FiM – Zabić księdza

Do zabicia człowieka nie potrzeba trucizny czy noża. Równie skuteczne jest bezustanne poniżanie, zastraszenie oraz ciągła presja psychiczna. Udowodnił to w ciągu kilku lat ordynariusz łowicki bp Alojzy Orszulik.

Dopiero teraz, gdy nadszedł kres panowania „przyjaciela polityków” (zwłaszcza Unii Wolności), ludzie zaczynają mówić. Nawet kapłani – mimo że zobowiązani prawem kanonicznym do bezwzględnego posłuszeństwa swojemu biskupowi – przerywają zmowę milczenia.

Niestety, niektórzy już nigdy nie powiedzą słowa w swojej obronie, na przykład ksiądz Janusz Murawski, który zmarł 1 kwietnia tego roku. O jego życiu i draństwach Orszulika opowiadają kapłani i przyjaciele znający Murawskiego od kilkudziesięciu lat.

– Urodził się kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej – opowiada jeden z księży. – W wieku 24 lat przyjął święcenia z rąk kardynała Wyszyńskiego. Przez 20 lat był proboszczem w Orłowie, niewielkiej wsi niedaleko Kutna. Dał się tam poznać jako gorliwy kapłan i przyjaciel ludzi.

– Dlaczego go lubiano? Nie dzielił ludzi na biednych i bogatych, mądrych i głupich – twierdzi jeden z parafian Orłowa. – Wszyscy dla niego byli równi. Ceniono go zwłaszcza za to, że pomagał ubogim. Pieniądz miał dla niego znaczenie drugorzędne. Ks. Murawski mawiał często: „Przecież dwóch obiadów nie zjem”.

– Gdy w 1995 r. biskup Orszulik postanowił przenieść go do Mikołajewa, bo przekazywał do kurii za mało pieniędzy – opowiada przyjaciel ks. Janusza – odebrał to jako prawdziwy cios. Prosił o zmianę decyzji, ale purpurowy pryncypał był nieugięty.

– To nie było zwyczajne przeniesienie, lecz wyrzucenie z parafii, którą pokochał i gdzie miał wielu oddanych przyjaciół – twierdzi Anna B., jedna z mieszkanek Kutna. – Kielich goryczy przepełniła wiadomość, że Orszulik naciska, by przeszedł na przymusową przyspieszoną emeryturę. A przecież ks. Janusz chciał nadal pracować wśród swoich parafian.

– Broniliśmy proboszcza, jeździliśmy do Orszulika i prosiliśmy go, by zmienił decyzję, ale nie chciał nawet słuchać – mówi z goryczą pani Maria z Orłowa. – Nie uległ nawet prośbom wojewody płockiego.

– Mikołajew to biedna wieś, w której funkcjonował niegdyś PGR. Ludzie klepali biedę, ale Orszulik bezustannie słał listy i domagał się kasy, kasy i jeszcze więcej kasy – wspomina jeden z przyjaciół ks. Murawskiego. – Prawdopodobnie i tutaj ks. Janusz nie zagrzałby dłużej miejsca, gdyby nie podpisał wreszcie zobowiązania, iż będzie przekazywał kurii spore pieniądze. Dwoił się więc i troił, by zaspokoić potrzeby pryncypała, a przecież miał jeszcze na głowie remont świątyni i cmentarza. Na szczęście ludzie zorientowali się, w czym rzecz, i pomagali proboszczowi. Duże pieniądze dawał mu także mieszkający w parafii poseł Zbigniew Komorowski.

– O wszystkim wiedzieliśmy doskonale, ale nikt niczego nie mógł zmienić. Baliśmy się Orszulika, który mawiał wprost: „Ja każdego księdza mogę zgnoić, jeśli tylko będę chciał” – opowiadają nam łowiccy księża.

Mógł i gnoił. Buntownicy wylatywali na zbity pysk, jeszcze inni zrzucali sutanny, by nie mieć do czynienia z bezlitosnym i pazernym biskupem („FiM” 14/2004). Coraz bardziej zaszczuty i bezradny czuł się także ks. Janusz. Podupadał na zdrowiu i w końcu trafił do szpitala. Zmarł po kilku tygodniach choroby – w czwartek 1 kwietnia, w wieku 65 lat – a już następnego dnia na plebanii pojawili się niespodziewanie dwaj zausznicy Orszulika: ks. prałat Stanisław Pisarek z Kutna i ks. prałat Jan Dobrodziej. Spieszyło im się bardzo… Chociaż następnego dnia mogli bez przeszkód otrzymać klucze od mieszkania zmarłego, już nocą wyłamali drzwi. Jak złodzieje. Czego szukali? Jak zwykle w takich wypadkach – pieniędzy i testamentu. Mieli szczęście, że mieszkańcy wsi dowiedzieli się o wszystkim już później… Ludzie zapowiedzieli jednak Orszulikowym przydupasom, że nie życzą sobie, by w pogrzebie ich proboszcza uczestniczył łowicki ordynariusz. Przemowę nad trumną wygłosił więc bp Józef Zawitkowski, w przeciwieństwie do Orszulika powszechnie lubiany i ceniony w diecezji.

– Skończyły się już rządy znienawidzonego pazernego biskupa – mówi ks. Krzysztof z Łowicza. – Mamy nadzieję, że nastaną normalne czasy, że skończył się terror i strach. Bardzo liczymy na nowego ordynariusza. Może nawet wrócą do diecezji skrzywdzeni księża… Ks. Januszowi nikt jednak nie przywróci życia. W jego śmierci jest jednak coś symbolicznego – odszedł przecież niemal w przededniu zmian, na które czekał wiele lat.

[2004] FaktyiMity.pl Nr 18(217)/2004

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: