FiM – Teologia stosowana

Poruszeni sygnałem o molestowaniu seksualnym, zrobiliśmy nalot na jedno z seminariów duchownych. Alarm okazał się fałszywy: klerycy, jeśli już bzykają się, to całkiem dobrowolnie…

Kuźnią kadr diecezji zielonogórsko-gorzowskiej jest Wyższe Seminarium Duchowne w Gościkowie-Paradyżu (gmina Świebodzin). Uczą się tam religii bardzo rozrywkowi chłopcy, pełnymi garściami czerpiący z życia jego rozkosze i do upojenia wykorzystujący fakt, że naczelny baca – bp ordynariusz Adam Dyczkowski – mieszka i urzęduje w odległej o ponad 40 km Zielonej Górze.

A wychowawcy i profesorowie? Równe chłopy, choć nikt w Gościkowie nie dorówna wspominanemu z sentymentem księdzu doktorowi Robertowi S. – głównemu bohaterowi opisywanych przez nas „Ucieczek roku” („FiM” 1/2007). Ks. Robert, uznany w Polsce autorytet w dziedzinie katechezy (działał m.in. w specjalnym zespole Konferencji Episkopatu Polski do opracowania nowych programów katechizacji i podręczników), zrzucił już czarne ubranko i z damą swojego serca osiedlił się na Sycylii.

Niektórzy chłopcy z Gościkowa są nie tylko rozrywkowi, ale i przystojni, co sprawia, że czerpią z nich rozkosze także księża. Jedni – zaspokajając swoją wrażliwość estetyczną, inni – pragnienie męskiej miłości.

Niestety, społeczeństwo jest okropnie niewyrozumiałe, bo oto pisze do nas pani Zofia, troskliwa krewna kleryka Przemka (oba imiona zmienione):

„Mam dość tego pedalstwa Przemka z księdzem Tomaszem(…). Ten zupełnie nieatrakcyjny, monstrualny grubas wymusza na młodym chłopcu seks. Ohyda. A wy jesteście za to odpowiedzialni”.

Poczuliśmy się bardzo niefajnie, bo owszem – tolerancyjni jesteśmy do bólu, ale przecież wielokrotnie udowadnialiśmy, że molestowanie kleryków przez ich seminaryjnych przełożonych bądź parafialnych patronów wypalamy rozżarzonym do czerwoności żelazem. Kopnęliśmy się więc w lubuskie, aby sprawę zbadać gruntownie i… mamy dla cioci dobrą wiadomość: Przemek kocha i jest kochany. Żeby zaś nie być gołosłownym…

1. Ksiądz Tomasz to nie jest jakiś stary pryk łaknący młodego ciała, lecz całkiem świeżo wyświęcony kapłan (bliższych danych nie podamy, żeby nie narażać go na niepotrzebną identyfikację), cieszący się do niedawna ogromnym poważaniem u bpa Dyczkowskiego (tuż po skończeniu seminarium ordynariusz mianował go duszpasterzem akademickim znanej lubuskiej uczelni i osobiście pobłogosławił, obiecując dalsze awanse);

2. Poznał Przemka nie na dworcu czy „pikiecie” gejowskiej, lecz z zachowaniem wszelkich standardów wynikających ze sprawowanej funkcji wikariusza parafii w Z. i opiekuna tamtejszych ministrantów;

3.  Apetycznego lektora nie uwiódł podstępnie, wykorzystując kapłański autorytet bądź dolewając czegoś do herbaty, jak to się zdarzyło niedawno innemu podwładnemu bpa Dyczkowskiego – księdzu Markowi B., wikariuszowi parafii Miłosierdzia Bożego w Głogowie (ciocia zerknie do naszych publikacji – „Wysoka kurio” oraz „Cud mniemany” „FiM” 11,18/2006). A dodajmy, że pożądanie dręczyło ks. Tomka niemiłosiernie…;

4. Zadbał o jego ubiór oraz wszelki dobrobyt, obsypując drogimi prezentami, ale też o karierę, namawiając do studiów w seminarium duchownym, a na pierwsze wakacje zabrał w 2005 r. do Egiptu. Było im razem tak dobrze, że Przemek zapomniał o konieczności terminowego powrotu do seminarium, przez co o mały włos nie wyleciał z „samary” na zbitą twarz. Jego partner i promotor prawie na kolanach wyjednał u ks. rektora Ryszarda Tomczaka łaskę dla spóźnialskiego kleryka;

5. Szczęścia młodzieńca nie są w stanie zakłócić zazdrośni koledzy z roku, którzy kiedyś podsłuchali, jak to szorując w toalecie ręce po wizycie w seminarium ks. Tomasza, Przemek mamrotał do siebie: „Panie, obmyj mnie z mojej winy oraz oczyść z grzechu mojego”, co głupio później komentowali, jakoby chłopak miał przebłysk refleksji, że puszcza się za pieniądze;

6. Ich związek przetrwał ciężką próbę, jakiej został poddany ks. Tomasz, gdy nieopatrznie usiłował nauczyć ars amandi pewnego heteroseksualnego ministranta, a zdradziecki ks. Piotr S. zakapował do kurii, że „słyszał, jakoby…” wielebny duszpasterz akademicki namawiał też studentów do sponsorowanego seksu. Zesłano go „za całokształt” do mało dochodowej placówki w J., gdzie pobiera nędzną pensję katechety, ale – na szczęście – mama w Ameryce pomaga finansowo i Przemek zawsze może liczyć u Tomka na modne ciuszki oraz kieszonkowe, co powinno ciocię uspokoić…

###

Wspomnieliśmy, że w Gościkowie-Paradyżu studiują bardzo fajne i życiowe chłopaki. Nie bez kozery, bo zetknęliśmy się z kilkoma, badając sytuację Przemka…

Najbardziej przypadli nam do gustu Grzesiek i Paweł z czwartego roku, którzy bankietują tak ostro i pechowo (już kilkakrotnie zostali schwytani na gorącym uczynku), że gdyby nie mieli jeszcze tzw. święceń akolitatu (nie mylić z alkomatem…), niechybnie musieliby odejść do cywila. Mają też odrobinę szczęścia, że diecezja cierpi na braki kadrowe, a oni obaj mają wprost niesamowity talent do kapłaństwa: nawet zawziętego abstynenta potrafią w pięć minut namówić do „zrzutki”…

Z kolei kleryk M. z V roku jest tak ujmująco bezpośredni, że już na pierwszej randce z naszą dziennikarką zapewniał, że jest otwarty na każdy eksperyment i może nawet chodzić goły na czworaka, z kagańcem na obliczu, jeśli tylko pozwoli mu „na pieska”…

Także Michał G. z drugiego roku to równiacha jakich mało. Oto jeden z jego wolnych wieczorów, opisanych w internetowym pamiętniku (blogu):

„(…) w ostatnią sobotę nie mieliśmy z kumplem co zrobić. Siedzieliśmy więc w domku i nagle wafel (kolega – dop. red.) dostał zaproszenie od swojej koleżanki na imprezę. Załatwiłem kwiatki dla Agatki, a potem myknęliśmy na imprezę, po drodze zahaczając o Coldik (sklep monopolowy w Drezdenku – dop. red.). Wpadliśmy w tajemniczym stylu, chowając co nieco na strychu, a potem znaleźliśmy się w pokoju, gdzie siedziały koleżanki Agaty (…). Przyszło mi na chwilę opuścić towarzystwo, ponieważ odprowadziłem jedną z niewiast do domu. Wpadłem z powrotem, bo ja z waflem nigdy nie kończymy tak szybko bansować…”.

Bardzo nam się też spodobał kleryk Michał, który trzyma wszystkich (z seminaryjną kadrą włącznie) na krótkiej smyczy z tytułu posiadania w rodzinie wujka biskupa (Stefan Regmunt – sufragan diecezji legnickiej).

„Rektor? Może mi naskoczyć z głębokiego przysiadu” – zwykło mawiać owo błękitnokrwiste chłopię, gdy jego młodsi koledzy (zdesperowani urządzaną im „falą”) zastanawiają się na głos, kto w seminarium rządzi.

No właśnie, kto…?

[2007] FaktyiMity.pl Nr 17(373)/2007

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: