FiM – Życie po kapłaństwie

Beata i Janusz* poznali się w momencie, gdy on jeszcze nosił sutannę. Ale to dopiero ona – silna kobieta – sprawiła, że wypłynął na głębię.

O tym, że poszedł na księdza, zdecydował – jak dziś mówi Janusz – splot wydarzeń. Najpierw był ministrantem, później lektorem, zawsze się udzielał w Kościele.

– Mój dom był otwarty na księży. Byli u nas, odkąd pamiętam. Mama zapraszała ich na obiad. Od najmłodszych lat byłem oswojony z sutanną. Dorastałem w tym klimacie, więc kiedy powiedziałem, że idę do nowicjatu, to było naturalne. Nie znaczy, że dojrzałe i przemyślane – wspomina Janusz. Z dystansem i rezerwą patrzy dziś na kolejne etapy swej kapłańskiej kariery.

Seminarium: – Były dobre chwile, choć z reguły traktowano nas przedmiotowo, odbierając wolność myślenia. Tam nie możesz mieć własnego zdania. Nawet jak myślisz inaczej, masz to zachować dla siebie. W końcu ślubowałeś posłuszeństwo. Ja założyłem, że jakoś przez to seminarium trzeba przejść.

Kapłaństwo: – Każdy, kto próbował być indywidualistą, zaczynał być niewygodny. Niektórzy lawirowali. Z jednej strony układali się z proboszczem, z drugiej – próbowali iść własną ścieżką. To jest błędne koło, bo gdyby ksiądz chciał uczciwie pracować, nie wystarczyłoby mu doby.

Schyłek: – Konflikt z przełożonymi. Ja inaczej widziałem swoje miejsce w zgromadzeniu niż oni. A poza tym pojawiła się kobieta, która uważała, że nie da się iść przez życie dwutorowo. Kiedy spotyka się kogoś niezwykłego, chce się z nim być bezustannie. Można pojechać razem na wakacje, na weekendy, tak jak postępuje większość księży, ale nam to nie wystarczało. Potrzeba kontaktów była coraz silniejsza – mówi Janusz.

– W środowisku trzeba się z tym kryć?
J: – Wszędzie są ludzie. Nie da się uciec. Nie da się pewnych rzeczy ukrywać w nieskończoność, to strasznie męczące. Księżom się wydaje, że jak pojadą za granicę, to będą anonimowi. A to złudzenie. Miałem wielu kolegów, którzy jeździli do swoich kobiet. Często i ja z nimi jeździłem. Nikt na to nie reaguje. Jak go przeniosą do innej miejscowości, będzie po prostu dojeżdżał. Jeszcze w seminarium każdy się zastanawiał, jak księża sobie z tym radzą. A każdy sobie radzi tak, jak potrafi. Niektórzy są nawet w tym podwójnym życiu szczęśliwi.

– A parafianie?
J: – Niektórzy są zgorszeni, ale na mszę przychodzą, w kancelarii płacą.

– Pamiętacie swoje pierwsze spotkanie?
J: – Pracowałem w miejscowości, z której pochodzi Beata. Tam się poznaliśmy. Na początku nie było żadnych symptomów, że to będzie takie wielkie uczucie i że będzie trwało tyle lat.
B: – To było przypadkowe spotkanie. Takie, które teoretycznie już nie powinno się powtórzyć. Umówiliśmy się niezobowiązująco, że go zaproszę, gdy coś dobrego ugotuję. Później o facecie zapomniałam. Kilka miesięcy później o tej obietnicy przypomnieli mi znajomi. Zrobiło mi się niezręcznie. Zadzwoniłam. On przyjechał. Tak się zaczęło.
J: – Ciągle szukaliśmy pretekstu, żeby się spotkać. Ona ma w sobie coś takiego, że potrafi człowieka zauroczyć. Poza tym wspaniale gotuje.
B: – Na początku wcale nie w nim się zakochałam. Zakochałam się w jego głosie. Dla mnie to nigdy nie był ktoś zakazany. Przecież ksiądz to jest mężczyzna jak każdy inny. Tylko w chwili, gdy idzie do seminarium, nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Nigdy nie przeszkadzało mi to, że jest księdzem. Celibat jest nie do przyjęcia. Może gdybym była osobą tak głęboko wierzącą jak jego matka, byłoby inaczej.

– Ona ma pretensje, że wyciągnęła pani jej syna z sutanny?
B: – Nawet jeśli, to nigdy mi tego wprost nie powiedziała. Właściwie to ja mogłabym mieć do niej pretensje, że go w to pośrednio wpakowała.

– Przez te lata życia u boku księdza nigdy się pani nie buntowała?
B: – Nigdy nie naciskałam na to, żeby zrzucił sutannę. Były momenty, że to on się bronił. Mówił, że powinniśmy się rozstać.
J: – Może cierpiała wewnętrznie, ale nigdy tego nie okazywała ani o tym nie mówiła. Kobieta lubi mieć mężczyznę na wyłączność. Ja nie zawsze mogłem przyjechać. Bywało, że mieliśmy umówione spotkanie, a nieoczekiwanie przełożony zmieniał mi rozkład zajęć. Dlatego nie było lekko, był nawet moment rozstania.

– Kto odezwał się pierwszy?
J: – Ona. Ale nawet gdyby tego nie zrobiła, to ja zadzwoniłbym nazajutrz. Zakochanie ma to do siebie, że człowieka wciąga. To jest niezwykła kobieta. Nigdy nam się nie zdarzyło podnieść na siebie głosu. Nie było cichych dni.

– A jednak pan długo zastanawiał się nad tym, czy odejść ze zgromadzenia…
J: – Miałem świadomość, że jeśli odejdę, to wszystko zostanie za murem, a nie miałem pojęcia, co mnie czeka w przyszłości. To nie mogła być łatwa decyzja.
B: – Zaszłam w ciążę. To rozwiązało problem. Nigdy nie brałam pod uwagę faktu, że Janusz może być ojcem z doskoku. Wiedziałam, że kiedy się dowie o dziecku, odejdzie ze zgromadzenia.

– Dla pana to było równie oczywiste?
J: – Wybrałem odpowiedzialność za rodzinę. Życie obok, ze świadomością, że dziecko jest i ludzie o tym wiedzą, nie wchodziło w grę.

– Pamięta pan ten dzień, kiedy się dowiedział, że będzie ojcem?
J: – Doskonale. Nie byłem zachwycony. Do ojcostwa musiałem powoli dojrzeć. Ale to był warunek konieczny, żebyśmy się scalili. Bez dziecka byłoby nam trudniej. Tak czuliśmy. Dla mnie zaczęło się bezustanne dojrzewanie do odpowiedzialności. Nie było łatwo. W zgromadzeniu brak jest tego typu obowiązków, trzeba się ich nauczyć. Mówiąc w przenośni i dosłownie – tam wstawało się od stołu, nie trzeba było zmywać.

– Nie trzeba było też prać, sprzątać, gotować ani martwić się o to, czy wystarczy do pierwszego. Jak się więc pan odnalazł w nowej, „strasznej” rzeczywistości?
J: – Nie jestem inwalidą pod tym względem. Nie miałem większego problemu, bo w rodzinnym domu nauczono mnie pracy. Kiedy urodziło się dziecko, trzeba było sobie jednak odmawiać wielu rzeczy i myśmy sobie ich odmawiali. Z pewnością dla niej to też było zaskoczenie, że jest w ciąży.

– A rodzicom kiedy pan powiedział?
J: – Już po wystąpieniu. Potrzebowali kilku lat, żeby się z tym pogodzić. Jakoś to po walce wewnętrznej przyjęli. Dziś bywam w domu rzadko. Ale bywam.

– Sam?
J: – Sam, czasem z dzieckiem.

– Nie spełnił pan ich oczekiwań?
J: – To jest obraz rodziny i domu. Skoro już syn jest księdzem, to powinien być do końca wierny temu, co wybrał. Nieważne, jakim kosztem. Może być na przykład alkoholikiem, ale ma być w sutannie.
B: – Rodzice nie wiedzieli o wielu jego problemach. Życie księdza nie jest zwyczajne. Oni mają swoje kłopoty, ale nie mają z kim o nich porozmawiać. Tam, jeżeli któryś ma problem, to reszta stara się go ukrywać, zamiast pomagać.

– Pan jako ksiądz miał problemy?
J: – Miałem problem z alkoholem. Ale na szczęście w porę poznałem Beatę. Dzięki niej to była krótka piłka.
B: – Szybko odkryłam, że ten inteligentny i elokwentny facet kryje w sobie osobę, która ma problemy. Wyciągnęłam go. Sądzę, że gdyby mnie nie spotkał na swojej drodze, mógłby źle skończyć.
J: – Ludzie powinni wiedzieć, że kapłaństwo nie jest czarno-białe. Niektórzy kapłani roztrzaskują się wewnętrznie o własne zakłamanie. Nie mają odwagi odejść i często do końca życia brną w ślepy zaułek. Kilku moich kolegów to alkoholicy. Władze zakonne nie są w stanie im pomóc. Przenoszą z placówki na placówkę. Jak ktoś ma ciąg, to się go zamyka w pokoju, żeby się nie pokazywał.

– To jest aż taki kłopot?
J: – Ogromny. I nie ma pomysłu na to, jak go rozwiązać. Ksiądz jest na świeczniku, zawsze jest pokazywany palcem. Nawet jeśli nie jest przekonany do tego, co robi, musi zachowywać jakieś standardy. Kiedyś istniało miejsce w Nałęczowie, gdzie się zsyłało uzależnionych księży na rok. Na niby-terapię. No bo jak można leczyć alkoholika, kiedy on ma nieustanny dostęp do alkoholu? Nawrót choroby może sprowokować nawet lampka wina. Kościół dopuszcza możliwość, żeby zdiagnozowany ksiądz alkoholik odprawiał mszę na tzw. moszczu, a więc soku winogronowym. W Polsce się tego jednak nie praktykuje.

– Z czego się ów alkoholizm bierze?
J: – Z nadużywania. Okazji jest sto. Jak na plebanii mieszka kilku księży, to każdy ma imieniny, urodziny, jakiś jubileusz. Do tego odpusty, spotkania. Jak się wypije lampkę koniaku, to jeszcze nie jest grzech ciężki, ale jak się wypija samemu butelkę do telewizora, wtedy się pojawia problem. Żaden nie powie: jestem alkoholikiem, pomóżcie mi. A kiedy w końcu umiera z przepicia, bo i takie wypadki się zdarzały, wszyscy są szczęśliwi, że problem znikł.

– Co jeśli ksiądz zdecyduje się odejść?
J: – Musi zacząć wszystko od nowa. Jest taki piękny przepis, który mówi, że zakon musi się opiekować nawet tymi, którzy odeszli. Przez te lata nikt nawet nie zapytał, czy mam z czego żyć.

– Przełożony zatrzymywał?
J: – Władze zakonne przyjęły moją decyzję bardzo surowo. Z przełożonym odbyłem krótką, rzeczową rozmowę. Później zrobili nawet najazd na mój rodzinny dom, przedstawili mnie z najgorszej strony. Straszyli konsekwencjami. Sądzili pewnie, że jak uderzą w tak czuły punkt jak rodzice, to ja wrócę, bo oni mnie przekonają. A rodzice wtedy jeszcze nie wiedzieli. To był dla nich olbrzymi szok.

– Co spakował pan do walizki?
J: – Swoje rzeczy osobiste.

– Oszczędności?
J: – W zgromadzeniu nie ma oszczędności. Wszystko, co każdy z nas zarabia (ja sam z jednych rekolekcji potrafiłem przywieźć nawet 50 tys. zł z kilku dni), idzie do wspólnej kasy, a stamtąd na wszystko wydziela przełożony. Prawie jak w wojsku, tylko nawet żołdu nie ma.

– Łatwe były początki pod wspólnym dachem?
J: – To jest szok. My przychodzimy z obciążeniami społecznymi. W zgromadzeniu nie musimy robić wielu rzeczy. Przetrwaliśmy. Potwierdziło się, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Potrafimy się sobą cieszyć. Jest nam dobrze. Jeżeli ktoś, kto odchodzi, nie spotka na swojej drodze kogoś, kto go wesprze, utonie. Na początku nie musiałem się martwić o dach nad głową ani o jedzenie. Myśmy dostali od jej rodziców wszystko. Nigdy nie bałem się pracy, choć w tym czasie byłem raczej pasożytem.

– Mimo to zdecydowaliście się opuścić ten raj na ziemi.
J: – Przyszedł moment, że trzeba było szukać miejsca dla siebie. Ludzie akceptują zakłamanie. Ale kiedy ktoś bierze odpowiedzialność, nagle jest tym złym. Pierwszą pracę pomogła mi zdobyć znajoma siostra zakonna. Dzięki temu zyskałem jakiekolwiek doświadczenie. Z kapłaństwa wychodzimy jako totalni abnegaci. Niby po studiach wyższych, ale z brakiem możliwości pracy w wyuczonym zawodzie.

– To właśnie ta praca sprowadziła was z północy Polski do Łodzi?
J: – Na początku przyjechałem sam. Ale na dłuższą metę to było nie do wytrzymania. Beata przyjechała w ciemno. Bez pracy, bez pieniędzy, do maleńkiego mieszkania, w którym nawet nie było łóżka.
B: – Chodziłam od firmy do firmy. W końcu trafiłam na kogoś, kto docenił moją determinację i przyjął mnie bez wahania.

– Jakie jest dziś wasze życie?
B: – Jeszcze kilka miesięcy temu na wszystko wystarczało. Odkąd Janusz stracił pracę, jest nam ciężko. Żyjemy z jednej pensji. Na coraz mniej nas stać. Dziecko rośnie. A Januszowi bardzo ciężko o pracę. Ja mam zawód. On nie. Gdziekolwiek składa papiery, pisze, że skończył ogólniak. Co innego powie?
J: – Moją pierwszą pracę straciłem, bo firma upadła. Znalazłem kolejną. Stawka głodowa, więc żeby zarobić choćby 1,3 tys. zł, pracowałem po 190 godzin w miesiącu. Mijaliśmy się w drzwiach. Nie miałem urlopu ani wolnych weekendów. Kiedy zacząłem się upominać o swoje prawa, dostałem siedem dni wypowiedzenia. Trudno mi znaleźć pracę. Okres seminarium, a później kapłaństwa, jest dziś białą plamą w moim życiorysie. Nie mamy żadnego przygotowania zawodowego. Po kilku miesiącach bezskutecznych poszukiwań pracy poszedłem do lokalnej kurii. To było niesłychanie trudne, pójść i powiedzieć: jestem byłym księdzem, szukam pracy, pomóżcie. To było jak droga krzyżowa. Powiedzieli, że mnie nie znają i nie będą pomagać. A przecież mnie nie chodzi o eksponowane stanowisko, tylko o jakieś prace biurowe, pomocnicze, a oni zatrudniają dziesiątki ludzi w parafiach.

– Myśli pan czasem, że może lepiej było zostać i wieść wygodne życie?
J: – Cały czas mam nadzieję, że ten mój dzień jeszcze nie przyszedł. W końcu nic nie jest z góry na zawsze dane. Dla mnie tamten świat jest przeszłością. Jak się stamtąd wychodzi, nie ma się już przyjaciół. Przyjaźnie, na które liczyłem, skończyły się z chwilą, gdy zrzuciłem sutannę.

* Imiona bohaterów na ich prośbę zostały zmienione

[2012] FaktyiMity.pl Nr 47(664)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: