FiM – Byłem mnichem

Był mnichem przez sześć lat i widział, czym może stać się dom, ponoć boży. Udało mu się uciec od tego koszmaru, powrócić do życia, założyć rodzinę.

Napisał na ten temat książkę, by przestrzec tych, którzy mają nadzieję za murami klasztoru znaleźć ukojenie. Pozycja ta rozchodzi się nad Sekwaną jak przysłowiowe ciepłe bułeczki: Thierry Paillard, „Dzień, w którym wkroczyłem do nieskończoności”.

Osierocony jako pięciomiesięczne niemowlę przez matkę samobójczynię, a następnie (po kilku latach) przez babkę, także samobójczynię, dorosły Thierry Paillard nie widzi już w życiu sensu. Zniechęcony ponadto nieszczęśliwą miłością, postanawia zakończyć byt doczesny w najsurowszym z zakonów zachodniego świata – u kartuzów.

Po pięciu latach studiów teologicznych, kiedy wreszcie zamieszkał w swym nowym domu, który miał być domem bożym, przychodzi srogie rozczarowanie. Niestety, za murami największego angielskiego klasztoru (w Parkminster) – zamiast oczekiwanego męczeństwa – znajduje jedynie powolne umieranie. Czuje się odosobniony, brakuje mu poczucia wspólnoty, na którą liczył. Zresztą przyjaźń w tym miejscu jest podejrzana, szpiegowana.

„Do klasztornej tradycji należało nadzorowanie z bliska tego, co przyjęte było nazywać »osobistą przyjaźnią«. Wszystko było urządzone tak, aby jej przeciwdziałać, zabronić jej, a nawet karać. […] Strach, że zbyt wielka przyjaźń mogłaby wywołać zazdrość innych braci lub że mogłaby być wyrazem skrywanego homoseksualizmu, był silniejszy niż wszystko inne”.

Codzienność jest co najmniej dziwna. Umartwianie się polega na przykład na… niedokładnym myciu naczyń: „(…) bierzesz swoją miseczkę, nalewasz do niej wody. Zamaczasz w niej nakrycia, pocierając palcem wskazującym, żeby je umyć. Potem wycierasz je swoją serwetką, która służy ci za szmatkę do wycierania naczyń.
– No co ty, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że tych naczyń się później nie myje?
– Ależ tak, mój drogi! Jesz z tych samych naczyń i używasz tej samej serwetki przez cztery tygodnie!”.

Autor przechodzi ciężkie chwile. Życie, które opuścił i które chciał wymazać z pamięci, poświęcając się Bogu, powraca pod różnymi postaciami: po nocach śni mu się matka ubrana na biało, poranne modlitwy naznaczone są wstydliwą erekcją. Młody Thierry czuje się coraz gorzej psychicznie. Nie wie, jaką postawę przyjąć w obliczu hipokryzji tego miejsca, które miał za święte. W końcu nawet jego bracia zakonni zdają sobie sprawę, że jego zachowanie prowadzi prosto do samozniszczenia i odsyłają go (drogą głosowania!) za mury klasztoru. Mury otoczone drutem kolczastym, którego potrzebę tak wyjaśniał kiedyś Thierry swojej siostrze:
„Na widok drutu kolczastego, ozdabiającego klasztorne mury, podobnego do olbrzymiej korony cierniowej, powiedziała bez zastanowienia:
– To jest chore! To prawdziwe więzienie!
– Ależ nie – odpowiadam, żeby ją uspokoić – widzisz przecież, że drut i tłuczone szkło butelkowe na murach skierowane są do zewnątrz. Są tu po to, żeby nikt nie mógł wejść, a nie, żeby jakiś mnich nie mógł wyjść…”.

Kiedy po latach odchodził z klasztoru nawet zwykłe ubranie wywołało w nim entuzjazm: „Koniec z tkaniną grubą na pięć milimetrów! Koniec z poceniem się latem! Koniec z dwudziestoma kilogramami noszonymi na włosienicy! Koniec z włosienicą, wbijającą się w ciało!”

Książka zawiera 18 rozdziałów, tj. blisko 300 stron opowiadania o tym, co nawet raczej prawicowy tygodnik francuski „L’Express” nazwał ciemnością piekielną i obskurantyzmem. Thierry Paillard zanurzył się w nie, ale wyszedł z tej przygody cało i zdrowo, pogodzony z sobą. Obecnie jest wydawcą, szczęśliwym mężem i ojcem (czy kogoś nam to nie przypomina?).

To pierwszy tego typu utwór we Francji. Ma mu towarzyszyć dość szeroko zakrojona kampania reklamowa we wszystkich mediach (dopiero co się rozpoczyna).

Autor wysłał rękopis do przeora klasztoru w Parkminster. O dziwo, ten nie znalazł w tekście nic do poprawienia. Generał zakonu kartuzów stwierdził, że w sumie nie wypowie się negatywnie na temat tej pozycji. Żaden przestawiciel Kościoła nie wygłosił jednak swojego zdania publicznie. Recenzje opublikowane w katolickich gazetach zostały napisane przez świeckich dziennikarzy w ich własnym imieniu. Kościół nie zajmuje na razie stanowiska w tej kwestii, jednakże wielu mnichów i księży, a nawet jeden biskup, przesłało autorowi listy, dziękując za książkę. Nic dodać, nic ująć.

[2004] FaktyiMity.pl Nr 29(228)/2004

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: