glempa. Pomagałem i pomagam klerykom (…). Uprzejmie proszę o przywrócenie alumnowi Marcinowi K (…) dobrego imienia. Niesprawiedliwość, krzywda dokonana zwłaszcza przez ludzi Kościoła domaga się zadośćuczynienia. Alumn Marcin K (…) doznał krzywdy jako 13-latek molestowany przez ks. Zbigniewa R (…), proboszcza parafii św. Wojciecha w Kołobrzegu. To zdarzenie odbiło się traumatycznie na Jego dalszym funkcjonowaniu w społeczeństwie. Zbrodnia dokonała się w ważnym momencie dojrzewania dziecka. A teraz drugi raz skrzywdzony przez wychowawcę Seminarium Duchownego. O ironio, ten wypadek z życia dziecka ma być szantażem, jakiego użyje ks. K (…): »Jeśli powiesz, że ja cię wypędziłem – ogłoszę publicznie to zdarzenie z twojego życia«! Może Kościół Koszaliński poczuje się do odpowiedzialności i uczyni jakieś zadośćuczynienie za haniebny czyn na bezbronnym 13-letnim dziecku?!”.

Wyjaśnijmy, w czym rzecz:
Marcin K. przez ponad rok studiował w koszalińsko-kołobrzeskim seminarium duchownym. Podczas jednej z pierwszych rozmów z ojcem duchownym ks. Piotrem W. wyznał (nie miało to charakteru spowiedniczego), że był w dzieciństwie molestowany seksualnie. Wychowawca sam wytypował sprawcę i trafił w dziesiątkę. Mało tego: przyznał, że upodobania ks. Zbigniewa R. już od wielu lat są doskonale znane biskupom, i wskazał na przykład Adama S., byłego wikariusza od św. Wojciecha, który zrzucił sutannę, nie mogąc już patrzeć na wyczyny swojego pryncypała przy braku jakiejkolwiek reakcji hierarchów. Ksiądz W. poinformował biskupa o nietypowym kleryku, gdy jechali razem do Warszawy, żeby uczestniczyć w obronie doktoratu prefekta WSD ks. Jarosława K. (wspomniany w cytowanym liście jako „ks. K(…)”) na Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Biskup zapytał: „I co zrobiłeś, Piotruś, z tym fantem?”. Ojciec duchowny odparł, że wysłał „fant” na terapię, a ordynariusz pochwalił to „najlepsze z możliwych rozwiązanie”.

Dodajmy, że jedną z form terapeutycznych stosowanych wobec Marcina K. były „listy do kata”, w których musiał przywoływać wszystkie zapamiętane wrażenia gwałconego dziecka. Pisał je regularnie i oddawał na przechowanie ks. Piotrowi W., czego ten nie kwestionuje. Traf chciał, że arbitralną decyzją nieustalonego kościelnego decydenta zostały zniszczone. Zaraz po zgłoszeniu się „pacjenta” do prokuratury…

Gdy dwa miesiące później wiedza o przestępczych praktykach kołobrzeskiego proboszcza dotarła do ks. Jarosława K., ten ostro zaatakował podopiecznego: „Nie miałeś najmniejszego prawa i bardzo źle zrobiłeś, osądzając kapłana! Przecież on przy końcu życia wezwie miłosiernego Boga, więc będzie zbawiony. Powinieneś milczeć i nikomu nic nie mówić”.

Wkrótce odbyła się w seminarium Rada Zarządu. Po jej zakończeniu ojciec duchowny ujawnił Marcinowi K., że prefekt sprowadził dyskusję na jego temat. Podczas jednej z późniejszych rozmów ks. Jarosław K. powie wychowankowi: „Odejdź od nas, bo będziesz takim samym pedofilem jak ksiądz R (…). Mogę ci to udowodnić literaturą i poglądami wybitnych naukowców”.

Po pierwszym roku studiów koszalińscy seminarzyści odbywali obowiązkowe praktyki w Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci, prowadzonym przez Zgromadzenie Braci Szkolnych w Przytocku (powiat słupski). Była znakomita okazja do wypitki i innych swawoli, ale Marcin K. był już wówczas tak zasadniczy, że powtórzył przełożonym słowa potwornie skacowanego Michała P., który skarżył się, że „nie mógł przyjąć komunii, boby ją wyrzygał”. Po powrocie z praktyk prefekt zakomunikował „donosicielowi”, że nie widzi go w kapłaństwie, więc byłoby dobrze, gdyby wyniósł się zaraz i dobrowolnie. „Wiem, że pójdziesz i powiesz księdzu rektorowi, że to K (…) cię wyrzucił, ale będę musiał wówczas ujawnić wydarzenia z twojego dzieciństwa” – przestrzegł.

I o tym właśnie mówi przedostatnie zdanie listu ks. Edmunda C. Niestety, w Koszalinie go zbyli. Nawet wówczas, gdy pofatygował się do kurii, żeby interweniować osobiście…

Oto fragment kolejnego dramatycznego listu, którego adresatem był tym razem rektor WSD ks. infułat Dariusz Jastrząb:

„Bardzo proszę nie krzywdzić Człowieka – Marcina K (…). Ma prawo do dobrego imienia i prawdy o sobie. Wstępując do Seminarium, chciał się podnieść, uwierzyć w siebie i zmazać winę, której się nie dopuścił jako 13-letnie dziecko. A co zrobiło Seminarium Koszalińskie? Metodą zakładu karnego odebraliście mu wszystko. Byliście za leniwi, aby wczuć się w psychikę poranionego Młodego Człowieka. Zamiast podać pozytywnie rękę pomocy, Ks. Prefekt K (…) powalał, przekreślał, odbierał ostatnią wiarę w siebie. »Będziesz taki sam jak R (…)«! Pożal się Boże wychowawca z przygotowaniem psychologicznym! A może poganiacz wołów? Ewangelia obowiązuje chrześcijan, a co dopiero wysoko postawionych ludzi Kościoła. »Coście najmniejszemu uczynili, mnieście uczynili…«. »Nie złamie trzciny nadłamanej, nie dogasi knotka o nikłym płomyku…«. Chyba macie na tyle wiary, by mieć świadomość odpowiedzialności za los ludzi – Człowieka, na którego został wydany przed laty tak haniebny wyrok!”.

Pismo ks. Edmunda C. nawiązuje m.in. do wymuszonego już na Marcinie K. „dobrowolnego” opuszczenia seminarium. A było tak:

Kleryk myślał w swojej naiwności, że może rektor jest z innej bandy, i poszedł doń na rozmowę. Opowiedział, jak bardzo pragnie zostać księdzem, choć zmaga się ze wspomnieniami gwałtów popełnianych w zaciszu kołobrzeskiej plebanii, konsekrowanej spermy na dziecięcej twarzy oraz szantażem przełożonego. Ksiądz Jastrząb zapewnił, że nie da mu zrobić żadnej krzywdy, byleby tylko trzymał się wytycznych w sprawie dalszej formacji duchowej, a buzię na kłódkę. Jeszcze w tym samym dniu prefekt nakazał krnąbrnemu klerykowi pakować manatki i wynosić się precz. Ten jednak nie posłuchał. Pękł, gdy 27 października 2009 r. „poganiacz wołów” zwołał zebranie wszystkich alumnów drugiego roku i powiedział: „Jest wśród was zdrajca, Judasz, który was krzyżuje. Ta osoba z pewnością nie będzie księdzem. Odprawiłem dzisiaj rano drogę krzyżową i przy rozważaniu jedenastej stacji zrozumiałem, że on was krzyżuje. Nie chce dłużej być z wami na roku. Domyślacie się, o kogo chodzi”.

Takiego publicznego linczu „nadłamana trzcina” nie była już w stanie wytrzymać…

###

Szczegóły procesu ks. Zbigniewa R. musimy zachować w dyskrecji, bowiem toczy się za zamkniętymi drzwiami. Dla zainteresowanych nie stanowi wszakże tajemnicy, że duchowni solidarnie (z wyjątkiem ks. Edmunda C.) zasłaniają się niepamięcią lub wiedzą pozyskaną ze spowiedzi, a linia obrony oskarżonego jest prosta: Marcin K. to ohydny szantażysta, który usiłuje wyłudzić odszkodowanie. Powiedzmy otwarcie, że pokrzywdzony miałby duży kłopot, gdyby był sam. Ale nie jest. Wśród ofiar, które z otwartą przyłbicą przyznały, że były molestowane, znalazł się były ministrant Piotr K. Także jego ojciec opowiedział wstrząsającą historię o tym, z jaką traumą musiał się borykać jako dziecko wykorzystywane seksualnie. Obciążające plebana zeznania złożył zachęcany do seksu Marcin S.; wiele do powiedzenia miał też Jacek O.

Zdumiał nas fakt, że sąd odrzucił wniosek dowodowy o przesłuchanie w charakterze świadka biskupa Dajczaka. Okazuje się, że nie ma żadnego znaczenia dla sprawy, kiedy i w jakich okolicznościach dowiedział się o haniebnych zachowaniach podwładnego, co w tej sytuacji zrobił oraz dlaczego pismem z 3 grudnia 2009 r. kanclerz kurii ks. Wacław Łukasz spławił Marcina K., sugerując, żeby sobie poszukał sprawiedliwości na drodze cywilnej… Więcej ujawnimy po wyroku.

[2012] FaktyiMity.pl Nr 2(619)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: