FiM – Departament IV RP

Arcybiskup metropolita warszawski Stanisław Wielgus przyznaje, że – podobnie jak większość duchowieństwa – rozmawiał ze Służbą Bezpieczeństwa. Prorządowa gazeta oskarża hierarchę, że aktywnie i z pełnym zaangażowaniem współpracował. IPN zapowiada możliwość ujawnienia kwitów na innych biskupów, a nieboszczka bezpieka nie może wyjść z podziwu, jak skutecznie nowa władza dyscyplinuje Kościół…

W 1983 r. Departament IV Służby Bezpieczeństwa dysponował 50 tajnymi współpracownikami (TW) wśród profesorów i pracowników administracyjnych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Większość tej agentury obsługiwał Wydział IV w Lublinie, prowadzący 26 TW. Czy był w tej drużynie duchowny o pseudonimie Adam, czyli – dziś już arcybiskup – Stanisław Wielgus, nowy metropolita warszawski?

„Arcybiskup podjął współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa pod koniec lat 60. Na początku był prowadzony przez Wydział IV bezpieki, zorientowany na walkę z Kościołem. Później kuratelę nad duchownym przejął wywiad”– zapewnia prawicowa „Gazeta Polska”, otwarcie sympatyzująca z partią braci Kaczyńskich i uchodząca za tubę Antoniego Macierewicza.

Tygodnik nie powołuje się na żadne konkretne źródło czy dokument, nie przedstawia najlichszego nawet dowodu bądź poszlaki, jednak utrzymuje, że „dzisiejszy arcybiskup miał się zgodzić na współpracę w zamian za możliwość rozwijania kariery naukowej” i donosił z najwyższym zaangażowaniem, bo w okresowych charakterystykach, oficer prowadzący „Adama” „podkreślał jego oddanie i dyspozycyjność”. „Gazeta” podkreśla wreszcie, że duchowny „ani razu nie podjął próby odcięcia się od SB”, pielęgnując kontakty ze specsłużbami „aż do początku 1990 r.”.

Forma dziennikarskiej narracji zaprezentowana w „GP”, czyli właściwie żaden zasób informacji, przy jednoczesnej niezachwianej pewności, że abp Wielgus był agentem, nie pozostawia złudzeń: ktoś wysoko uplasowany w służbach specjalnych lub Instytucie Pamięci Narodowej i darzony przez redakcję głębokim zaufaniem dał gwarancję, że kwity są i coś się z nich wyciśnie w przypadku procesu o zniesławienie. Potwierdzeniem tej tezy jest fakt, że kilka dni po wybuchu wrzuconego do szamba granatu doradca prezesa IPN dr Antoni Dudek powiedział w Programie 3 Polskiego Radia: „Są materiały dotyczące wielu hierarchów kościelnych, w tym arcybiskupa Wielgusa. Czekają od dawna na Komisję Historyczną Episkopatu, która istnieje od jesieni. I od jesieni ta komisja przymierzała się, ale jakoś nie znalazła czasu”.

Dudek ostrzegł biskupów: „Moim zdaniem, sprawa tego, co jest w tych dokumentach – nie chcę przesądzać ich zawartości – będzie miała ciąg dalszy”. Tym bardziej że dotychczas odnalezione kwity na nowego metropolitę warszawskiego „to na pewno nie jest wszystko” – jak zapowiedział doradca prezesa IPN Janusza Kurtyki.

###

Wzięliśmy się za prześwietlanie abp. Wielgusa niechętnie, gdyż – o dziwo – bardzo nam z ekscelencją w niektórych kwestiach po drodze…

# „W Polsce nastąpiła niepotrzebna demonizacja kwestii lustracji. Pomija się realia epoki PRL-u. O każdym, kto wtedy żył i działał publicznie, można powiedzieć, że szedł na jakieś kompromisy. Instrumentem władzy do kontaktów z Kościołem były służby. A więc sam fakt prowadzenia rozmów nikogo nie dezawuuje”;

# „IV Rzeczpospolita? Nie jestem zwolennikiem numerowania kolejnych Rzeczypospolitych. Mamy jedną ojczyznę, Polskę. Pewne rzeczy trzeba ewolucyjnie zmieniać, ale nie kosztem dezawuowania dorobku wszystkich poprzednich ekip” – powiedział arcybiskup Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Odrzućmy wszakże uczucia i zajmijmy się odpowiedzią na kilka niepostawionych dotychczas pytań dotyczących przeszłości metropolity:
1. Kiedy i w jakich okolicznościach specsłużby nawiązały pierwszy kontakt z ks. Wielgusem?
– Zaraz po skończeniu seminarium duchownego, na początku lat sześćdziesiątych, zamiast trafić, jak większość młodych księży, do jakiejś prowincjonalnej parafii, został przez biskupa skierowany od razu do kolegiaty zamojskiej, czyli dzisiejszej parafii katedralnej diecezji zamojsko-lubaczowskiej. Z tego też powodu wpadł w oko majorowi Wojciechowi K., ówczesnemu naczelnikowi lubelskiej „czwórki”, który prognozował, że „Stasiu będzie szedł w górę”. Ale nie podejmowano wówczas żadnych prób dotarcia, nie mówiąc już o werbunku – wspomina pułkownik L.I., były funkcjonariusz lubelskiej bezpieki.

Spróbowali po raz pierwszy, gdy „Stasiu” został przeniesiony do Lublina, gdzie w parafii św. Pawła przez dwa lata (1963–1965) zajmował się katechezą młodzieży:
– Przeprowadzono z nim wtedy rozmowę w wydziale do spraw wyznań. Taką sondażowo-ostrzegawczą, żeby trochę ostudzić jego zapały w pozyskiwaniu młodych ludzi do seminarium duchownego. O ile dobrze pamiętam, był trochę przestraszony, gdy usłyszał, że szkoda byłoby spaprać sobie karierę już na starcie – dodaje płk I.

2. Czy z upływem czasu ks. Wielgus dojrzał do – powszechnego wśród katolickiego duchowieństwa – uzależnienia „coś za coś”, zwanego kompromisem?
Kościelni przełożeni uznali, że dla zbyt wyrywnego duszpastersko wikarego będzie lepiej, jeśli zwróci się ku nauce. Skierowali go na KUL, gdzie w latach 1965–1968 studiował filozofię, a po obronie pracy magisterskiej otrzymał przydział do parafii w Hrubieszowie. Gdy przed rozpoczęciem roku akademickiego 1969/1970 na KUL-u zwolnił się etat w Międzywydziałowym Zakładzie Historii Kultury, ówczesny rektor uczelni ks. prof. Wincenty Granat– za namową biskupa ordynariusza lubelskiego Piotra Kałwy– przyjął ks. Wielgusa na posadę asystenta.

– Jak już powszechnie chyba dzisiaj wiadomo, paszport był za komuny argumentem zmiękczającym najbardziej hardych zawodników. Gdy więc Wielgus kończył doktorat (1972 rok – dop. red.) i zaczął przymierzać się do dalszych studiów w Monachium (otrzymał stypendium Fundacji im. Aleksandra Humboldta – dop. red.), został zarejestrowany jako kandydat na TW. Major Tadeusz H. przeprowadził z nim wtedy kilka całkiem obiecujących rozmów i choć mieliśmy sygnały, że Wielgus relacjonuje je biskupowi, rozpracowania nie przerywano. Doświadczenie podpowiadało, że z czasem przestanie biegać do kurii z każdą duperelą – ujawnia porucznik E.C.

Monachium, Radio Wola Europa, gniazdo szpiegów… – dla SB był to znakomity pretekst skłaniający osobę wyjeżdżającą do Niemiec, aby własnoręcznie napisała raport o swoich zamiarach. Gdy ksiądz Wielgus sporządził taki dokument i podpisał zobowiązanie, że nie będzie za granicą szkodził interesom PRL, przekwalifikowano go na tajnego współpracownika.

– Owo „pic na wodę” zobowiązanie nie było oczywiście żadną deklaracją współpracy, ale uwzględniając całokształt pomyślnego dialogu, został zarejestrowany jako TW, a zaraz po wyjeździe do Niemiec jego akta przekazano do Departamentu I (wywiad cywilny – dop. red.). Ale i tam nie mieli z niego większego pożytku, bo nie przypominam sobie, żeby wykazywali jakieś zainteresowanie Wielgusem po jego definitywnym powrocie do kraju w końcu lat siedemdziesiątych – ocenia por. E.C.

3.  Czyżby Służba Bezpieczeństwa całkiem „odpuściła” sobie obiecującego naukowca?
– No cóż, w „firmie” nie zatrudniano jasnowidzów, którzy mogliby przewidzieć jego dalszą karierę. A poza tym był zaabsorbowany habilitacją i raczej nie angażował się politycznie, miał więc nikłą przydatność operacyjną. Oczywiście, prowadziliśmy z księdzem Wielgusem rozmowy, zwłaszcza w okresie napięć społecznych lat osiemdziesiątych, ale były to kontakty dosyć nieregularne i – z jego punktu widzenia – miały charakter oficjalny. Nasiliły się, gdy w 1988 roku został prorektorem do spraw młodzieży. Na KUL-u wrzało i zarówno kapitan A.B., jak i major E.H. niejednokrotnie sugerowali władzom uczelni, w tym także księdzu Wielgusowi, przedsięwzięcia uspokajające nastroje studentów – przyznaje zastrzegający całkowitą anonimowość oficer z Lublina.

A co z „Adamem”?
– To musi być jakaś cienka operacyjnie, archiwalna historia. Zapewniam, że gdyby Wielgus był czynnym tajnym współpracownikiem „czwórki” w okresie rozwiązywania Służby Bezpieczeństwa, to po pierwsze – wiedziałbym o tym, a po drugie – jego akta zostałyby zniszczone, a najistotniejsze ślady zatarte – twierdzi nasz rozmówca. Tymczasem: „Pamiętam, jak 3 maja 1988 r. Jego Magnificencja osobiście usiłował nie dopuścić do manifestacji pod kościołem akademickim, a następnie – rozjuszony swą bezsilnością – kazał zamknąć główne drzwi i bramę do KUL-u przed studentami, których goniło ZOMO. Kto nie dał rady przeskoczyć przez płot, ten zebrał łomot. Nękał też studentów zaangażowanych w działalność opozycyjną. Wtedy taka postawa rektora katolickiej ponoć uczelni szokowała, dziś wszystko wydaje się jasne – TW „Adam” pilnie realizował zadania otrzymane z SB. Żałosna kreatura”– upiera się jeden z uczestników dyskusji na temat przeszłości arcybiskupa, toczonej na portalu internetowym lubelskiego dziennika „Kurier”.

– Ksiądz Wielgus nie ukrywał, że rozmawia czasem o problemach uczelni z jakimś przedstawicielem policji politycznej. Pamiętam, że wspomniał kiedyś o tym podczas posiedzenia senatu. Bardzo zabiegał o to, żeby nie dawać władzom pretekstu do nękania przesłuchaniami studentów – tłumaczy pewien sympatyzujący z „FiM” duchowny, wykładający do niedawna na KUL-u.

12 października 2006 r. Benedykt XVI przyjął Jarosława Kaczyńskiego na audiencji. Pan premier – ze znaną nam wszystkim gracją słonia w składzie porcelany – usiłował podpowiedzieć papieżowi, żeby decyzję personalną w sprawie następcy kardynała Józefa Glempa skonsultował z Warszawą. Usłyszał w odpowiedzi jakąś dyplomatyczną formułkę, która w tłumaczeniu na język potoczny oznacza: tu się zgina dziób pingwina.

Doradcy BX VI zapomnieli uprzedzić pryncypała, że pan premier jest obrażalski i cierpi na żądzę władzy nieograniczonej, a jego ludzie w IPN-ie mają w zanadrzu esbeckie teczki..

[2007] FaktyiMity.pl Nr 1(357)/2007

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: