FiM – Wychowanie do(po)życia

Tę historię powinni bardzo uważnie przeczytać rodzice wszystkich dzieci pilnie uczęszczających do kościoła…

„Ksiądz Mirosław…(tu nazwisko pewnego znamienitego proboszcza z diecezji zielonogórsko-gorzowskiej – dop. red.) jest pedofilem i psychopatą, który dalej zagraża społeczeństwu i może molestować kolejne ofiary. Polskie władze, zwłaszcza kościelne, powinny być o tym poinformowane, aby podjąć wszelkie konieczne kroki, żeby ochronić społeczeństwo przed realnym niebezpieczeństwem ze strony tego duchownego” – czytamy w konkluzji ekspertyzy z 1 maja 2010 r., dotyczącej jednej z ofiar plebana. Pod tym dokumentem podpisał się amerykański specjalista dr Georg M. Kapalka. Sporządził go po dwóch latach wyprowadzania z ciężkiej depresji 42-letniej Katarzyny P., którą „pedofil i psychopata” zaczął molestować seksualnie, gdy była jeszcze dzieckiem, a po dłuższej przerwie znowu nabrał na nią – już jako mężatkę i matkę – apetytu. Należy w tym miejscu podkreślić, że:

# dr Kapalka nie jest żadnym leczącym dusze szarlatanem z wykształceniem teologicznym, lecz doświadczonym psychologiem klinicznym (praktykuje od 1985 r.), profesorem Uniwersytetu Monmouth, autorem pięciu podręczników i ponad stu publikacji naukowych;

# od prawie dwóch lat ordynariusz Stefan Regmunt oraz biskup pomocniczy Paweł Socha wiedzą o wyczynach podwładnego, ale nie podjęli kroków w kierunku skutecznej ochrony potencjalnych ofiar ks. Mirosława, który wciąż cieszy się znakomitymi układami w diecezjalnej centrali i kieruje (z nominacji) jednym ze specjalistycznych duszpasterstw. Biskup Regmunt uznał, że nie będzie interweniował, bowiem przypadek Katarzyny P. jest sprawą między katem a ofiarą.

Przyjrzyjmy się szczegółom (uwaga: wszystkie fragmenty wyróżnione kursywą są cytatami z ekspertyzy dr. Kapalki)…

Ksiądz Mirosław poznał Kasię, gdy był świeżo wyświęconym wikariuszem parafii w Ś., ona zaś 14-letnim dzieckiem. Chorowała wówczas na serce i przygotowywała się do trudnej operacji.

„Całkowicie polegała na księdzu, szukając u niego, jako katolickiego kapłana, oparcia psychicznego i duchowego. Ksiądz Mirosław przyjął na siebie to zadanie, poznał rodzinę Katarzyny i zdobył jej zaufanie. Rodzice byli wdzięczni, że dbał o ich córkę i modlił się za nią. Wkrótce okazało się, że wykorzystał tę sytuację do zaspokajania swoich potrzeb seksualnych”. Mimo choroby dziewczynka była bardzo zaangażowana w życie parafii, więc jej najbliższych absolutnie nie dziwiło, że spędza każdą wolną chwilę w kościele. Wikary tę sytuację wykorzystał… „Zapraszał ją do mieszkania na plebanii, gdzie przebywała z nim sam na sam, częstokroć do późnych godzin nocnych. Rodzice całkowicie ufali księdzu, więc nigdy nie kwestionowali tych wizyt. Początkowo oboje tylko rozmawiali na różne tematy i oglądali telewizję, ale ledwie tylko skończyła 15 lat, ks. Mirosław zaczął ją molestować seksualnie”.

Z ciągu dalszego ekspertyzy dowiadujemy się, że robił to metodycznie, żeby nie spłoszyć zwierzyny. Od wstępnego obejmowania i głaskania stopniowo przechodził do całowania oraz dotykania. Najpierw czynił to przez ubranie, a następnie po gołym ciele – obmacując piersi i wkładając rękę w majtki… Żeby złagodzić opór, poił ją alkoholem (najczęściej szampanem). Po intensywnej „rozgrzewce” zaspokajał się w finale onanizowaniem. Drastyczne szczegóły pomińmy…

„Katarzyna przeżywała wielki konflikt wewnętrzny. Z jednej strony wiedziała, że robi źle, uczestnicząc w intymnych spotkaniach oraz pozwalając na takie traktowanie, ale z drugiej – czuła się wyróżniona. Ksiądz Mirosław przekonywał, że ma ona do spełnienia specjalną i wybitną rolę jako wybranka mogąca umożliwić kapłanowi zaspokojenie jego naturalnych męskich potrzeb. W sposób typowy dla pedofila uczył dziecko, aby zaakceptowało molestowanie, traktowało to jako dowód jego miłości oraz utrzymało specjalną intymną wieź pomiędzy nimi w najwyższym sekrecie”.

Choć wspomnienia z dzieciństwa i młodości wyciskają z oczu łzy, Katarzyna nie boi się już mówić o swoich relacjach z „wychowawcą”.

– To trwało cztery lata. Żyłam w stanie jakiegoś paraliżu doszczętnie obezwładniającego moją wolę. Nie pojmuję, dlaczego uległam, bo przecież wcześniej widziałam, co robił innej, trochę starszej dziewczynie działającej w oazie. Pamiętam, jak podczas ferii w Zakopanem dobierał się do niej w nocy i w niczym mu nie przeszkadzała moja obecność w pokoju. Po maturze wyjechałam na studia do Warszawy, więc nasze kontakty osłabły, ale wciąż nie dawał mi spokoju. Miał już na szczęście inną kochankę, a później kolejne. Wiem, że jeszcze niedawno nagminnie stosował patent polegający na zapraszaniu na kolację dwóch dziewcząt, zazwyczaj z rodzin patologicznych. Jedna z nich była upatrzonym celem, druga robiła za przyzwoitkę – opowiada kobieta.

„Gdy Katarzyna dojrzała do wieku pełnoletniości, zmieniła miejsce zamieszkania, ale ksiądz nieustannie komunikował jej, że spaja ich specjalna więź i jest wyróżnioną kobietą, która może dać kapłanowi dar zadowolenia cielesnego. Mówił, że on ją rozumie lepiej aniżeli jakikolwiek inny mężczyzna i zawsze będzie nad nią czuwał. Pomimo tego, że z czasem spotkała swojego przyszłego męża i wzięła z nim wkrótce ślub, wpływ księdza Mirosława trwał i nie pozwolił jej oddać się partnerowi emocjonalnie w takim stopniu, jaki występuje zazwyczaj w małżeństwach. Było to spowodowane uzależnieniem psychicznym od osoby księdza”.

– Marcin, mój mąż, o niczym nie wiedział. Nie miał pojęcia również o tym, że w postanowieniu o wyjeździe na stałe do USA najważniejszym dla mnie powodem było pragnienie ucieczki przed księdzem. Zabrałam ze sobą mamę i starannie pozacierałam za sobą wszystkie ślady. Okazało się, że niedokładnie – mówi Katarzyna.

„Pani P., mąż i dzieci osiedli w stanie Pensylwania. Początkowo kontakt z księdzem Mirosławem się urwał, ale w okresie następnych kilku lat znowu ją znalazł i zaczął nagabywać. Zabiegał o możliwość przyjazdu do USA, ażeby panią P. odwiedzić oraz wznowić stosunki. Zaczął wpływać na panią P., przekonując, że tylko on jest w stanie dać jej takie zrozumienie i poparcie, jakiego ona potrzebuje, oraz że zrobi to lepiej niż mąż”.

– Listy ze wspólnymi starymi zdjęciami, później telefony… Rozmawialiśmy niemal codziennie. Gdy otrzymał probostwo, namawiał, żebym wszystko rzuciła i wracała do Polski. Do niego. Nie ukrywam, że strasznie mi zamącił w głowie, ale na szczęście bezskutecznie. W kontakcie twarzą w twarz nie byłam już tak silna – przyznaje matka, żona i… kochanka.

„Z czasem ksiądz Mirosław zaaranżował kilka wizyt w USA, podczas których (w latach 2005–2008) odbywał stosunki seksualne z panią P. Jej małżeństwo cierpiało, a mąż odkrył zdrady. Zerwała ona wówczas wszelkie związki z księdzem Mirosławem i zdecydowała się podjąć leczenie, aby odbudować psychikę i ratować zagrożone rozpadem małżeństwo”.

– Pierwszy raz przyjechał pod pretekstem pociechy duchowej dla mojej nieuleczalnie chorej mamy. Nie ma sensu rozpamiętywać, jak i dlaczego wylądowaliśmy w łóżku, w każdym razie nawet mu później powieka nie drgnęła, gdy przebywał w towarzystwie Marcina. Tak się zaczęło, a stać go było na kolejne wypady do Ameryki. Tymczasem ja pękłam. Wpadłam przez to zakłamane życie w potworny dołek psychiczny i całe szczęście, że Marcin się domyślił, bo koniec mógł być tragiczny. Wszystko mężowi opowiedziałam, ale nie mogłam uwolnić się od poczucia winy za to, co jemu i dzieciom zrobiłam. Uzgodniliśmy, że pójdę do psychologa. Przez dwa lata doprowadzał mnie do równowagi psychicznej.

„Pani P. zaczęła leczenie, aby zlokalizować przyczyny i powstrzymać rozwój głębokiej depresji, która wpływała na jej samopoczucie, ograniczyła życie i codzienne funkcjonowanie (częsty płacz, zaburzenia snu) w stopniu tak poważnym, że była bliska popełnienia samobójstwa”.

– Winiłam siebie, swój podły charakter, słabości, zakłamanie… Przecież jestem dorosła i wiedziałam, co robię. Przecież ksiądz mnie nie zgwałcił. Dopiero psycholog otworzył mi oczy, że zostałam ukształtowana w wieku 14–15 lat, gdy wikary Mirek wychowywał mnie, dogadzając sobie na plebanii, a później konsekwentnie trzymał na emocjonalnej smyczy.

„Pani P. jest ofiarą wykorzystywania seksualnego. Jej rozwój został skrzywiony poprzez wpajanie przeświadczenia, że określone zachowanie jest dowodem miłości. Ksiądz Mirosław spowodował u niej bardzo głębokie i długotrwałe spustoszenia psychiczne. Objawy, dolegliwości oraz kłopoty psychiczne, emocjonalne i małżeńskie pani P. są efektem molestowania w okresie dziecięcym i wieloletniej późniejszej manipulacji” – napisał dr Kapalka w uzasadnieniu cytowanej na wstępie konkluzji.

W czerwcu 2010 r. Grażyna wysłała do biskupów Regmunta i Sochy dwa odrębne, aczkolwiek niemal jednobrzmiące listy z załączonym werdyktem psychologa. Wiemy, że wpłynęły 17 czerwca do kurii i adresaci je przeczytali. Kobieta chciała od nich tylko jednego – odpowiedzi na pytanie, co zamierzają zrobić z informacją o skłonnościach podwładnego określonego przez amerykańskiego specjalistę mianem „pedofila i psychopaty”. Pięć miesięcy później z tą samą sprawą zwrócił się do ordynariusza „wciąż pełen wiary” mąż Marcin, deklarując gotowość „udzielenia dalszych informacji”. Żadne z małżonków nie otrzymało odpowiedzi. Dla nas bp Regmunt był nieco łaskawszy: „Odbyła się rozmowa z osobą wspomnianą w mailu pana P (…). W ocenie biskupa kwestia dotyczy zainteresowanych osób i one powinny ten problem rozwiązać” – rzekł ordynariusz ustami ks. Andrzeja Sapiehy, rzecznika prasowego kurii.

I jeszcze stanowisko oskarżonego (zapis stenograficzny):
„FiM”: – Księże proboszczu, można słówko?
Ksiądz Mirosław: – OK, słucham?
– Na wstępie chciałem uprzedzić, że jestem dziennikarzem „Faktów i Mitów”. Mogę kontynuować?
– Dziękuję. Nie znajdziemy wspólnego tematu, ale życzę szczęść Boże!
– Zatem tylko jedno: jeśli wyślemy księdzu pytania dotyczące pani P (…), będziemy mogli liczyć na odpowiedź czy szkoda czasu?
– Szkoda czasu. Zdecydowanie!

Panowie w sukienkach mniemają, że skoro pedofilia uległa już przedawnieniu, to można im skoczyć. W jak wielkim tkwią błędzie pokażemy za tydzień…

[2012] FaktyiMity.pl Nr 4(621)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: