FiM – Jakem ksiądz!

Czy ksiądz to zawód, czy może charakter? Pewien kanciarz wprawdzie zrzucił sutannę, ale dużo mu zostało z tego, czego zdołał się nauczyć jako katolicki duchowny. Chce wyrzucić na bruk samotną kobietę z trójką dzieci, bo dla niego słowo tańsze od pieniędzy.

Ona – Małgorzata. Atrakcyjna, wykształcona (absolwentka jednej z gdańskich uczelni), tuż po czterdziestce i po przejściach. Matka samotnie wychowująca trójkę dzieci. Mieszkają w maleńkiej wsi M. pod Elblągiem.

On – Piotr. Bardzo kiedyś wpływowy ksiądz diecezji elbląskiej. Odszedł „do cywila” w niejasnych okolicznościach. Najprawdopodobniej przyczyną była kobieta. Ks. Piotr został oddelegowany przez biskupa Andrzeja Śliwińskiego do kierowania szkołą katolicką, w której pracowała Izabella… Wkrótce się pobrali. Dzisiaj mieszkają w Lublinie.

Po zrzuceniu sutanny

dostał świetną, kierowniczą posadę w PZU, a na dodatek – fuchę członka Rady Nadzorczej Elbląskich Zakładów Energetycznych SA. Złośliwi twierdzą, że tak udany start na nowej drodze życia zawdzięczał teściowej, która jest w Elblągu dyrektorką dużej firmy państwowej… Małgorzata jest całkowicie „zakręcona” na punkcie koni. Zajmowała się nimi od zawsze, marząc o własnej stadninie i gospodarstwie agroturystycznym. Ks. Piotr też pasjonował się końmi. Miał nawet jednego na własność, a że nie mógł go trzymać na plebanii, zwierzak mieszkał w stajni pewnej elbląskiej fundacji leczącej dzieci niepełnosprawne metodą hipoterapii. Małgorzata tam pracowała i tam się poznali.

Ona w 1999 r. sprzedała dom po nieżyjących rodzicach. Spłaciła braci, zostało jej kilkadziesiąt tysięcy złotych. On – jeszcze nieprzyzwyczajony do prozy świeckiego życia – wpadł w tarapaty i musiał – jak twierdzi jeden z jego znajomych – ewakuować się z Elbląga. Pilnie potrzebował pieniędzy.

Kilka miesięcy wcześniej Piotr za 40 tys. zł kupił (formalnie na żonę) gospodarstwo rolne w M., ale tę kompletną ruinę trudno byłoby spieniężyć, tym bardziej że hipotekę nieruchomości obciążał 56-tysięczny kredyt. Dodajmy, że uzyskany na preferencyjnych warunkach (część odsetek płaci bankowi Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa) uzależnionych m.in. od zakazu sprzedaży gospodarstwa przez co najmniej 5 lat (pod sankcją zwrotu dopłaty wraz z ustawowymi odsetkami) oraz wykonywania inwestycji ściśle określonych w umowie kredytowej.

Tak więc ona miała kasę, a on – palącą potrzebę żywej gotówki…

Mówi Małgorzata:
– Łatwo dałam się nakłonić do kupna gospodarstwa. Wprawdzie było w tragicznym stanie, ale

oczami wyobraźni widziałam tam stadninę.

Nie mogliśmy wówczas przeprowadzić formalnej transakcji, gdyż przepadłoby mu sporo pieniędzy z państwowych dopłat do kredytu. Uzgodniliśmy, że dam Piotrowi zadatek w kwocie 31 tysięcy złotych z uzgodnionej kwoty 86 tysięcy złotych, resztę w należnych bankowi ratach, a po upływie pięcioletniego zakazu sprzedaży załatwimy sprawę do końca. Spisaliśmy formalną umowę będącą przyrzeczeniem kupna-sprzedaży nieruchomości i wyłożyłam na stół owe 31 tysięcy. „Wprowadzaj się zatem i szybko zacznij remontować, bo bank mnie już naciska” – powiedział przy pożegnaniu.

W modernizację domu włożyła już prawie 70 tys. zł. Własnej

harówki nie umie przeliczyć na pieniądze.

Wypłaciła Piotrowi w sumie ponad 56 tys. zł i ma na to kwity. Nie zdołała wyegzekwować od niego zameldowania w M. Uzależnił to od 20 tys. zł „ekstra”. Gdy zażądała notarialnego sfinalizowania umowy, wyrażając gotowość uiszczenia reszty uzgodnionej należności, eks-ksiądz odparł: „Nie ma sprawy, ale tak ładnie tu wszystko zrobiłaś, że wartość wynosi teraz… 125 tysięcy. Musisz szybko zapłacić, bo kupuję sobie posiadłość w Bieszczadach”.

21 października 2004 r. Izabella (formalna właścicielka gospodarstwa w M.) wezwała Małgorzatę do zapłaty albo „…opuszczenia domu wraz z dziećmi” w ciągu 14 dni. „Po bezskutecznym upływie ww. terminu podjęte zostaną przeze mnie kroki formalnoprawne zmierzające do usunięcia Pani wraz z dobytkiem…”– zagroziła Piotrowa połowica. On sam nie chce nawet słyszeć o ewentualnym zwrocie nakładów poniesionych przez Małgorzatę. „A kto ci pozwolił w moim domu robić remonty? Mogłaś nawet złote klamki założyć, ale grosza za to ode mnie nie dostaniesz” – powiedział jej niedawno. Usiłuje zastraszyć Małgorzatę publikowanymi w lokalnej prasie ogłoszeniami o sprzedaży gospodarstwa, nasyła potencjalnych kupców.

W połowie czerwca 2005 r. najazd na M. zrobiła czcigodna teściowa Piotra: „Pakujcie się i wynocha! Do pierwszego lipca ma was tu nie być” – krzyczała pani dyrektor do dzieci nieobecnej akurat w domu Małgorzaty.

21 czerwca ponownie odezwała się Izabella. Zażądała 125 tys. zł pomniejszone o 36 tys. zł. Skąd ta druga liczba? Z jej rachunków wynika, że właśnie tyle Małgorzata dotychczas zapłaciła. I powinna się bardzo cieszyć, że w ogóle dostaje jakąś bonifikatę; wszak przez 6 lat korzystała nieodpłatnie z dachu nad głową – zauważyła Izabella, dając kobiecie 7 dni do namysłu z perspektywą: „wynocha na bruk” do końca lipca.
– Jestem w tragicznej sytuacji. Boję się, że któregoś dnia przyjedzie banda osiłków i wyrzucą mnie z dziećmi na ulicę. Owszem, będę się mogła później procesować, ale co teraz? – płacze Małgorzata.

Udało nam się skontaktować z Piotrem. Nie będziemy go cytować, ponieważ na zakończenie rozmowy zażądał autoryzacji swoich wypowiedzi, co uznaliśmy za życzenie zbyt wygórowane. Jak tłumaczy sytuację w M.? Małgorzata jest wyrafinowaną oszustką, a pewne kwity podpisywał jej, nie wiedząc, co podpisuje. Mimo to nie chce jej skrzywdzić, tylko odzyskać swoje pieniądze.

Jak to ksiądz…

[2005 FaktyiMity.pl Nr 31(283)/2005

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: