FiM – Miliony proboszcza

Cud na Opolszczyźnie! Urząd skarbowy i sąd ośmieliły się wymierzyć surową karę urzędnikowi Kościoła panującego.

Wyrokiem z 12 września 2012 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu podtrzymał decyzję dyrektora miejscowej Izby Skarbowej o wymierzeniu ks. Bernardowi K. ponad 1,8 mln zł „zryczałtowanego podatku dochodowego” od posiadanych przezeń 2,5 mln zł
„nieznajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach przychodów”.

Orzeczenie jest nieprawomocne – duchownemu przysługuje jeszcze odwołanie do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Rozprawa toczyła się za zamkniętymi drzwiami ze względu na… „ważny interes prywatny podatnika”. Za cóż ks. Bernard, do niedawna proboszcz maleńkiej parafii we wsi W. nieopodal Głubczyc, dostał tak gigantyczną karę?

Ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych powiada, że jeśli obywatel wydaje znacznie więcej, niż mógłby wydawać z tytułu bieżących przychodów oraz zgromadzonych oszczędności, powinien też umieć uprawdopodobnić, że posiadał takie legalnie środki, oraz wskazać, z jakiego źródła pochodziły. W przeciwnym wypadku fiskus wymierzy mu podatek w wysokości 75 proc. zakwestionowanej nadwyżki.

W przypadku księdza K. sprawy miały się tak:
# Lustrując interesy śląskiego przedsiębiorcy Huberta W. skarbówka natrafiła na ślad przekazanego mu przez proboszcza do swobodnego wykorzystania „depozytu” w wysokości 2,5 mln zł (bez oprocentowania!), który biznesmen przeznaczył na bieżącą działalność firmy i sumiennie co do złotówki po trzech latach zwrócił. Zapytany, skąd wzięła się serdeczna znajomość skutkująca rezygnacją kapłana z odsetek, pan Hubert wyjaśnił, że poznali się absolutnie przypadkowo, gdy ks. Bernard wjechał samochodem do rowu, zaś on pomógł mu się stamtąd wydostać, bo akurat przebywał w pobliżu. Po jakimś czasie sam znalazł się w potrzebie, więc zatelefonował do księdza, prosząc o pożyczkę, a ten wielkodusznie zaoferował mu 500 tys. zł, uzupełnione później kolejnymi transzami do kwoty pięciokrotnie wyższej;

# Kontrolerzy zajrzeli do dochodów księdza, który swoją pierwszą samodzielną posadę proboszcza we wsi W. objął w sierpniu 1995 r. (wcześniej był wikariuszem w Nysie, Gliwicach i Opolu), parafię miał chudziutką (raptem 700 dusz), a zarobki nauczyciela religii Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w N. umiarkowane. Z prostych rachunków wynikało, że gdyby nawet nie jadł, to nie mógł zgromadzić choćby ćwierci przekazanej panu Hubertowi gotówki;

# Ponieważ urzędnicy nie kupili wersji o hojności parafian i wystawili kapłanowi nakaz zapłaty 75-procentowego podatku, przypomniał on sobie, że dostał pieniądze „na przechowanie” od innego biznesmena – Stefana S. Bez formalnej umowy ani pokwitowania. Ot, po prostu na „słowo honoru”, a żadnych dodatkowych szczegółów ujawnić nie może, bowiem wiąże go… tajemnica spowiedzi. Zapewniał jedynie, że zwrócił rzeczone 2,5 mln zł właścicielowi osobiście i do rąk własnych;

# Stefan S. nie mógł, niestety, niczego potwierdzić, bowiem zmarł, zanim ks. Bernard zdradził jego nazwisko. Co gorsza: wdowa zeznała, że jej małżonek nigdy w życiu nie posiadał nawet cząstki takich pieniędzy.

Skarbówka nie dała się ośmieszyć, więc kapłan zaskarżył „domiar” do sądu. Argumentował m.in., że pieniądze należały do parafii, więc nie może odpowiadać za nie własnym majątkiem. Tym bardziej że go nie posiada, jest człowiekiem kryształowo uczciwym, a podejrzenia urzędników niszczą mu „dobre imię” i „podważają zaufanie” przełożonych oraz społeczności ze wsi W.

– Sąd nie dał wiary wyjaśnieniom podatnika – wyjaśnił rzecznik WSA sędzia Jerzy Krupiński po zakończeniu rozprawy.

O problemach tajemniczego „proboszcza spod Głubczyc” jako pierwsza napisała w styczniu 2011 r. lokalna „Gazeta Wyborcza”, prezentując stanowisko opolskiej kurii biskupiej, że centrala diecezji nie wiedziała, jakoby na konto parafii ks. Bernarda wpłynęła zawrotna kwota 2,5 mln zł, zaś on nie działał w tej sprawie jako urzędnik kościelny, lecz osoba fizyczna.

Niedługo później (z dniem 1 marca 2011 r.) księdza Bernarda K. dyskretnie zdjęto z posady proboszcza, ale pozostał na plebanii, jak gdyby nic się nie stało. Ordynariusz bp Andrzej Czaja ustanowił tymczasowego administratora parafii. Został nim ks. dziekan Karol H. z dekanatu obejmującego swym zasięgiem W.

– Tylko do podpisywania papierów urzędowych, bowiem kuria stara się utrzymać sprawę w tajemnicy przed wiernymi – tłumaczy duchowny z Opola.

Ksiądz Bernard nie rozmawia z dziennikarzami, ale dla „FiM” uczynił drobny wyjątek: – Mam zakaz kontaktów z mediami, więc nie wolno mi komentować sprawy. Po okresie zawieszenia w obowiązkach proboszcza funkcjonuję obecnie w parafii na statusie rezydenta. Co będzie dalej? Czekamy z adwokatem na uzasadnienie wyroku i odwołamy się do NSA. Nie zapłacę podatku, bo nie mam pieniędzy – podkreślił.

Abstrahując od bajkowej opowieści o hojnym biznesmenie, jedno jest bezsporne: wiejski proboszcz faktycznie posiadał i rozporządzał kwotą 2,5 mln zł. Fiskusa już nie interesuje, skąd je wziął, policja jeszcze nie zdążyła się zainteresować. A szkoda…

Znany w Opolu kolekcjoner mówi: – W diecezji jest jeszcze jeden proboszcz o tym samym nietypowym nazwisku, pełniący ważną funkcję w Caritasie. Z jego parafii zniknęły przed ośmioma laty bardzo cenne zabytkowe precjoza. Część wróciła… pocztą. Oficjalnie zgłoszono kradzież, ale były poszlaki wskazujące na upozorowanie włamania. Słyszałem, że obaj panowie są bliskimi krewnymi. Radzę iść tym śladem… Do sprawy wkrótce wrócimy.

[2012] FaktyiMity.pl Nr 39(656)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: