FiM – Eksmisja w imię Boże

Kiedyś za księdza daliby się pokroić, dziś trzęsie ich na samą myśl o sutannie.

Ksiądz dziekan Piotr Kalinowski, kanonik honorowy kapituły św. Jerzego, od 11 lat jest proboszczem wągrowieckiej parafii św. Jakuba Apostoła albo inaczej – fary. W tym roku obchodził jubileusz 30-lecia kapłaństwa, podczas którego wszyscy lokalni oficjele wychwalali go pod niebiosa. To, że jest wspaniałym kapłanem zaangażowanym w pomoc charytatywną i że służy wiernym, szczególnie podkreślał burmistrz Stanisław Wilczyński. Były kwiaty, życzenia, gratulacje. Były i łzy wzruszenia.

63-letnia dziś Krystyna S. w tym samym czasie również obchodziła pewien jubileusz. Mijał właśnie rok, odkąd ksiądz kanonik wytoczył przeciwko niej sprawę o eksmisję. Od lat 70. ubiegłego wieku mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu w kamienicy należącej do parafii. Stan budynku pogarszał się z każdym kolejnym rokiem, tak że w końcu ksiądz Kalinowski doszedł do wniosku, że nie ma co nieruchomości remontować. Lepiej i przede wszystkim taniej będzie przeznaczyć ją do rozbiórki. Problemem byli tylko mieszkający w środku lokatorzy. I tak pewnego czerwcowego dnia ubiegłego roku listonosz przyniósł Krystynie S. wezwanie do sądu. Pozew o eksmisję – wyczytała kobieta i zamarła. Tego do dziś nie może księdzu wybaczyć, bo nawet jej o swoim zamiarze nie powiadomił. Powodem, dla którego miała się wyprowadzić, był stan techniczny budynku, a konkretnie fakt, że grozi on zawaleniem.

Ksiądz nawet nie próbował szukać na własną rękę mieszkania zastępczego. Na sprawie ugrał tyle, że ten przykry obowiązek sąd scedował na miasto. Tyle że wyroki są realizowane według kolejności wpływu… Problem wyjaśnia rzecznik burmistrza Piotr Korpowski: – W ciągu roku zwalniają się jedynie pojedyncze lokale w wyniku naturalnego ruchu ludności. Obecnie nie jest jeszcze realizowany wyrok z 2007 r.

To oznacza, że lokalu dla Krystyny S. nie ma i długo jeszcze nie będzie. Mieszkanie pani Krystyny przypomina pobojowisko – w progu gruz, który spadł ze ściany łączącej jej kuchnię z łazienką sąsiedniego lokum. Sufity trzymają się na słowo honoru, więc uciekła – w obawie o życie.

Krystyna w życiu przeszła wiele. Niedawno straciła męża, teraz – dach nad głową. Nie może się pogodzić z faktem, że w ten sposób ksiądz potraktował własną parafiankę. – Odkąd jest tu proboszczem, nic w tym domu nie zrobił. Nigdy nie miał pieniędzy. Powiedzieli, że mam tam nie przychodzić, bo dom grozi zawaleniem. A gdzie iść – to już księdza nie interesuje – żali się pani Krystyna. Ale ona naprawdę nie miała dokąd iść. Dlatego mieszkała u księdza jak długo się dało. Teraz kąt – zimny i ciasny – znalazła w barakowozie u córki Katarzyny i jej męża Henryka D., którzy również padli ofiarą polityki mieszkaniowej księdza kanonika.

Henryk przez lata związany był z kościołem farnym w Wągrowcu. Jak trzeba było przystroić na święta – stroił, jak coś naprawić – naprawiał. Sprzątał, remontował, nosił sztandary w procesjach. Był na każde zawołanie. Właśnie za to poprzedni proboszcz zaoferował mu mieszkanie w należącej do parafii kamienicy. Miał tam mieszkać do śmierci – tak zapewniał duszpasterz. Nie przewidział, że jego następca może mieć inne plany. A następca, to znaczy kanonik Piotr Kalinowski, ustanowił rodzinie D. zaporowy czynsz, a kiedy to nie skłoniło ich do zwolnienia 50 mkw., zagrodził im dojazd do posesji wysokim parkanem. Odtąd dostać mogli się dostać do domu tylko przez wąskie drzwi innej kościelnej kamienicy, właśnie tej, z której proboszcz wyeksmitował donikąd jego teściową.

– Życie w tym miejscu zaczęło przypominać koszmar: brakowało możliwości dowiezienia opału, ewentualnego wjazdu karetki itp. Ksiądz nam zrobił takie utrudnienia, że już nawet do domu nie mogliśmy się dostać, bo jedyne wejście zamykali na kłódkę – mówi D.

Uciekli. Udało się wynająć mieszkanie, ale tylko na rok. Kiedy zostali bez dachu nad głową, pomoc zaoferował znajomy. Miał akurat wolny barak. Taki, który przed Wszystkimi Świętymi zwykle wynajmowała od niego kwiaciarka, żeby trzymać wiązanki, albo robotnicy.

Była wiosna. Henryk wraz z żoną i dwójką dzieci (15 i 17 lat) doszli do wniosku, że lepiej pomieszkać w prymitywnych warunkach, niż ciągle wystawiać się na księże szykany. Kiedy więc jako tako urządzili się w baraku, od razu zaczęli się starać o mieszkanie.

Rzeczywiście, w Wągrowcu – jak niemal w całym kraju – mieszkań znajdujących się w zasobie miasta było jak na lekarstwo. Wynajęliby na wolnym rynku, ale nie stać ich na opłacenie kaucji.

Nie są bogaci, ale uczciwi. Znaleźli mieszkanie w szkole. Pan Henryk załatwił sobie już nawet wolny dzień w pracy i samochód do transportu mebli. Niestety, na takie wyjście nie wyraził zgody starosta wągrowiecki Michał Piechocki.
– Wynajmowanie mieszkań nie leży w gestii powiatu. To jest problem pana burmistrza. My nie załatwimy bolączek mieszkaniowych gminy. To nie jest mieszkanie, które podlega miastu. Ja się nie będę litował – tłumaczy pan starosta, wyjaśniając przy tym, że mieszkanie, owszem, wynajmie, ale lekarzowi bądź nauczycielowi.

A ksiądz Kalinowski? W opuszczonym po D. mieszkaniu urządził parafialny magazynek. Kilkanaście metrów dalej wznosi się plebania wraz z domem parafialnym. Kamienica, z której uciekła Krystyna S., służy jako punkt wydawania darów Caritasu. Dwa razy w miesiącu zgłaszają się tu potrzebujący. O to, czy nie razi nikogo w oczy, że ta sama kamienica, która ze względów bezpieczeństwa nie nadaje się do zamieszkania, z powodzeniem służy jako punkt wydawania darów, zapytaliśmy przedstawiciela Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego. – Wiem, że szef rozmawiał z proboszczem, ponaglał, żeby budynek zabezpieczył. Nie ma konkretnego terminu rozbiórki, więc nie mamy możliwości egzekwowania – mówi inspektor Piotr Woźniak.

– Może ja to pochopnie zrobiłem, że się stamtąd wyprowadziłem, ale już nie szło inaczej – mówi Henryk. Teraz do kościoła nie chodzi. Wyjątek zrobił dla chrześnicy, jak wychodziła za mąż.

Na co dzień D. wyjeżdża w delegacje. Pracuje na budowie. Tak zarabia na życie. Dzieciaki chodzą do szkoły, Katarzyna – do pracy. W „domu” wszystko odbywa się po kolei. Najpierw jedzą obiad, później przy tej samej ławie, która na tę okoliczność staje się biurkiem, lekcje odrabia córka. Po niej syn państwa D. Najgorzej jest od jesieni do wiosny, zwłaszcza wcześnie rano i wieczorem. Wtedy jest tak zimno, że trudno wytrzymać. Na szczęście na kilkunastu metrach kwadratowych baraku zmieściły się trzy łóżka, więc mają na czym spać.

Burmistrz zapewnia, że zimy w baraku nie spędzą: – Jeżeli rodzina państwa D. nie zdąży przed okresem zimowym wynająć innego mieszkania, wówczas Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej skieruje ją do placówki Stowarzyszenia MONAR – Wielkopolskiego Centrum Pomocy Bliźniemu w Rożnowicach k. Rogoźna, gdzie otrzyma schronienie – deklaruje rzecznik Korpowski. Taka perspektywa rodziny D. nie cieszy. – Przecież dzieci jeszcze się uczą. Syn musiałby dojeżdżać ponad 30 km, córka – ponad 20 km – mówią.

– W Wągrowcu nie ma pustostanów, a zwolnione w ciągu roku pojedyncze gminne lokale mieszkalne otrzymują rodziny uprawnione do otrzymania lokalu socjalnego na podstawie prawomocnych wyroków sądowych o eksmisję, których obecnie posiadamy 23 – złudzenia rozwiewa rzecznik burmistrza. W urzędzie kazali szukać na wolnym rynku, do wynajęcia. Zaoferowali pomoc w postaci dodatku mieszkaniowego. D. wiedzą, że na czynsz i opłaty zapracują, ale na kaucję, jakiej zwykle żądają wynajmujący, zwyczajnie ich nie stać. – Wystarczyłby nam nawet jeden duży pokój z kuchnią i łazienką – marzą. I wciąż czekają na choćby jedną pomocną dłoń.

Wspierana przez „FiM” fundacja Misja Charytatywno-Opiekuńcza „W człowieku widzieć brata” zbiera środki na pomoc rodzinie D. Każdy, kto chciałby pomóc, może wpłacić pieniądze na konto nr (numer konta można znaleźć na stronie FUNDACJI) z dopiskiem: „Dla rodziny D.”

[2011] FaktyiMity.pl Nr 44(609)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: