FiM – Kochaj albo (z)rzuć

Księża oraz ich żony i dzieci to w Polsce temat tabu, a złamanie tej reguły doprowadza niektórych publicystów do szału.

Tygodnik „Newsweek” Tomasza Lisa napisał o związkach duchownych z kobietami i tolerowaniu zjawiska przez biskupów. Ta ckliwa opowieść o kilku anonimowych księżowskich romansach oraz ich owocach, określana nie wiedzieć czemu mianem „raportu”, przeszłaby zapewne bez echa, gdyby nie wściekłe reakcje „Rzeczpospolitej” („Tekst jest warsztatową porażką – napisany na jednym źródle, nie ma w nim tzw. drugiej strony, popełnia dramatyczny błąd w wyliczeniach”), „Gościa Niedzielnego” („Pojedyncze anonimowe przykłady i szacunkowe dane z jakichś badań, o których metodzie nie dowiadujemy się niczego”) czy wreszcie felietonisty Szymona Hołowni, który na znak protestu odszedł z „Newsweeka” („Czego dowiedzieliśmy się z tekstu, który miał mi pokazać, »jak polski Kościół toleruje podwójne życie księży«? 1. Że jest w nim dwóch księży, którzy mają dzieci i obaj zdaje się są obciążeni dodatkowymi komplikacjami. 2. Że jest jeden ksiądz, który ma dzieci i którego biskup przeniósł do stanu świeckiego. 3. Że istnieje dwóch księży oraz jeden profesor (znany socjolog religii Józef Baniak – dop. red.), którzy mają przemożne wrażenie (bo nie adresy, nazwiska i dane), że to szerszy problem”).

Prawda leży jak zwykle pośrodku, bo tygodnik faktycznie popełnił kilka uogólnień i błąd arytmetyczny, ale również krytycy najedli się szaleju, oczekując od autorek zaprezentowania opinii biskupów na temat nieprzestrzegających celibatu księży, zaś od prof. Baniaka… – personaliów i adresów.

Nie entuzjazmujemy się w „FiM” życiem seksualnym duchownych oraz ich potomstwem, wychodząc z założenia, że lepiej, aby mieli własne partnerki lub partnerów, niż podrywali cudze lub uwodzili dzieci. Ujawniamy sprawy tylko wówczas, gdy związek z kobietą zdecydowanie wykracza poza prywatność partnerów, brutalnie rozbija czyjeś małżeństwo, dotyczy oszusta matrymonialnego bądź osobnika o wyjątkowo pokrętnej, na przykład potrójnej moralności, pozwalającej mu piętnować innych za „życie w grzechu”. Daliśmy się jednak wywołać do tablicy przez „Newsweek” tymi „dwoma, którzy mają dzieci”… Oto nasza garść przykładów…

# Na początek jeden, dla ilustracji, z dawnej epoki: ksiądz Bolesław był proboszczem zamożnej podłódzkiej parafii. W mieście, kwadrans jazdy samochodem od plebanii, mieszkała pani Roma z ich zaledwie kilkuletnią wówczas córką. Kobieta nie musiała pracować, bo jego dochody całkowicie pokrywały bieżące potrzeby i pozwalały odłożyć co nieco na spokojną starość. Duchowny spędzał z rodziną wprawdzie tylko wieczory oraz urlopy, ale wierni coś zwąchali. Zaczęli słać do kurii donosy, a wścibska sąsiadka Romy biła w tej dziedzinie wszelkie rekordy. Ponieważ działo się to u schyłku Peerelu, jeden z takich listów przechwyciła bezpieka, po czym zaproponowała proboszczowi układ: luźna kooperacja w zamian za pomoc w rozwiązaniu problemu niebezpiecznie już nabrzmiałego, bowiem zawistni urzędnicy biskupa sygnały z anonimów zbadali i potwierdzili, że ich kolega nocuje u Romy, jest widywany z dzieckiem na spacerach, a nierzadko odprowadza je nawet do przedszkola.
– Biskup wyznaczył mi już termin specjalnej audiencji, więc nie miałem wyboru. Wprawdzie za takie grzechy nie wyrzucano wówczas do „cywila”, ale stanowisko rezydenta na jakimś zadupiu było niemal pewne – opowiadał nam przed laty ks. Bolesław.

Ci z SB załatwili mu papier z urzędu stanu cywilnego. Oryginalny, podbity wszelkimi pieczęciami. Stało w nim czarno na białym, że ojcem dziecka jest… brat ks. Bolesława, co kapłan potwierdził biskupowi dodatkową „pieczątką” w postaci rytualnej tzw. przysięgi na krzyż. I choć profilaktycznie przeniesiono go wkrótce na inną parafię, nie klepał biedy. Doczekał spokojnej starości (IPN nie dokopał się do akt), kupił rodzinie większe i bardziej komfortowe mieszkanie, córka skończyła studia… Szkliły nam się oczy ze wzruszenia, gdy czytaliśmy, jak pięknie opowiadał na łamach tygodnika katolickiego „Niedziela” o swoich dokonaniach duszpasterskich. Niedawno zmarł, więc tylko wnuczętami nie zdążył się nacieszyć.

# Ksiądz kanonik Józef jest proboszczem; Bożena wraz z dwójką ich dzieci mieszka w Kielcach (wszyscy noszą nazwisko świątobliwego męża, a pociechom wpisano w papierach, że tata ma na imię Józef), odległych od miejsca pracy jedynego żywiciela rodziny o 90 kilometrów z ogonkiem. Ona pracowała kiedyś jako pielęgniarka, ale od kilkunastu lat zajmuje się wyłącznie domem. Gdy postanowiła przybrać (wraz z dziećmi) nazwisko kanonika, cała rodzina zamieszkiwała jeszcze w blokach, gdzie on siłą rzeczy nocował nie częściej niż dwa, trzy razy w tygodniu. W lokalnej społeczności uchodził za będącego w ciągłych rozjazdach „partnera życiowego” kobiety lub „dobrego wujka”, który otoczył troskliwą opieką bliskich swojego „kuzyna alkoholika”, dając jego potomstwu własne nazwisko. Niekiedy opowiadał, że pracuje w policji. Gdy syn i córka trochę podrośli, kobieta kupiła dwupiętrowy dom z działką. Doskonale położony, rzut beretem od centrum miasta. Z czego, skoro dotychczasowe mieszkanie puściła w arendę? Ksiądz Józef nie pozostawił po sobie żadnego śladu w akcie notarialnym, a urząd skarbowy nie zainteresował się, skąd bezrobotna miała na to wszystko pieniądze (formalnie jest właścicielką połowy hacjendy, dwie pozostałe ćwiartki należą do niepracującego syna i córki). Sytuacją nie zainteresowała się również kuria biskupia, którą o nieświętym żywocie Józefa osobiście informował ojciec M. z pewnego bardzo szanowanego zgromadzenia zakonnego.

# Ksiądz Witold Ś. był od 12 lat proboszczem parafii nieopodal Gniezna (także archidiecezjalnym duszpasterzem policji), gdy w kwietniu 2011 roku został nagle odwołany z wszystkich sprawowanych urzędów. Powód? – Wierni pisali na niego donosy do kurii, że ma dwójkę dzieci. Arcybiskupowi Muszyńskiemu to nie przeszkadzało, ale gdy nastał  Kowalczyk, wezwali Witka na przesłuchanie. Mógł oczywiście wszystkiemu zaprzeczyć, co byłoby dla wszystkich najwygodniejsze, ale uniósł się honorem i przyznał. Na protokół, więc nie było już wyjścia. Dostał do wyboru: definitywne rozstanie z rodziną lub sutanną. Wybrał to drugie. Wkurzył się, bo w czasie śledztwa po okolicznych wsiach łaził Stefański z kurii (wikariusz biskupi ds. trudnych i nadzwyczajnych – dop. red.) i przepytywał sołtysów, zbierał plotki… Szkoda człowieka. Rzucili go na żer, podczas gdy kilku kolegom znajdujących się w bardzo podobnej sytuacji włos z głowy nie spadł – zauważa duchowny z Gniezna.

# Proboszcz spod Biłgoraja (diec. zamojsko-lubaczowska) jest nie tylko ojcem dorosłych już Katarzyny i Szymona oraz podporą finansową rodziny, ale nawet szczęśliwym dziadkiem. Każde dziecko i ich matkę zaopatrzył we własne mieszkanie w Lublinie, samochody średniej klasy (fiaty panda), chucha, dmucha, odważnie dał córce i synowi własne nazwisko, a nie brzmi ono Kowalski… Kuria zna bardzo trudną sytuację rodzinną kapłana (plebania oddalona od sypialni prawie o 100 km), więc dotychczasowy ordynariusz abp Wacław Depo (obecnie metropolita  częstochowski) krzywdy podwładnemu nie zrobił. Co uczyni bp Marian Rojek, który od półtora miesiąca jest nowym szefem diecezji, Bóg raczy wiedzieć.

# Ksiądz Henryk z diecezji świdnickiej od niespełna roku był proboszczem swojej pierwszej parafii, gdy biskup Ignacy Dec nagle odwołał go ze stanowiska i skierował na urlop zdrowotny. Faktycznym powodem było dziecko poczęte przez uczennicę z Wałbrzycha, którą pleban przygotowywał do bierzmowania, zaś w chwilach wolnych brał do łóżka. Po narodzinach wyparł się ojcostwa. Nie chciał też płacić alimentów, ale zlecone przez sąd badania DNA ujawniły nagą prawdę. Kilka miesięcy później szef przeniósł go do sąsiedniej diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Obecnie jest rezydentem parafii w powiatowym mieście K. oraz katechizuje i… przygotowuje do bierzmowania młodzież z tamtejszego Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych.

# Po 17 latach noszenia białego habitu ojciec N. postanowił odejść z zakonu paulinów. Miał wówczas 37 lat i dyplom Papieskiej Akademii Teologicznej.
– Postawiłem na uczciwość. Miałem tak jak inni udawać, że moja ukochana jest kuzynką albo pozwolić, żeby nasze dziecko mówiło do mnie „wujku”? Chcieli mnie zatrzymać, żeby uniknąć skandalu. Najpierw kusili wyjazdem na paulińską parafię w Rzymie. Po czterech miesiącach dostałem dekret o przeniesieniu do Doylestown, „amerykańskiej Częstochowy”. Odmówiłem, choć kombinowali na różne sposoby, przekonując, że w Ameryce będzie mi dobrze, dostanę tam więcej pieniędzy i na kobietę przymkną oko. Generał (o. Izydor Matuszewski – dop. red.) wezwał mnie na Jasną Górę. Rozmowa odbyła się w dobrej atmosferze. Oznajmiłem mu, że mam maleńkie dziecko i nieodwołalnie odchodzę z zakonu. On zaś, podając przykład jednego z naszych ojców w Doylestown, tłumaczył, że przecież nie muszę, bo w USA – podobnie jak tamten – spokojnie zarobię na alimenty. Mówił o księdzu spod Częstochowy, który ma całą gromadkę dzieci i nikt nie robi z tego dramatu. Dałem się ostatecznie namówić na kompromisowy roczny urlop poza klasztorem. Po zakończeniu generał przysłał wezwanie na rozmowę. Nie pojechałem. Bombardowali dalej, żądając natychmiastowego powrotu do klasztoru. Wreszcie jeden z paulinów udzielił mi świetnej rady: „Weź ślub cywilny, bo te debile nie dadzą ci spokoju”. Szybko sprawdziłem w kodeksie kanonicznym: bingo! Zakonnik, który „zawarł małżeństwo lub usiłował je zawrzeć, nawet tylko cywilne”, zostaje z mocy prawa wydalony. Popędziliśmy z dziewczyną do urzędu stanu cywilnego i… odzyskałem wreszcie wolność – wspomina były zakonnik.

# W analogicznych lub zbliżonych okolicznościach zrzucili w ostatnich kilku latach sutanny: Artur G., Grzegorz Sz. oraz Rafał D. (wszyscy z diecezji gliwickiej); dr Andrzej J. (po studiach w Rzymie sprawował funkcję rzecznika wrocławskiej kurii metropolitalnej, dyrektora oddziału „Gościa Niedzielnego”, wykładał w seminarium duchownym i działał jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej); działacz przykościelnego harcerstwa Arkadiusz K. i Sebastian P. (obaj także z Wrocławia); Artur S. z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej (autor niestrawnej dla hierarchów książki obrazującej rolę płci pięknej w oczach papieży oraz ideologów katolickich); Paweł Sz. z diecezji włocławskiej (proboszcz prestiżowej parafii w Koninie); Wiesław M. (wikariusz z diecezji opolskiej, który zostawił swojemu proboszczowi list rozwiązujący umowę o pracę z Kościołem na zawsze i ze skutkiem natychmiastowym, po czym udał się w siną dal z pewną młódką); dr hab. Piotr B. (profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, gdzie na Wydziale Teologicznym kierował Katedrą Egzegezy i Teologii Biblijnej Starego Testamentu); Ryszard J. z archidiecezji łódzkiej; Stanisław D. i Adam W. (diec. łomżyńska); Grzegorz K. (diec. łowicka); Bogusław W. i Jacek J. (obaj z diec. tarnowskiej). W diecezji płockiej wikariusze jakby się zmówili, bo niemal jednocześnie robotę dla miłości porzucili: Radosław D., Krzysztof L. i Krzysztof M.; z Ordynariatu Polowego WP odeszli: Józef K., Jacek K., Paweł Rz. i Paweł G.; w archidiecezji gnieźnieńskiej: Marek R. i Tomasz R.; w rzeszowskiej: Tomasz S. i Piotr S. Naukowiec dr Jacek L. z diecezji łowickiej wybrał uroczą kobietę kosztem nieapetycznego ordynariusza, zaś Mariusz K. nawet nie podziękował za współpracę biskupowi tarnowskiemu…

Nazwiska i adresy udostępnimy felietoniście Hołowni, jeśli zwróci się o to z odpowiednio umotywowaną prośbą, coby się więcej nie ośmieszał.

[2012] FaktyiMity.pl Nr 32(654)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: