FiM – M jak menda

Dwieście rodzin może stracić dach nad głową, ponieważ proboszcz zapragnął odzyskać kościelną ziemię, a państwo robi przed nim w gacie.
Osiedle Maltańskie w Poznaniu to teren dawnych ogródków działkowych. Żyje tam niemal tysiąc osób – niektóre od pokoleń. Na ich nieszczęście grunty należą do parafii św. Jana Jerozolimskiego za Murami, której proboszczem jest ksiądz Kazimierz Królak. Już raz zrobiło się  o nim głośno („FiM” 23/2003, 21/2004), gdy dostał kilkusettysięczne odszkodowanie za ziemię, na której teraz jest słynny Zalew Maltański.

Szczypta historii
Od XIX w. tereny przy obecnej ul. Warszawskiej należały do parafii św. Jana. W okresie międzywojennym spora część gruntów została sprzedana lub przekazana różnym osobom i instytucjom. Najważniejsza dla współczesnych była jednak decyzja ówczesnego proboszcza Karola Mazurkiewicza o wydzierżawieniu kawałka ziemi Związkowi Towarzystw Ogródków Działkowych RP. Było tego kilkanaście hektarów. Związek odstępował pojedyncze parcele poznaniakom, którzy zakładali tutaj ogródki. Po II wojnie światowej ziemia została przejęta przez Skarb Państwa, ale działkowcy pozostali. Powstał Pracowniczy Ogród Działkowy „Wolność”, który istniał przez ponad pół wieku. W tym czasie poszczególne działki przeistaczały się z warzywniczych w budowlane. Urzędy wydawały stosowne decyzje, ludzie byli formalnie meldowani i płacili podatki, które państwo bez obrzydzenia brało.

Sytuacja nie zmieniła się nawet po przemianach ustrojowych z końca lat 80. Kościelni odzyskiwali rozmaite majątki, ale o tym jakby zapomnieli. Przez długi czas panowała kompletna cisza, a ludzie nadal budowali się, inwestowali… Ktoś im przecież musiał zatwierdzać plany budowlane, ktoś wydawał mapy geodezyjne z liniami rozgraniczenia działek, ktoś akceptował budowy. W normalnym kraju proces inwestycyjny jest przecież obwarowany przepisami, których respektowanie jest kontrolowane przez upoważnione urzędy. Jeśli byłoby tak, że mieszkańcy budowali domy bez pozwolenia i bez planów, to państwo miało obowiązek przerwać ten proceder i doprowadzić, choćby poprzez nakazanie rozbiórek, do poprzedniego stanu. Nic z tych rzeczy – nikt nie protestował. Mało tego. W lutym 1994 roku Rada Miejska Poznania podjęła uchwałę o utworzeniu osiedla Maltańskiego na terenie dawnego ogrodu działkowego „Wolność”.

Proboszcz ma roszczenia
Kler zaatakował znienacka. Proboszcz Kazimierz Królak wynajął administratora nieruchomości, a ten rozesłał wszystkim mieszkańcom nowe umowy dzierżawy do podpisania. Oczywiście, z wysokimi stawkami do płacenia. Niektórzy od razu je parafowali. Większość powiedziała jednak zdecydowane „nie”.

– Mieszkamy tutaj od kilkudziesięciu lat. Jesteśmy pełnoprawnymi lokatorami. Choćby poprzez zasiedzenie. Nie pozwolimy traktować nas jak dzikich lokatorów – mówią zgodnym chórem „działkowcy”, którzy założyli Stowarzyszenie Mieszkańców Osiedla Maltańskiego, aby bronić swoich racji. Próbowali rozmawiać z proboszczem i administratorem, ale zostali zignorowani. – Dzisiaj wszyscy twierdzą, że nasze domy są samowolą budowlaną i zostały nielegalnie postawione. To jakim cudem urzędy pobierały od nas podatek od nieruchomości? – dodają zirytowani.

Dlatego zdecydowali się wejść na sądową drogę. Wyszli na tym jak Zabłocki na mydle. Nie tylko przegrali procesy, ale musieli zapłacić koszty sądowe i honoraria wynajętemu przez proboszcza adwokatowi. Było tego około półtora tysiąca złotych na każdą rodzinę. Dla niektórych są to sumy astronomiczne.
– Mogli się zastanowić, zanim mnie pozwali do sądu – mówi proboszcz.

Na bruk
Po zapadnięciu korzystnych wyroków ksiądz Królak poczuł się pewny swego. Przestał już nawet udawać, że interesuje go los parafialnych owieczek. Owieczki miękły jedna po drugiej, proponowały jakieś polubowne załatwienie sprawy – głównie mniejszą cenę, którą gotowe byłyby proboszczowi płacić. Królak nie chciał o tym słyszeć. Zamiast negocjacji, wziął wszystkich ostro za pysk.

– Najniższe stawki płacą ci, co pierwsi podpisali te umowy. Następni już wyższe. To jest po prostu szantaż – twierdzi Maria Borowiak, prezes Stowarzyszenia Mieszkańców Osiedla Maltańskiego, które sprzeciwia się zapędom proboszcza. Ona sama nie podpisała umowy.

I może ponieść ogromne tego konsekwencje, bo ksiądz wytoczył najcięższe działa. Do „zbuntowanych” dotarły pisma informujące, że w trybie natychmiastowym muszą opuścić swoje domy. Co bardziej wierzący wciąż nie chcą uwierzyć: kapłan chce ich eksmitować! Bardziej wojowniczy wieszają na księdzu psy i mówią krótko: to świnia i menda. Co najciekawsze, po pewnym czasie podobne kwity dostali także ci, którzy do tej pory podpisywali, co chciał proboszcz. Oni również mają iść precz, bo przeszkadzają w planach klechy. Wśród nich spore grono stanowią babinki, które przez długie lata ganiały słuchać kazań Królaka i pasły mu brzuch, rzucając na tacę ostatnie zaskórniaki.
– Nie mogę uwierzyć, że zostałam tak potraktowana przez naszego księdza – płacze jedna z nich.

Konflikt parafian z proboszczem zaostrza się.
– W Boga wierzę. Wiary nie daję jednak temu, że to parafia jest właścicielem gruntów – powiedział „Głosowi Wielkopolskiemu” Jacek Woliński, który z innymi osobami prowadzi prywatne śledztwo. Podejrzewają fałszerstwo lub co najmniej poświadczenie nieprawdy w dokumentach. Niestety, ich „dochodzenie” jest utrudnione, bo uniemożliwia się im dotarcie do niektórych kwitów. A muszą szperać w rozmaitych archiwach. Pisaliśmy już w „FiM”, że proboszcz Królak posługuje się dokumentami, które nie mają żadnych… pieczątek! I na ich podstawie oddalane są roszczenia mieszkańców „Wolności”. Byłoby to nawet śmieszne, że takie „dokumenty” są respektowane przez sąd, gdyby nie chodziło o przyszłość tak wielu osób.

Dlaczego proboszcz Królak tak bardzo chce pozbyć się parafian? Nikt nie ma wątpliwości. Wartość tego gruntu jest ogromna. Proboszcz chce zdobyć te pieniądze. I nieważne, co pocznie tysiąc owieczek. A państwo?  – chciałoby się zapytać. Czy w Poznaniu nie ma prezydenta? Czy nie ma tam samorządu? Czy nikt nie poczuwa się do wzięcia tych ludzi w obronę? NIKT. Wszyscy kucają przed proboszczem.

[2006] FaktyiMity.pl Nr 10(314)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: