FiM – Katastrofa budowlana

Interes z funkcjonariuszami Kościoła grozi bankructwem i zawałem serca. Doświadczył tego pewien przedsiębiorca oszukany na 750 tysięcy złotych…

W pierwszych dniach czerwca 2011 r. do drzwi wrocławskiej kurii metropolitalnej zakołatał Zdzisław Ciesielski – wrak właściciela nieźle do niedawna prosperującej firmy budowlanej. Poprosił o rozmowę z abp. Marianem Gołębiewskim, naczelnym pasterzem archidiecezji. Choć dyżurującego na furcie mnicha początkowo mocno to życzenie rozbawiło, wysłuchał, co petenta sprowadza. Gdy biznesmen skończył opowieść, zakonnik postanowił wpisać go na najbliższą audiencję przed obliczem metropolity. Czym się tak wzruszył?

Firma Ciesielskiego realizowała zamówienie wrocławskiej parafii św. Anny (administrowana przez Zgromadzenie Księży Misjonarzy) na rozbudowę kościoła (fot. obok), a następnie plebanii (w końcowej fazie robót przy świątyni). Przed rozpoczęciem pracy, na podstawie posiadanego przez parafię projektu budowlanego, biznesmen przedstawił ówczesnemu proboszczowi ks. Jackowi Wachowiakowi tzw. kosztorys ofertowy opiewający na kwotę 1,6 mln zł. Taka miała być cena całej operacji. Spisali na podstawie tego dokumentu umowę, której zasadnicze postanowienia dotyczące zryczałtowanego honorarium sprowadzały się do tego, że inwestor będzie sukcesywnie płacił po 50 tys. zł miesięcznie, Ciesielski bierze na siebie niektóre materiały oraz robociznę, a po zakończeniu dokonują rozliczenia.

Już na „dzień dobry” okazało się, że proboszcz nie udostępnił od razu całości placu budowy, uniemożliwiając wykonawcy nabranie rozpędu, zaś projekt parafialny jest po prostu wzięty z sufitu.
– W ciągu tygodnia ogrodziliśmy i oznakowaliśmy teren, by niezwłocznie przystąpić do prac rozbiórkowych. Dokumentacja zakładała, że przebudowany kościół będzie zaopatrywany w energię elektryczną z istniejącego dotychczas złącza. Tymczasem wyszło na jaw, że owo złącze umieszczone jest w ścianie przeznaczonego do rozbiórki prezbiterium. Ponieważ była to instalacja wysokiego napięcia, ze względów bezpieczeństwa musiałem wstrzymać prace w tym miejscu do czasu, aż ksiądz Wachowiak dostarczy mi projekt zmian w zasilaniu, co wiązało się również z poczynieniem wymaganych przepisami uzgodnień z zakładem energetycznym. Po trzech miesiącach bezskutecznego oczekiwania i wielokrotnych monitach załatwiłem sprawę na własny koszt – mówi budowlaniec.

Podobnych przykładów ma na pęczki, bo w miarę postępu prac wychodziły na jaw kolejne rozbieżności między wyobrażeniami projektanta a stanem faktycznym modernizowanego kościoła.
– Źle pod względem geologicznym rozpoznano teren, na którym posadowiony jest kościół, oraz stan istniejących fundamentów. Bardzo wysoki poziom wód gruntowych wymuszał podniesienie całego budynku przynajmniej o pół metra, a w konsekwencji – zmianę elementów konstrukcyjnych oraz zbrojenia dachu, stropów i schodów, izolacji przeciw-wodnych i przeciwwilgociowych. Krótko mówiąc: co i rusz wprowadzali korekty do projektu, a nawet korekty do korekt, bo mimo podniesienia budynku na wysokość określoną nowymi badaniami geotechnicznymi okazało się, że podczas roztopów lub intensywnych opadów deszczu woda wciąż jest za wysoko i trzeba wszystko poprawiać – opowiada Ciesielski.

Proboszcz Wachowiak doceniał jego wysiłki. W regularnie publikowanych przez parafię komunikatach z frontu robót czytamy m.in., że:

# „Harmonogram prac jest przestrzegany – nie ma opóźnień, chociaż plany budowlane są ambitne (…). Nawet gdyby kościół nie był rozbudowywany, to wymagał już kapitalnego remontu. Strop pod prezbiterium podtrzymywali aniołowie ze św. Anną”;

# „Wystarczyły trzy deszczowe dni, by zobaczyć opłakany stan dachu. Okazało się także, że kościół praktycznie nie ma izolacji, a fundament zakrystii jest pęknięty. Rozbudowa zamienia się w akcję ratunkową”;

# „Prace zwolniły tempo ze względu na pogodę, jak również sprawy formalne związane z przyłączem energetycznym. Niemniej uporządkowano teren wokół kościoła, przygotowując teren do prac ziemnych. Dokonano wzmocnienia betonowego fundamentu od strony plebanii. Rozpoczęto kopanie ręczne dołów pod ławy prezbiterium i kościoła dolnego. Mimo trudności prace przebiegają zgodnie z harmonogramem”.

Ponieważ uzgodniony w umowie ryczałt stał się nieadekwatny do ponoszonych przez wykonawcę nakładów, a termin zakończenia prac – nierealny, Ciesielski złożył propozycję zmiany formy wynagrodzenia na kosztorysowe, czyli bieżące rozliczenia fakturami. Ksiądz Wachowiak wyraził ustną zgodę, więc Ciesielski spokojnie kontynuował pracę wedle dotychczasowych zasad, czekając, aż inwestor znajdzie chwilę czasu na podpisanie aneksu do umowy.
– Jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym, więc nawet przez myśl mi nie przeszło, że księża mogą mnie oszukać – podkreśla nasz rozmówca.

W trakcie rozbudowy kościoła do parafii św. Anny przybył ks. Dariusz Dobbek (na zdjęciu), uchodzący za „pierwszą kielnię” zakonu misjonarzy (miał na koncie budowę lub remonty kilku obiektów sakralnych, w tym wzniesioną od podstaw świątynię w Sopocie). To on zajmował się teraz bieżącym nadzorem nad inwestycją i dyrygował, wydając dyspozycje, co kupować i jak budować, nie bacząc na dokumentację. Gdy przełożeni przenieśli ks. Wachowiaka
do Grodkowa, ks. Dobbek objął w św. Annie funkcję proboszcza.
– Jeszcze przed tą zmianą podpisałem z Wachowiakiem porozumienie o dacie zmiany sposobu rozliczeń z ryczałtu na kosztorys oraz nowych stawkach roboczogodzin. Gdy Dobbek zaczął niepodzielnie rządzić, sprowadził sobie do pomocy ks. Edwarda Firuta, którego uczynił ekonomem odpowiedzialnym za finanse. Wymuszali kontynuację rozbudowy całkiem na dziko, bo w zgodzie z pierwotnymi planami pozostała praktycznie jedynie wieża. Po placu zaczęły się kręcić jakieś zwoływane przez księży ad hoc ekipy „podwykonawców”, którzy korzystali z kupowanych przeze mnie materiałów. Nie przestrzegano reguł bezpieczeństwa i zdarzył się poważny wypadek. Ściągano do pracy bezdomnych, a że zapłacono ludziom miską zupy, ci nas okradli. Jakimś cudem zdołałem jednak zakończyć roboty przy kościele (dokumenty zostały oficjalnie zatwierdzone przez inspektora nadzoru inwestorskiego) i rozpocząłem plebanię. Gdy Dobbek odmówił mi zaległych 750 tys. zł, twierdząc, że Wachowiak nie wiedział, co podpisywał, doznałem rozległego zawału serca i wylądowałem w szpitalu. Lekarze przyznali później, że przeżyłem jakimś cudownym trafem – opowiada pan Zdzisław.
–Tu aż się roi od klasycznych samowolek budowlanych, a jak kiedyś pierdyknie, „czarni” zwalą winę na Pana Boga. Dla przykładu: zamieszkana już plebania nie ma wymaganej przepisami drogi przeciwpożarowej i w razie jakiegoś nieszczęścia ciężki sprzęt musiałby staranować solidne ogrodzenie, żeby dostać się do środka. Żaden strażak nie odbierze takiego obiektu, ale księża mają wszystko w dupie i nie zawracają sobie głowy zezwoleniami – twierdzi podwykonawca, który wytrwał na placu budowy.

###

Późniejsze mediacje z ks. Dobbkiem i jego prawniczką oraz powołanym przez parafię „rzeczoznawcą” Jerzym B. (właściciel zakładu instalacji elektrycznych niemający żadnych uprawnień z zakresu budownictwa, choć opowiada bajki, że jest biegłym sądowym) nie doprowadziły do żadnych rozstrzygnięć, więc Ciesielski poprosił o interwencję krakowską kurię misjonarzy (przełożeni personalni duchownego) i metropolitę wrocławskiego (jako kościelna osoba prawna sprawuje zwierzchnictwo nad parafią). Zakonnicy zbyli go milczeniem, natomiast ekonom archidiecezji ks. Stanisław Krzemień napisał w odpowiedzi: „Według relacji fachowej [parafialnej] Rady Budowlanej uważam, że żądania Pana Zdzisława Ciesielskiego budzą poważne wątpliwości”. Czas wkrótce pokazał, że owymi tajemniczymi „fachowcami” była dokładnie ta sama kościelna reprezentacja, która uczestniczyła w mediacjach…

Robiony ewidentnie w konia budowlaniec poprosił ks. Krzemienia o spotkanie w kurii celem przedstawienia dokumentacji wykonanych usług i zakupionych dla parafii materiałów. Po omówieniu sprawy przekazał ekonomowi wszystkie papiery (za pokwitowaniem), a duchowny wręczył je towarzyszącemu mu prawdziwemu ekspertowi – inżynierowi budownictwa, który w ciągu 2 tygodni miał się z nimi zapoznać i wydać na użytek kurii opinię o słuszności roszczenia.
– Czekałem pół roku. Kilkakrotnie próbowałem przypomnieć się telefonicznie, ale ekonom mnie unikał. Nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi, złożyłem pozew w sądzie. Chciałem tego uniknąć, żeby nie narażać na szwank autorytetu Kościoła, a poza tym wiadomo, że procesy trwają latami, zaś mnie zaczęło już nawet brakować pieniędzy na lekarstwa. Po sześciu kolejnych miesiącach poprosiłem Krzemienia o zwrot dokumentacji. Odparł, że ekspert jeszcze jej nie oddał. Poszedłem do inżyniera. Ten zrobił okrągłe oczy, bo swoją pracę wykonał w zakreślonym terminie z opinią jednoznacznie wskazującą, że racja jest po mojej stronie. Wróciłem do Krzemienia. „Nie mam tych dokumentów. Pewnie nam gdzieś zginęły, a nie pamiętam, jaką opinię wydał biegły” – kpił w żywe oczy ekonom archidiecezji. Byłem zdruzgotany, że za szyldem takiej instytucji kryją się tak wielkie przekręty. Dla spokoju sumienia postanowiłem skontaktować się jeszcze z arcybiskupem. Po spotkaniu z nim szedłem ulicą zapłakany. Nie umiałem się powstrzymać – na to wspomnienie Ciesielski znowu nie może powstrzymać łez.

Podczas dziesięciominutowej rozmowy abp Gołębiewski nawet nie spojrzał na przyniesione przez petenta dokumenty. „Co pan od nas chce, jakie pieniądze? Za kościół?!” – metropolicie nie mieściło się w głowie, że przedsiębiorca nie wybudował mu świątyni za miskę zupy. Gdy opowiadał o ciężkim zawale serca i nadzwyczajnym (zdaniem lekarzy) ocaleniu, hierarcha rzekł: „Co mi pan tu głupstwa opowiadasz o jakichś cudach”… „Jestem w bardzo ciężkim stanie zdrowia i nie wiem, ile czasu mi zostało. Muszę pospłacać długi oraz leczyć się, więc po raz ostatni proszę: oddajcie mi moje pieniądze!”– napisał Ciesielski w dramatycznym liście do Gołębiewskiego. Wysłał go 12 czerwca. Także do wiadomości prymasa Polski abp. Józefa Kowalczyka i głównodowodzącego misjonarzy ks. Arkadiusza Zakręty. Znikąd żadnej odpowiedzi… Także i my jej nie otrzymaliśmy, gdy prosiliśmy władze zakonne o zajęcie stanowiska w tej sprawie („Teraz jest sezon urlopowy” – oznajmiono nam w kurii).

Cała nadzieja w sądzie. Rozprawa 13 października. Będziemy obecni.

[2011] FaktyiMity.pl 31(596)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: