FiM – Proboszcz non grata

Była sobie wieś spokojna i miły ludziom ksiądz dobrodziej, co to i słowo pocieszenia miał dla człowieka, i ślub, a nawet pogrzeb czasem za darmo odprawił. Taka zaś sytuacja jest wstrętna dla kościelnych dostojników, więc ścierpieć jej nie mogli.

Bomba w wiosce Kowale wybuchła 21 lipca tego roku. Niespodziewanie podczas odpustu pojawił się dziekan Zygmunt Chromiński. Na schodach świątyni zdumionym parafianom oznajmił, że dotychczasowy proboszcz dekretem biskupa przeniesiony zostaje do innej parafii. Ludzie oniemieli. Fatalnie poczuł się też sam zainteresowany, czyli proboszcz ks. Zygmunt Głąbała.

– Po ponad trzydziestu latach pracy kapłańskiej nie potrafiono tego załatwić elegancko – mówi proboszcz. – To niesprawiedliwa i krzywdząca dla mnie decyzja.

„Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi zapewne o pieniądze” – tak rzeczowo wypowiadają się mieszkańcy na temat konfliktu, jaki zaistniał w Kowalach.

– Nasz proboszcz nie zdziera z ludzi pieniędzy. Przeciwnie – pogrzeby są za 200–300 złotych, a nawet darmo, gdy rodzina jest biedna, podobnie śluby – opowiada pani Alina z Kowal. – Sam żyje bardzo skromnie i oszczędnie. Niejednokrotnie mówił o potrzebie remontu kościoła, ale nie przystępował do robót, bo czasy teraz ciężkie i ludzie nie mają pieniędzy. Nowej plebanii nie budował, bo stara jest zadbana i w zupełności wystarcza na jego potrzeby. Gdyby postępował tak jak wielu innych księży, musielibyśmy wciąż dawać i dawać pieniądze na jego fanaberie, ale on jest inny.

Gdy po odpuście ksiądz Głąbała nie opuścił plebanii i stwierdził, że prędzej wyniosą go w trumnie, niż sam wyjedzie z parafii, nastało kilka dni spokoju. Tymczasem ludzie zawiązali komitet obrony dotychczasowego proboszcza i czekali na rozwój wypadków. Wkrótce z nakazu biskupa pojawił się nowy proboszcz, ale po zorientowaniu się w sytuacji, zwinął żagle i tyle go widziano. Biskup jednak nie odpuścił.

Po kilku dniach pojawił się kolejny kandydat na proboszcza. Ponieważ klucze od świątyni cały czas posiadał Głąbała, jego następca modlił się z nielicznymi i zastraszonymi ludziskami na schodach przy wejściu do kościoła.

Tymczasem opór księdza Głąbały wnerwił mocno kurialnych urzędników. Któregoś dnia we wsi pojawiło się kilka samochodów osobowych. Wysiedli z nich przedstawiciele kurii, a także dziekani z Dobrej i Konina. Nie zabrakło też ochroniarzy. Gdy po wsi poszła wieść o tym dziwnym najeździe, ludziska skrzyknęli się i gromadnie przybyli pod plebanię. W tym czasie księża Chromiński i Łassa przy pomocy ochroniarzy usiłowali dostać się do plebanijnego budynku i zdobyć klucze od kościoła. Szturm się nie udał, bo w ruch poszły widły i niewiele brakowało, by intruzi wyglądali jak durszlak. Wobec takiego obrotu sprawy wysłannikom biskupa wypadało już tylko salwować się ucieczką.

Po tej wizycie ludziska opowiadali o dziwnych zarzutach kurialnych urzędników kierowanych pod adresem ich proboszcza. Ksiądz Głąbała miał rzekomo otrzymać z gminy 200 tys. zł na remont kościoła i zagarnąć te pieniądze dla siebie.

– To bzdura wyssana z palca – mówi proboszcz i na dowód pokazuje pismo, jakie podpisał mu sam wójt Jan Nowak. Z dokumentu tego wynika, że podczas trzyletniego pobytu w parafii Głąbała ani nie występował do gminy po jakiekolwiek pieniądze, ani nie otrzymał nawet jednej złotówki.

– Być może w plotce tej jest trochę prawdy – mówi Edward Patera, jeden z mieszkańców parafii. – Sąsiednia parafia Goszczanów dostała 280 tys. złotych. Być może i u nas jakieś pieniądze – zamiast na remont świątyni – trafiły do czyjejś kieszeni i teraz szuka się kozła ofiarnego. Na razie nie wiemy, gdzie ewentualnie forsa mogła się podziać.

– Ksiądz żalił się wielokrotnie, że kurialni urzędnicy wypytują go, co robi z pieniążkami – opowiada pani Barbara. – Nie mogą bowiem uwierzyć, że nasz proboszcz jest inny i nie strzyże swoich owieczek. Dlatego jest niewygodny i musi odejść. Kowale to spokojna, a jednocześnie nietypowa wieś leżąca przy trasie z Sieradza do Konina. Sporo tu inteligencji, ludzi pracujących w pobliskim Turku. Dotąd nie było we wsi takich konfliktów jak ten ostatni, choć parafia licząca dziś ok. 1500 wiernych istnieje od połowy XV w.

Tak wójt, jak i przewodniczący Rady Gminy Kawęczyn, Edward Michalak, nie chcą wypowiadać się na temat konfliktu. Obydwaj znani są ze swoich przykościółkowych przekonań, a ten ostatni, jak mawiają mieszkańcy, tylko z powodu komplikacji osobistych nie został księdzem. Sam wójt potwierdza, że proboszcz nie otrzymał żadnych pieniędzy, ale nie znaczy to, że ich nie było. – Jak to rozumieć? – zapytaliśmy.

– Za dużo chce pan wiedzieć, zresztą to zbyt skomplikowana sprawa – usłyszeliśmy. W poniedziałek (5 bm.) następca księdza Głąbały  z kilkoma parafianami wyważył drzwi i wszedł do kościoła. O północy odbyła się msza w intencji pogodzenia się wszystkich parafian.

Atmosfera nieco uspokoiła się, choć nadal widoczne jest oczekiwanie na rozwój wypadków. Gdy opuszczaliśmy Kowale, ksiądz Głąbała wciąż trwał na swojej plebanii. Gdy zamykaliśmy do druku numer naszego tygodnika, niespodziewanie ksiądz proboszcz zniknął. Nikt nie wie, gdzie wyjechał i co się z nim stało.

[2002] FaktyiMity.pl Nr 34(129)/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: