FiM – Teraz mu to lotto!

Do walizki między koszule i skarpetki spakował pieniądze, samochodem dostał się na warszawskie Okęcie i… wszelki słuch po księdzu zaginął.

Łowicz aż huczy od plotek. Parę dni temu zniknął bowiem niczym kamfora ks. Franciszek Augustyński (na zdjęciu). Figura w diecezji łowickiej nie byle jaka, bo wikariusz generalny, czyli zastępca biskupa, a jednocześnie proboszcz dużej parafii pod wezwaniem Świętego Ducha. Miał tyle tytułów i zasług dla Kościoła, że jednego artykułu za mało, żeby je wszystkie wymienić. Kim on nie był: członek Kolegium Konsultorów, Rady Duszpasterskiej, prałat honorowy Jego Świątobliwości, kanonik gremialny (cokolwiek by to znaczyło), a w swoim czasie nawet kanclerz kurii.

– Aż wierzyć mi się nie chce, że taki człowiek mógł nagle opuścić swoją parafię i uciec za granicę. Przecież dbał o parafię, dużo robił dla uporządkowania naszej świątyni – mówi rozżalona pani Henryka.

Ksiądz Franciszek zniknął 17 maja. Wkrótce do Łowicza dotarła informacja, że odleciał w siną dal, zostawiając na Okęciu samochód. W kasie parafii pozostawił 100 złotych… Chyba na rozkurz. W każdym razie musiało tam być dużo więcej, bo uzbierał ostatnio niemało pieniędzy – m.in. na remont jednego z ołtarzy, na zbliżającą się pierwszą komunię. Pożyczał też gdzie się dało, a ponadto – jako odpowiedzialny w kurii za czerwcowe nominacje – od przynajmniej 14 księży zebrał haracz po kilkanaście tysięcy złotych od łebka.

– Bezustannie namawiał nas do dawania pieniędzy, bo – jak twierdził – wszystko kosztuje – opowiada pani Anna, jedna z parafianek. – Na sam ołtarz św. Rocha, który przekazał do konserwacji,potrzeba było 100 tysięcy złotych, a wcześniej na ołtarz główny zebrał 200 tysięcy. Ludzie nie szczędzili grosza.

Ale nie wszyscy z taką wyrozumiałością oceniają ks. Franciszka. Pan Jan twierdzi, że proboszcz był dobrym taktykiem i potrafił sprytnie podejść parafian. A pieniądze kochał jak mało co!

Dopiero teraz, gdy wielu łowiczan ochłonęło, ludzie kojarzą różnorodne zdarzenia i z ich opowieści wyłania się zupełnie dotąd nieznany portret kapłana. Miał wiele twarzy.

– Był moralistą, bezustannie nas pouczał – wspomina jedna z parafianek. – A jednocześnie zamknięty w sobie, trzymający ludzi na dystans.

W łowickiej kurii chcieliśmy usłyszeć jakiś komentarz, ale nic z tego, ani słowa! Tylko nieoficjalnie zdołaliśmy się dowiedzieć, że już trzy dni po zniknięciu wielebny został zwolniony z urzędu proboszcza oraz z funkcji wikariusza generalnego diecezji łowickiej. Świadczy to o tym, że władze kurialne doskonale znają kulisy ucieczki. Na mieście mówi się, że miał długi, bo był hazardzistą, ale wiadomo też, że nie stronił od chłopców. Być może był szantażowany?

W diecezji łowickiej to niejedyny taki przypadek. Kilka lat temu niespodziewanie rozpłynął się niczym we mgle ekonom diecezjalny, ks. Krzysztof Malczyk, który był jednocześnie proboszczem na największym skierniewickim osiedlu „Widok”. Ówczesny biskup łowicki zatuszował sprawę, informując media, że ksiądz ekonom skorzystał z urlopu dla poratowania zdrowia. Tamten uciekinier ze Skierniewic także był figurą nie byle jaką: należał do ekskluzywnego grona kanoników honorowych i członków Kolegium Konsultorów (obok biskupa J. Zawitkowskiego i ks. F. Augustyńskiego). Jakby mu mało było tych zaszczytów i honorów, w wolnych chwilach duszpasterzował policjantom.

– Dlaczego ksiądz Franciszek zrobił nam taką przykrość, w przeddzień wizyty w Polsce papieża Benedykta XVI… – zastanawia się pani Henryka. – Czy to przypadek? Może proboszcz specjalnie wybrał taki moment, by zniknąć z pieniędzmi w zawierusze przygotowań! A może bał się ujawnienia jego skłonności seksualnych i miłości do hazardu…

W miejscowej prokuraturze rejonowej nic nie wiedzą na temat tajemniczego zniknięcia księdza. – Nie wpłynął żaden sygnał, więc nie ma sprawy – usłyszeliśmy.

[2006] FaktyiMity.pl Nr 22(326)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: