Wojny parafialne

Katolicy w wiejskich parafiach toczą wojny z własnym Kościołem. Chcą większej demokracji i wpływu na księży. I coraz częściej wygrywają.

W Czarżu mówią, że trafił im się bubel. Bubel, jak wiadomo, to na polskiej wsi rzecz powszechna. Pojawia się raz na jakiś czas w postaci idiotycznego przepisu albo nieuczciwego polityka. Ale w Czarżu bubel trafił się w miejscu, w którym mieszkańcy spodziewali się go najmniej. – Kościół stoi we wsi od XIV wieku. Przez 700 lat omijały go nieszczęścia i kataklizmy. Ale teraz jest tak źle, że jeśli nic się nie zmieni, to parafianie wywiozą proboszcza na taczkach – mówi Roman Zieliński, sołtys Czarża. W małej wsi pod Bydgoszczą od pół roku trwa wojna wiernych z proboszczem. Na pokój się nie zanosi. Podobnych konfliktów jest w kraju coraz więcej.

Doda, aborcja i in vitro
– Kult demokracji wszedł do kościołów. Wierni zaczynają traktować świątynie jak wszystkie instytucje społeczne, które rządzą się prawami głosowania i opinii publicznej – mówi ks. prof. Paweł Bortkiewicz, etyk, filozof i prodziekan Wydziału Teologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jego zdaniem chęć demokratyzacji Kościoła stoi w sprzeczności z podstawami doktryny katolickiej. – Kościół jest instytucją hierarchiczną i opartą na założeniu, że to Bóg wybiera duchownego do posługi. Żyjemy dziś w świecie, w którym codziennie głosujemy. W internecie czy telewizji decydujemy o tym, czy Doda powinna wrócić do Radka Majdana, ale też, czy jesteśmy za aborcją albo finansowaniem zabiegów in vitro. To nie są merytoryczne dyskusje, tylko proste wybory: tak, nie, nie mam zdania. Ludzie mają przeświadczenie, że przedmiotem głosowania może być wszystko – mówi ks. Bortkiewicz.

Kościołowi trudno będzie ten proces odwrócić. Zdaniem ks. Bortkiewicza hierarchowie będą musieli nauczyć się prowadzić z wiernymi dialog. – Nie może to być, tak jak do tej pory, monolog i wydawanie poleceń. Wierni mają prawo wyrażać wątpliwości i móc o nich rozmawiać. Piękne są spotkania ekumeniczne, ale z ateistami czy przedstawicielami innych wyznań rozmawia się znacznie łatwiej niż z przedstawicielami własnej wspólnoty. Najtrudniej wsłuchać się w problemy własnego domu – mówi ks. Bortkiewicz.

Protesty w parafiach zdarzały się nawet w czasach PRL, ale wtedy załatwiano je po cichu. Problemy zwykle zamiatano pod dywan, a sprawa z reguły nie wychodziła poza wiejskie opłotki. Dziś wierni coraz odważniej idą z kościelnymi władzami na wojnę. Skarga na proboszcza, z którą mieszkańcy Czarża wybrali się do biskupa, nie przynosiła skutku. Dlatego teraz zamierzają pod protestem zebrać podpisy większości mieszkańców wsi. Jeśli to nie pomoże, zapukają do drzwi prymasa. – A jak będzie trzeba, pojedziemy i do Watykanu – odgraża się Bożena Szulerecka z Czarża.

Jeszcze jakiś czas temu protesty wiernych skazane były na porażkę. Ale dziś coraz częściej władze kościelne ulegają społecznym naciskom nawet najmniejszych wiejskich społeczności. – Biskup musi kalkulować, na ile stawianie oporu wobec wiernych będzie się opłacać. Parafianie nauczyli się bowiem protestować skutecznie. Są zdeterminowani i przestaje na nich działać magia kościelnych tytułów. Skoro nikt nie chce z nimi rozmawiać, decydują się na rozwiązania siłowe – twierdzi prof. Tadeusz Bartoś, teolog, filozof i były dominikanin.

Afera głośnikowa
W Czarżu zaczęło się od muzyki. Ksiądz Mirosław Culepa został proboszczem w sierpniu zeszłego roku. I od razu postanowił dać o tym głośno znać. Na wieży kościoła zamontował elektroniczne dzwony i głośniki. Codziennie o 6 rano mieszkańców budziła pieśń „Kiedy ranne wstaną zorze”. O godzinie 21 tradycyjny Apel Jasnogórski przypominał o modlitwie wszystkim w okolicy, nawet tym, którzy w Czarżu nie mieszkają, bo głośniki niosły na kilka kilometrów od kościoła. Do repertuaru ksiądz dołączył wkrótce również msze święte i relacje z wybranych kościelnych wydarzeń. – Śniadanie jadłam ze słowem Bożym, a siedząc w toalecie, słuchałam pogrzebu. Przyzna pan, że to nieetyczne i niesmaczne, że człowiek w takim miejscu musi myśleć o zmarłym? – pyta Iwona Kołsut, parafianka. Jej sąsiedzi byli podobnego zdania. Pod petycją do proboszcza podpisało się sto osób. Ksiądz obiecał ściszyć. – Ale zamiast tego puszczał dwa razy głośniej. Petycję zaniosła księdzu właścicielka miejscowego sklepu. Zaczął ją straszyć odebraniem koncesji na alkohol i oskarżać o rozpijanie parafian – opowiada Kołsut.

Aferę głośnikową szybko przykryły kolejne. Parafianie zarzuty wymieniają jak litanię: wprowadzenie nowych stawek za pogrzeby, ciągłe wołanie o pieniądze, terroryzowanie dzieci na lekcjach katechezy i wreszcie krytyka poprzedniego proboszcza, który w Czarżu pracował 43 lata i był przez mieszkańców traktowany jak członek rodziny. Oprócz jego ciepła wierni wspominają skromność. Pieniądze przyjmował niechętnie i zawsze co łaska. – Nowy proboszcz z tacą po kościele chodził sam, a na kolędzie podpisywał koperty, żeby wiedzieć, kto ile dał – mówi Tadeusz Rosa, który na znak protestu wystąpił z rady parafialnej w Czarżu.

Na wsi presji finansowej nie lubią jak mało czego, ale nawet to byliby w stanie znieść, gdyby proboszcz nie zaczął łączyć zapędów biznesowych z sakramentami. – Jak ktoś mu podpadł, to potrafił np. utrudniać chrzest dziecka. Protestującym pokazywał zeszyt, do którego wklejane są kartki potwierdzające spowiedź wielkanocną. Jak jakiejś brakowało, proboszcz dziecka ochrzcić nie chciał. A przecież te kartki ze spowiedzi to wewnętrzna sprawa Kościoła. Zbierane są do celów statystycznych, a nie reglamentowania sakramentów – mówi Rosa. Parafianom najbardziej się nie podoba, że ksiądz poróżnił wiernych we wsi. Ludzie, którzy znali się niemal od urodzenia, dziś przestają mówić sobie na ulicy dzień dobry. Coraz szerszym łukiem omijają też kościół. – Większość osób jeździ na msze do sąsiednich parafii. Niektórzy Boga odpuścili sobie w ogóle. Żeby się wyspowiadać u księdza, muszę jechać 15 km, bo ten, który jest u nas, księdzem dla mnie nie jest – denerwuje się Rosa. Podobnie myśli większość mieszkańców Czarża. Dlatego będą walczyć o odwołanie proboszcza.

Wymiana zamków i proboszcza
Jeżeli spytać mieszkańców Czarża, czy mają nadzieję, że wygrają z proboszczem, odpowiadają: w Parciakach się udało. Pod koniec ubiegłego roku ta malutka wieś na Mazowszu była areną największej w ostatnich latach wojny parafialnej. Wierni skarżyli się, że od kilku lat ich proboszcz przesadzał z alkoholem, marnotrawił pieniądze, przysypiał na mszy świętej i odmawiał udzielania sakramentów. Do kurii łomżyńskiej, która sprawuje zwierzchnictwo nad parafią, dziesiątkami płynęły skargi i listy. Kiedy pozostawały bez odpowiedzi, wierni próbowali dzwonić. Jak pisał „Tygodnik Ostrołęcki”, który nagłośnił sprawę, telefon w kurii rozłączał się na sam dźwięk słowa „Parciaki”. Czarę goryczy parafian przelała afera z miejscową katechetką, którą ksiądz najpierw wulgarnie wyzwał, a potem porysował jej kluczem samochód.

Wierni w Parciakach wzięli sprawę w swoje ręce. Dosłownie. Przed niedzielną mszą zebrali się pół godziny wcześniej na przykościelnym placu. Odczytali listę zarzutów wobec proboszcza. Kilku silniejszych mieszkańców wyprowadziło go sprzed ołtarza, gdzie szykował się do mszy. Kolejni wymienili w drzwiach zamki i zapowiedzieli, że dopóki kuria nie zareaguje na ich wołania, wrota do kościoła będą zamknięte. Mimo to przez kilka dni do mieszkańców Parciak nie zgłosił się nikt z kurii. Pojechali więc w kilkadziesiąt osób do Łomży, na terenie kurii rozłożyli bagaże, wyjęli jedzenie i zapowiedzieli, że nigdzie nie pójdą, dopóki nie dostaną od biskupa decyzji w sprawie proboszcza. O sprawie głośno było już wtedy w całym kraju, bo zajęły się nią ogólnopolskie media. Biskup, chcąc uniknąć dalszego rozgłosu, musiał się ugiąć. Proboszcz otrzymał zakaz odprawiania mszy świętej, a Parciaki dostały nowego księdza.

Głaz na plebanii
– Hierarchowie chcą za wszelką cenę unikać sytuacji, w których wierni mogliby pomyśleć, że mogą decydować o jakichś sprawach. Kiedy jednak w kurii się zorientują, że sprawa może nabrać rozgłosu, wolą ulec żądaniom. Polski Kościół jest trochę jak nasze partie polityczne. Protesty nie zdają się na nic, dopóki sprawą nie zainteresują się duże media – mówi prof. Bartoś. Jego zdaniem w polskich strukturach kościelnych brakuje oddolnych elementów kontroli duchownych. – Istnieją rady parafialne, ale ich możliwości są żadne. Do takich rad najczęściej należą zresztą zaufani proboszcza, trudno więc oczekiwać, że wystąpią przeciwko niemu – komentuje. Dlatego wierni na wsiach coraz częściej dochodzą do wniosku, że jedyną metodą wywierania presji na kurię jest pójście na wojnę. Potrafią wytoczyć najcięższe działa, włącznie z największymi w kraju mediami.

Potęgę mediów z najlepszym skutkiem odkryli wierni we wsi Radawnica koło Piły, gdy we wrześniu ubiegłego roku kuria przydzieliła im nowego proboszcza. Obrotni parafianie szybko sprawdzili internetowe fora z miejsca poprzedniej posługi księdza. Okazało się, że ich nowy duchowny nie miał tam najlepszej opinii. Oskarżano go o niegospodarność i nieobyczajność.

Mieszkańcy wsi wyłonili grupę śledczą, która pojechała do Miasteczka Krajeńskiego, gdzie do tej pory pracował ksiądz. Po rozmowach z miejscowymi parafianami stwierdzili, że księdza o wątpliwej moralności u siebie nie chcą. Na ich pismo biskup nie odpowiedział, postanowili więc protestować. Przez kilka dni ponad 300 osób z Radawnicy i okolicznych miejscowości okupowało kościół dzień i noc. Zagrodzili wszystkie wejścia do świątyni, a pod drzwi plebanii położyli głaz. Zapowiedzieli, że nie wpuszczą nowego proboszcza do kościoła. Wojennym obozem, który rozbił się wokół świątyni, szybko zainteresowała się telewizja TVN. Materiał w głównym wydaniu „Faktów” podziałał na biskupa lepiej niż wszystkie petycje. Kontrowersyjnego proboszcza odwołano, zanim przekroczył bramy kościoła.

Łączność ze Stwórcą
Odwaga lub – jak wolą niektórzy – bezczelność wiejskich parafian zadziwia kościelnych hierarchów. Jeszcze kilka lat temu wierni cenzurowali się sami. Każda krytyka proboszcza odbierana była jak krytyka samego Boga. Ale to, co niedawno uchodziło za największą profanację, dziś stało się normalnym narzędziem walki. – To odarcie duchownego z sacrum jest coraz powszechniejsze. Księża przestają pełnić rolę wioskowego szamana, który jest nadczłowiekiem i rozliczany jest jedynie przez Boga. Ludzie wychodzą z założenia, że to ksiądz jest dla nich, a nie oni dla niego. Jeśli więc coś im się nie podoba, protestują – mówi prof. Bartoś. Jeśli kiedyś duchownego w ogóle krytykowano, to szeptem i w czterech ścianach. Dziś wierni mówią o tym do telewizyjnych mikrofonów. I nie czują żadnego zażenowania. – Proces desakralizacji zrobił swoje. Ksiądz stał się funkcją społeczną i zawodem. Źle, że tak się stało, ale ten proces postępuje i Kościół będzie musiał się do tego jakoś zaadaptować – mówi ks. Bortkiewicz.

W Czarżu do aktów przemocy nie dochodzi. Co prawda od kilku nocy przy plebanii stoi radiowóz, ale jak mówią parafianie, to nie efekt zagrożenia zdrowia księdza Culepy, tylko braku poczucia humoru duchownego. Kilka tygodni temu proboszcz poprosił o ochronę, gdy kurier dostarczył mu na plebanię wieniec pogrzebowy. Na szarfie napisane było „Szczęśliwej drogi już czas, życzą parafianie”. Policja wszczęła postępowanie i potraktowała wieniec jako groźbę karalną, więc do żartu nikt się nie przyznaje.

Mieszkańcy nie zamierzają jednak rezygnować, żartują, że pomoże im sam Bóg. W końcu ksiądz powinien być łącznikiem Boga z nimi, owieczkami na ziemi. Stwórca zauważył więc chyba, że od pół roku ta łączność szwankuje. Coś w tym chyba jest, bo także z nami ksiądz Culepa nie chciał porozmawiać.

[2010.02.14] Newsweek.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: