FiM – Święte krowy na drodze

Ani wizerunek świętego Krzysztofa, ani nawet pokropek naszej gabloty nie gwarantują szczęśliwego powrotu do domu. Wypadki chodzą po ludziach, a nawet – po księżach. Dla nich jednak zwykle kończą się one szczęśliwie.

Moglibyśmy mnożyć przypadki znane z ostatnich lat, gdy księżom udało się uciec przed sprawiedliwością. Niektórzy tłumaczyli się różnymi chorobami, które nagle ich dopadły i na przykład nie pozwoliły zdjąć nogi z gazu, gdy pakowali się na trzeciego przy szybkości 150 km/godz. lub dostrzec człowieka na drodze, z którym za moment doprowadzili do spotkania pierwszego stopnia. Inni z rozbrajającą szczerością przyznawali, że coś nawet wcześniej wypili, ale był to alkohol „święty” w postaci mszalnego wina, a mszy w tym dniu odprawiali np… pięć. Naiwne sądy w wielu przypadkach dawały wiary tym bałamutnym tłumaczeniom!

Oto kilka przykładów księży – piratów, którzy złamali prawo. Wszystkie one budzą kontrowersje nie z tego powodu, że są, bo przecież wypadek na drodze może się przytrafić każdemu, lecz dlatego, że wiążą się z ewidentnymi kpinami z prawa.

Ksiądz Tadeusz N. z podrzeszowskiej Nowej Wsi w godzinach wieczornych przejeżdżał przez Połomnię. W pewnym momencie świadkowie usłyszeli huk i na drodze zobaczyli zmasakrowane ciało 11-letniej dziewczynki. Ciemny seat nie zatrzymał się jednak, lecz pomknął dalej.

Ostatniego namaszczenia udzielił umierającemu dziecku ksiądz z pobliskiego Jawornika, wracający z tej samej księżowskiej imprezy co Tadeusz N. Zabójca dziewczynki zgłosił się na policję dopiero następnego dnia, mówiąc dużo o szoku i o tym, że to nie on spowodował tragedię, lecz inny kierowca jadący przed nim. Oczywiście nie wypił nawet kropelki alkoholu. Początkowo prokurator dał wiarę tym twierdzeniom, o dziwo również ekspertyza wykazała, iż seat nie zabił dziecka, lecz je tylko przejechał. Musiało minąć trochę czasu, by szydło wyszło z worka. Po drodze upadł trop biskupa, który przejeżdżał swoim autem i – według zeznań świadków – uderzył w dziecko. Ostatecznie postawiono zarzut wielebnemu Tadeuszowi, iż to właśnie on spowodował tragiczny wypadek i uciekł z miejsca tragedii.

Ksiądz Mieczysław T. na drodze z Bagienic do Mrągowa doprowadził do czołowego zderzenia z innym pojazdem. Ciężko ranne zostały dwie osoby z tego samochodu, obrażenia odniósł też sprawca wypadku. W Komendzie Wojewódzkiej Policji w Olsztynie potwierdzono, że badanie krwi sprawcy wykazało 0,7 promila alkoholu. Nie udało się stwierdzić, czy ksiądz pił jedynie wino mszalne, czy też sięgnął po coś mocniejszego. Jeśli nawet tak się stało, nie bądźmy drobiazgowi, wszak ksiądz też człowiek.

W tym samym województwie doszło do kolejnego, podobnego wypadku. Na trasie Olecko – Ełk kierujący polonezem 41-letni ksiądz Waldemar B. z parafii z Gołdapi jechał jak szalony i nagle znalazł się na lewym pasie jezdni, doprowadzając do czołowego zderzenia z cinquecento. W wyniku wypadku śmierć poniosła kierująca cinquecento 50-letnia nauczycielka Anna P. z Olecka, jej 13-letnia córka została ranna, podobnie drugi pasażer. Zarówno sprawca tragedii, jak i jego towarzysz odnieśli jedynie niegroźne obrażenia. Dopiero na początku października br. wielebny z Gołdapi stanie przed obliczem Sądu Rejonowego w Olecku.

Ponad dwa lata temu, nad ranem w Stalowej Woli, w zaparkowanego na poboczu osiedlowej uliczki renault wali vw golf. Uderzenie jest tak potężne, że budzi mieszkańców okolicznych domów. Zza kierowcy wytacza się pijany ksiądz z parafii Grębów. Policjanci stwierdzają u niego 1,9 promila alkoholu we krwi. Sprawa wydaje się banalna – ot, ksiądz po prostu wychylił za dużo procentów i nie zauważył przed sobą innego pojazdu. Gdy jednak rozpoczyna się śledztwo, księżulo zeznaje, że spożył, owszem, ale „kilka ampułek lekarstwa (czytaj: lampek) w postaci koniaku”. Nawalał mu żołądek, czuł się źle. Dlatego, jak zeznał, powierzył kierownicę swojego pojazdu… nieznajomemu od kielicha, którego poznał w knajpie. Zresztą, z tego niewyobrażalnego wprost cierpienia film mu się urwał i niewiele pamięta. Prokurator domagał się 400-złotowej grzywny i zakazu prowadzenia pojazdu na okres dwóch lat, ale Temida okazała się bardziej dobrotliwa i uniewinniła proboszcza. Na szczęście sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia i ostatecznie wszystko zakończyło się jedynie zakazem prowadzenia pojazdów przez rok i symboliczną wprost nawiązką na cele społeczne wys. 500 zł (równowartość paru butelek koniaku)!

Chyba najgroźniejszy w skutkach i zarazem najgłośniejszy w ostatnich latach był wypadek, do jakiego doszło pod Włocławkiem w czerwcu 1999 r. Jego sprawcą był ks. Marek Sobański z Częstochowy. Wyprzedzając pod górę doprowadził on do czołowego zderzenia z samochodem osobowym kierowanym przez młodego mieszkańca Kutna. W wypadku zginęło 5 osób, w tym 2 dzieci. Proces sądowy trwał kilka lat, bo ksiądz wił się jak piskorz, by nie ponieść jakichkolwiek konsekwencji. Nie dość, że nie zgłaszał się na rozprawy, to jeszcze usiłował udowodnić, iż nadmierna szybkość i wyprzedzanie na wiadukcie to efekt cukrzycy, której miał się niespodziewanie nabawić. W tym przypadku sąd okazał się mało wyrozumiały i skazał księdza na 5 lat więzienia. Niedawno ksiądz poprosił o odroczenie wykonania kary, mimo protestu prokuratury i w tym przypadku Temida okazała się dobroduszna. Czy jesienią pirat drogowy i zabójca znajdzie się za kratkami – pokaże czas.

I na koniec historia z pozoru tylko humorystyczna. Latem tego roku 35-letni ksiądz Krzysztof R. z Nowego Sącza, będący w Gdyni na wycieczce parafialnej z młodzieżą, skradł rano autobus i wybrał się na zwiedzanie miasta. Niestety, wyprawa zakończyła się kosztownym uszkodzeniem wielu pojazdów i zatrzymaniem globtrotera. Policjanci stwierdzili w jego krwi aż 2 promile alkoholu. Ile miał wcześniej i co robił księżulo nocą, skoro rano był aż tak pijany

– Bóg raczy wiedzieć. Krzysztofa R. nie spotkała żadna kara, bo za takową trudno uznać odsunięcie go przez biskupa od młodzieży i skierowanie na leczenie antyalkoholowe.

Jak widać, w Pomrocznej obowiązują dwa prawa – jedno dla maluczkich i drugie dla wielebnych. Ci ostatni na ogół (chyba że sędzia jest antyklerykałem) nie muszą się martwić, że za swoje grzechy odpowiedzą przed obliczem ziemskiej Temidy, bo ich sądzić może jedynie sam biskup lub Pan Bóg, co często na jedno wychodzi. A mówią, że święte krowy chodzą tylko po ulicach Delhi…

[2002] FaktyiMity.pl Nr 39(134)/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: