FiM – Kurtyna w dół

Okazuje się, że nawet bracia Kaczyńscy są reformowalni. Owszem, lustracja będzie, ale już nie tak powszechna. Pójdzie do niej cała ta hołota w postaci prawników, naukowców, polityków i samorządowców, nauczycieli, dziennikarzy itp., ale od księży – wara…

Najpierw miała być lustracja totalna, bez względu na to, jakie kto ubranie nosi. Niechby i sutannę – zdawał się zapowiadać prezydent Lech Kaczyński, odznaczając 3 maja Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski księdza Tadeusza Zaleskiego, pioniera „oświaty” o kolegach współpracujących ze Służbą Bezpieczeństwa. Niespełna miesiąc później kardynał Stanisław Dziwisz zakneblował podwładnego i nałożył na niego kary kościelne za rozpowiadanie, że byli jacyś księża agenci. Nazajutrz pan prezydent spuścił z tonu i oświadczył: „Sprawa ujawnienia akt dotyczących działalności Departamentu IV MSW – departamentu zajmującego się rozpracowywaniem Kościoła – musi być traktowana w sposób bardzo ostrożny”, a on sam ma już teraz „duże wątpliwości, czy należy wprowadzić powszechny dostęp do akt bezpieki na temat duchowieństwa”.

###

A co myślą o teczkach ich twórcy? Rozmawiamy z byłym członkiem kierownictwa wspomnianego przez prezydenta IV Departamentu MSW:

„FiM”: – Jak wam się udało zachować takie wpływy, żeby po 17 latach od rozwiązania Służby Bezpieczeństwa móc jeszcze przyćmić wielkie wydarzenia religijne, wyciągając z zanadrza kolejnego księdza agenta?
Pułkownik (…): – Czyżbyście skreślili ze swojego tytułu pierwszy człon?

– Trudno nie podejrzewać postkomunistycznej siły sprawczej, jeśli akta ojca Hejmy spadły z półki w IPN-ie zaraz po śmierci Jana Pawła II, popularnego księdza Czajkowskiego zdemaskowano tydzień przed wizytą w Polsce Benedykta XVI, a nazajutrz po wyjeździe papieża, zamiast oddawać się trawieniu jego homilii, wszyscy dyskutowali o agenturalnej przeszłości serdecznie z Karolem Wojtyłą zaprzyjaźnionego księdza Malińskiego…
– …zaś w połowie lutego, czyli tuż przed obchodami rocznicy śmierci Jana Pawła II, wypłynął bardzo popularny na Podhalu ksiądz Mirosław Drozdek. Pewna prawidłowość faktycznie istnieje. Wedle mojej wiedzy, kibicuje temu zjawisku grupa wpływowych polityków różnych opcji, pragnących skierować Kościół na odpowiednie miejsce w szyku, absorbując go problemami wewnętrznymi. Gdy prezydenckiemu ministrowi Urbańskiemu wypsnęło się o „quasi-terrorze” Dziwisza i stwierdził, że „jeden kardynał nie będzie decydował o politycznej przyszłości Polski”, to przecież wyraził funkcjonującą gdzieś ideę. Tę, której nie udało się zrealizować w PRL-u, a którą zadekretował niedawno Benedykt XVI, mówiąc, że „nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego”.

– Pan prezydent zapewnił, że przecieki o kościelnej agenturze to nie jest przypadek i polecił wykrycie spisku.
– Czyli wykwakał wam totalną inwigilację, dając ministrowi Wassermannowi legitymację do wzięcia pod lupę dziennikarzy. Inspiratorów z nieboszczki SB nie znajdzie i myślę, że w tym kręgu nikt ich nawet nie będzie szukał, bo każdy rozumny człowiek – a takich w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego raczej nie brakuje – widzi, że byli funkcjonariusze zdecydowanie dystansują się od lustracji.

– Chyba będę musiała sprawić sobie okulary…
– Proszę zwrócić uwagę na bezsporny fakt, że w ogóle nie zabieramy głosu w dyskusjach, czy Iksiński bądź Igrekowska byli tajnymi współpracownikami. Nie słyszałem też, aby w procesach lustracyjnych znanych postaci życia publicznego któryś oficer, pod presją odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, pogrążył swojego „znienawidzonego przeciwnika” – jak to się dzisiaj określa nasze wzajemne relacje z przeszłości.

– A co, może się kochaliście? Zaprzeczy pan, że zakładaliście księżom teczki, nękaliście rozmowami, werbowaliście do współpracy, a opornych szantażowaliście?
– Przymykaliśmy również oko na rozmaite – niejednokrotnie kryminalne – występki, załatwialiśmy materiały na budowę kościołów, talony na samochody oraz wszelkie niedostępne zwykłemu obywatelowi dobra, umożliwialiśmy biskupom bezstresowe odprawy graniczne w specjalnym saloniku dla VIP-ów lotniska Okęcie… Nie licytujmy się. Dajmy też spokój przereklamowanym teczkom, bo miały charakter wyłącznie ewidencyjny i sam fakt ich tajnego przecież istnienia nie oznaczał jeszcze dolegliwości dla „posiadacza”. Przyznaję natomiast, że stosunkowo niewielka grupa księży i biskupów bezpośrednio zaangażowanych w walkę polityczną poddawana była rozmaitym i niewątpliwie przykrym dla nich naciskom, w tym również działaniom mającym na celu skompromitowanie w środowisku.

– Grupa stosunkowo niewielka to znaczy ilu?
– W najgorętszych politycznie okresach – do 150 osób, na około 25 tysięcy duchownych diecezjalnych i zakonnych oraz stu kilkunastu biskupów.

– Domyślam się, że w tej grupie prześladowanych w stanie wojennym był kapelan hutników ksiądz Tadeusz Zaleski, który wyłowił z IPN-u aż 28 donoszących na niego kolegów, wśród których są też – jak twierdzi – grube ryby krakowskiego Kościoła.
– W jakim stanie wojennym, jaki kapelan hutników! W stanie wojennym to on był jeszcze w seminarium, które ukończył dopiero w 1983 roku, a przy hutnikach kręcił się trochę, towarzysząc księdzu Kazimierzowi Jancarzowi. Dopiero w 1988 roku, czyli tuż przed upadkiem komuny i rozwiązaniem Departamentu IV, udało mu się uczestniczyć w strajku w Nowej Hucie. Owszem, dawał się wcześniej zauważyć, więc jego akta pęczniały. Nie był jednak traktowany jako poważny przeciwnik, gdyż nie miał żadnych szans na karierę – krakowska kuria już wtedy uważała go za człowieka niezrównoważonego oraz kłopotliwego.

– I zapewne znalazł te opowieści kolegów w swoich aktach…
– Bez wątpienia. Księża chętnie dzielili się plotkami na temat Zaleskiego, dlatego rozumiem jego determinację w dążeniu do upublicznienia nazwisk informatorów.

– W jaki sposób je poznał? Wielokrotnie przecież słyszeliśmy, że teczki tajnych współpracowników zostały zniszczone.
– Czynnej w 1989 roku agentury – owszem, ale na całkowite zatarcie śladów współpracy i zagwarantowanie bezpieczeństwa wszystkim, zabrakło czasu. Tu nie wystarczy spalić teczkę personalną ujawniającą bezspornie, kto kryje się pod pseudonimem, i teczkę pracy pozwalającą snuć domniemania o źródle informacji. Są jeszcze sporządzane z doniesień wyciągi wpięte do akt innych osób. Idąc śladem pseudonimu, kontrola krzyżowa pozwala z pewnym prawdopodobieństwem – czasem nawet znacznym – wskazać takie źródło. W najgorszej sytuacji są dzisiaj tajni współpracownicy, którzy w 1989 roku byli z jakichś powodów wyrejestrowani, bowiem ich kompletne akta mogły zachować się w archiwum przejętym przez IPN.

– Faktycznie, mieliście co palić… Mam przed sobą zestawienie waszych „aktywów” z 1983 roku: 3934 tajnych współpracowników rekrutujących się spośród duchowieństwa diecezjalnego oraz 625 zakonników. Wychodzi na to, że wtedy kooperował z bezpieką co piąty kapłan!
– Kooperował jest dobrym określeniem, bowiem nie wszyscy aktywnie i w pełni świadomie współpracowali.

– Czyli ich rejestracja była lipą?
– To nie tak. Jeśli ksiądz godził się na dyskretne spotkania połączone z „wymianą poglądów” i nie informował o tym swoich przełożonych, mógł zostać – po ustabilizowaniu tej formuły – zarejestrowany jako TW. Żadnego zobowiązania nie podpisywał, a jeśli był wynagradzany, to raczej tylko w naturze, w postaci okazjonalnych upominków. Nie wykluczam, że bardzo wielu księży nawet nie zdawało sobie sprawy, że udzielają informacji o niebagatelnym znaczeniu operacyjnym, a kontakt z nimi urósł do rangi powodującej rejestrację w charakterze TW.

– Można więc wierzyć księdzu Malińskiemu, gdy przysięga, że nie współpracował?
– Myślę, że składa te zapewnienia z czystym sumieniem.

– Ciekawe, dlaczego nie wypływają kwity na biskupów…
– Być może IPN trzyma je w odrębnej szafie. Istnieje też przeszkoda natury proceduralnej. Taki hierarcha musiałby informować o kimś, kto uzyskał wgląd do swoich akt i zażąda rozszyfrowania pseudonimu źródła. Tymczasem kontakty z biskupami nie były powodowane potrzebą zdobycia wiedzy o podległych im księżach, gdyż rozmowy miały przede wszystkim charakter polityczno-operacyjny.

– Czy wobec tej rangi „rozmówców” stosowano podobne, jak w przypadku księży, zasady przekwalifikowywania na tajnego współpracownika?
– Tak.

– Który z biskupów ma coś za uszami?
– To temat na inną rozmowę.

– Rozumiem. A czy prawdą jest, że najbardziej wartościowi agenci w ogóle nie byli rejestrowani?
– Wkrótce po powstaniu „Solidarności” stwierdziliśmy, że resort nie jest całkowicie szczelny. Odnotowaliśmy kilka przecieków, których konsekwencją było udzielenie naczelnikom Wydziału IV w terenie upoważnienia do odstępowania od dotychczas obowiązujących procedur. Trudno mi w tej chwili powiedzieć, na ile z tego zezwolenia korzystali. Osobiście znam kilka przypadków zastosowania takiej nadzwyczajnej ochrony.

– Porozmawiajmy o fikcyjnych informatorach, całkiem niewinnych ludziach, którym wkładaliście w usta informacje z podsłuchów, co wykryła niedawno „Gazeta Wyborcza”…
– …robiąc czytelnikom wodę z mózgu. Pisali o zarządzeniu ministra spraw wewnętrznych z 1982 roku, określającym zasady wykorzystywania materiałów z techniki operacyjnej, czyli wszelkich podsłuchów. Dokument był konsekwencją przecieków, o których wspomniałem. Incydentalnie stosowano później w niektórych jednostkach taką praktykę, że rejestrowano fikcyjnego TW, ale był nim człowiek nieistniejący, o zmyślonych personaliach, dacie urodzenia i miejscu zamieszkania. Byłoby wręcz sabotażem, gdyby niezwykle cenne informacje z podsłuchów przetwarzać na doniesienie czynnego współpracownika. Wyobrażam sobie skutki przekazania takiego agenta do innej jednostki, gdzie oficer przejmujący wyczytałby w aktach rarytasy kompletnie go dezinformujące.

– Mamy więc rozumieć, że jeśli już jakaś teczka istnieje, to nie zawiera fałszywek?
– Dokładnie tak, chociaż nie mogę wykluczyć, że gdzieś w Polsce ten i ów oficer „podkręcił” w notatce informacje uzyskane podczas spotkania z tajnym współpracownikiem.

– No to skąd wzięła się całkiem lipna „lojalka” Kaczyńskiego?
– Czym innym są fałszywe papiery wykorzystywane w kombinacjach operacyjnych, a zupełnie czym innym dokumentacja odzwierciedlająca pracę agentury. Ta musiała być prawdziwa, gdyż próba grubszego oszustwa była bardzo łatwa do wykrycia wobec obowiązujących okresowych spotkań kontrolnych agenta z przełożonym oficera prowadzącego. Wracając zaś do pana Kaczyńskiego, proszę zauważyć, że tę jego „lojalkę” wyprodukował śliczny UOP, a nie ta paskudna SB.

– Opowie mi pan o waszym udziale w zamachu na Jana Pawła II? Tygodnik „Wprost” napisał, że wspólnie z KGB zaplanowaliście zgładzenie papieża.
– Czytałem. Ta księżycowa hipoteza wypływa z faktu, że trzech oficerów Departamentu IV, w tym znany skądinąd Adam Pietruszka, obsługiwało w Rzymie agenturę uczestniczącą w inauguracji pontyfikatu, a Zenon Płatek (przyszły dyrektor departamentu – przyp. red.) pojechał wkrótce do Wiednia na kilkudniowe spotkanie z pewnym tajnym współpracownikiem. Ale całkiem nas pogrążył tygodnik „Głos” Antoniego Macierewicza, który wykrył, że w pierwszą rocznicę zamachu Pietruszka przebywał akurat w Moskwie, a później pojechał tam spiskować Płatek.

– Pan sobie żartuje, ale „Wprost” powołuje się na historyków z IPN, którzy – cytuję – „są przekonani, że na jednym z takich spotkań mogła zapaść decyzja o zamordowaniu Jana Pawła II”.
– Oczywiście historyków bez nazwisk. Proszę, dajmy spokój komentowaniu tych bredni.

– Ostatnie pytanie: czyja teczka teraz wypłynie?
– Bardzo chciałbym się mylić, ale słyszałem, że kolejnego – nawet bardziej niż ksiądz Maliński serdecznego – przyjaciela Karola Wojtyły…

[2006] FaktyiMity.pl Nr 23(327)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: