FiM – Znaki (nie)pokoju

Zdumiewającym znakiem czasu jest to, że wielu wiernych Kościoła katolickiego traktuje „FiM” jak ostatnią deskę ratunku w próbach „nawracania” swoich duszpasterzy na przyzwoitość.

Analiza setek listów do redakcji i notatek z rozmów telefonicznych upoważnia do twierdzenia, że zalęknionym wiernym najbardziej dokucza bezgraniczna arogancja, obłuda i pazerność „władzy” kościelnej, duchownym zaś – poczucie osaczenia oraz porzucenie przez biskupów na pastwę parafialnej „tłuszczy”. Kilka przykładów:

W czerwcu 2012 r. na łamach powiatowego „Tygodnika Nowodworskiego” ukazała się publikacja o problemach mieszkańców osiedla Modlin Stary w Nowym Dworze Mazowieckim z uporczywym hałasem emitowanym przez gigantofony zainstalowane na wieży świątyni parafii św. Maksymiliana Kolbego. Molestowany na tę okoliczność przez dziennikarkę proboszcz ks. Edward Pacek (kapłan diecezji płockiej) wyjaśnił, że przecież on nikogo do słuchania nie zmusza: „Parafianie byli u mnie kilka razy w tej sprawie, ale tłumaczyłem im, że nie ma formalnego zakazu. Tak już jest przyjęte w Kościele katolickim, że dzwoni się w ciągu dnia na Anioł Pański, rano, w południe i po południu. Jak ktoś jest ateistą, to niech nie słucha. Wszystkim nie dogodzimy, a niektórzy się cieszą, bo kiedyś było głucho, a teraz coś się robi. Może ktoś jest po prostu przeczulony na tym punkcie” – zauważył duchowny.
– Na kilka dni przed publikacją, od soboty do środy, głośniki zostały przyciszone. Dokładnie w czwartek, w dniu ukazania się artykułu, proboszcz jeszcze bardziej je podkręcił. Ewidentna złośliwość. Okazało się, że krótkotrwała zmiana nie była żadną przypadkową fanaberią, lecz celowym działaniem, mającym pokazać ludziom, kto tu rządzi. Za karę, że dochodzimy swoich praw i chcemy spokoju we własnym domu, słuchamy teraz jeszcze głośniejszych audycji – mówi mężczyzna mieszkający w odległości około 150 m od kościoła. Prosi o zachowanie personaliów do wiadomości redakcji, bo – jak twierdzi – mohery go zniszczą.

Potwierdziliśmy na własne uszy, że ks. Pacek serwuje wiernym (nasi rozmówcy twierdzą, że prawie od dwóch lat) takie oto przyjemności:
# Z aparatury umieszczonej na wieży nadaje utwory religijne. W tygodniu minimum pięć razy dziennie w godzinach i repertuarze: 7.00 – melodia, 12.00 – melodia, 15.00 – melodia, 17.30 – trzy minuty bicia w dzwony, 21.00 – melodia. W niedzielę dochodzą jeszcze dzwony o 9.00 i 11.30, zaś koncert o 17.30 jest przedłużony do pięciu minut;
# Poziom głośności urządzeń ilustruje fakt, że podczas ich uruchomienia w najbliższej okolicy nie ma szans na zwykłą konwersację (trzeba podnosić głos), zaś o rozmowach telefonicznych trzeba w ogóle zapomnieć.

– W okresie tzw. nabożeństw majowych dzwony napierdzielają dodatkowo o 16.30 – przez trzy minuty, oraz o 17.45 i 17.57 – po pięć minut. Ale to nie wszystko, bowiem osoby pracujące przy tych urządzeniach z sobie tylko znanych przyczyn potrafią włączyć nagłośnienie o dowolnej godzinie, a zdarzają się przypadki trwające 10–15 minut. Podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia przeżyliśmy prawdziwy horror, wysłuchując 15-minutowych bloków kolęd puszczanych średnio co trzy godziny. W Trzech Króli było jeszcze gorzej, bo nadawali co godzinę. W najgorszej sytuacji są mieszkańcy ulic, w których wycelowane są dwa głośniki. Mimo zamontowania specjalnych okien przystosowanych do wytłumienia hałasu nie mam szans na spokój – podkreśla A.Z., matka niespełna rocznego dziecka. Jej małżonek dodaje: – Zarówno my, katolicy, jak i niewierzący sąsiedzi jesteśmy wręcz nagabywani oraz atakowani przez kościół, bo przecież nie da się tych kurantów inaczej zinterpretować. Wszyscy nasi rozmówcy proszą o anonimowość. – Mieszkamy tu i pracujemy, a wiadomo, jak to jest w małych miejscowościach… – tłumaczą.

Ludziom z Modlina być może doda odwagi fakt, że przed dwoma tygodniami przed łódzkim Sądem Okręgowym uprawomocnił się wyrok skazujący ks. Andrzeja W., proboszcza parafii św. Stanisława w Lewinie (diec. łowicka), na 30 godzin prac społecznych za uruchamianie dzwonów nawet w godzinach nocnych. W tej maleńkiej wiosce (800 dusz) znalazło się czworo parafian, którzy nie pękli i zawlekli plebana na ławę oskarżonych za notoryczne zakłócanie im spokoju.
– Sąd pierwszej instancji uznał, że praca społeczna stanowi najbardziej wychowawczy rodzaj kary. Skazany będzie ją musiał wykonać osobiście, w widocznym miejscu i pod nadzorem. Charakter prac oraz termin zależy od ogólnego harmonogramu ustalonego przez gminę – wyjaśnił sędzia Piotr Sujka, przewodniczący wydziału Sądu Rejonowego w Rawie Mazowieckiej.

Broniąca księdza adwokat Barbara Wróbel-Trzeciak argumentowała w apelacji, że dzwony w żaden sposób nie mogły komukolwiek utrudniać życia, bo przecież proboszcz mieszka najbliżej kościoła i nie jest idiotą, który sam sobie strzelałby w stopę, uruchamiając szkodliwe dla zdrowia psychicznego nagłośnienie. Nic nie wskórała. Centrala diecezji wyraziła zdumienie z powodu „braku dobrej woli” ze strony poszkodowanych oraz wyroku. – Dzwony kościelne pełnią bardzo ważną rolę w duchowym krajobrazie naszej ojczyzny. Lewin nie jest żadnym wyjątkiem. Szkoda, że skarżący dostrzegli w dzwonach tylko uciążliwy hałas, a nie piękno tradycji i bogactwo krajobrazu – ubolewał ks. Piotr Karpiński, rzecznik łowickiej kurii biskupiej.

###

Ksiądz Zygmunt Lipiec (49 l.), proboszcz parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Zbydniowie (diec. sandomierska, woj. podkarpackie) i kapelan miejscowych strażaków, stoczył zacięty pojedynek na pięści z 40-letnim Krzysztofem K., który 16 sierpnia przyszedł do kancelarii z pisemnym podaniem o natychmiastowe „wypisanie z religii rzymskokatolickiej”. Panowie nie mogli dojść do porozumienia, więc z każdym nieparlamentarnym słowem sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, aż wreszcie doszło do obustronnej wymiany ciosów i kopniaków. Kto zaczął pierwszy, nie wiadomo, w każdym razie walka zakończyła się remisem. Jeszcze tego samego dnia obaj pojechali na pogotowie, gdzie duchownemu naprawiono złamany nos, zaś niedoszłemu apostacie – uszkodzone kolano, a następnie odwiedzili komendę policji, zgłaszając znieważenie i pobicie. Pan Krzysztof napisał ponadto do kurii biskupiej, domagając się przykładnego ukarania proboszcza.
– Zrobiła się wielka afera, ale nikt nie bierze pod uwagę, że pan K. jest znanym w okolicy furiatem i spędził z tego powodu trochę czasu w więzieniu, a Zygmunt dzielnie stawał nie tylko o honor kapelana strażaków, lecz również w samoobronie. Na wsi nie jest lekko, bo wiele owieczek to nie są żadne owieczki, tylko zwykłe bydło, zaś za nominację do jakiejś normalnej parafii trzeba słono zapłacić i nie każdego stać na taki wydatek – zauważa kolega proboszcza ze Zbydniowa, prosząc nas o „medialny patronat” nad ks. Zygmuntem.

Ot, zwykła proza parafialnego życia…

[2012] FaktyiMity.pl 46(663)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: