FiM – Wbrew regułom

Kościół od ponad 20 lat z powodzeniem grabi majątek królewskiego Krakowa. Metodycznie i po cichu. Podobnie zakonnicy wykańczają ludzi przejętych od miasta wraz z budynkami.

Reguła zakonna: „Zakon Augustiański to pewien styl życia, które jest w tym samym czasie kontemplacyjne i apostolskie, poświęcone szukaniu Boga poprzez studium i życie wspólne, mające na celu przekazywanie Ludowi Bożemu poszukiwanej i odnalezionej prawdy. W ten sposób zbiegają się we wspaniałą jedność: poszukiwanie prawdy i życie we wspólnocie, podjęte przez samego Augustyna, życie kontemplacyjne eremitów, działanie apostolskie w różnych formach, wynikające z aktualnych potrzeb Kościoła”.

Życie: Augustianie to jeden z najlepiej ustawionych materialnie konwentów w Krakowie, a ich potrzeby są nader rozbuchane. W 1950 roku zakon został zlikwidowany przez kardynała Adama Sapiehę, zaś majątek ojców znacjonalizowało komunistyczne państwo. W 1989 roku augustianie dogadali się z kardynałem Franciszkiem Macharskim i, reaktywowani, wrócili odbijać (przy pomocy Komisji Majątkowej) co się da. A nawet więcej…

Zaledwie kilku, ale za to przedsiębiorczych braciszków zaanektowało m.in. klasztor św. Katarzyny na Kazimierzu, wyrzucając z niego urzędujący tam wówczas Wydział Architektury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kolejnym trofeum były tereny Klubu Sportowego „Kolejarz” oraz około 30 ha innych gruntów w dzielnicy Prokocim (8 ha na pniu sprzedali niemieckiej firmie HIT pod budowę supermarketu).

To był tylko początek. Weszli też w posiadanie ziemi, na której znajduje się miejska zajezdnia tramwajowa, szpital dziecięcy Collegium Medicum (ojcowie wyrazili nawet chęć odstąpienia od roszczeń w zamian za „głupie” 20 mln zł, których żądali od miasta). Przejęli też zespół pałacowo-parkowy rodziny Jerzmanowskich, skąd natychmiast wyrzucili funkcjonujący tam dom dziecka, oraz Pracowniczy Ogród Działkowy „Pod Lipami”, na którym przez prawie pół wieku gospodarowali krakowianie. – Ludzie płakali, kiedy kazano im opuszczać to, co przez tyle lat tworzyli, a augustianie zacierali rączki. Bozia jednak ich skarała i… interes się nie powiódł. Teraz wszystko leży odłogiem i niszczeje. Kilka dni temu wywozili stąd bezdomnych Rumunów i nagminnie ktoś to podpala. Wieczorem strach przejść – mówią okoliczni mieszkańcy. Cały majątek przejęty przez augustianów (na Prokocimiu mieszka ich dwóch!) wart jest około pół miliarda złotych!!! Pobożni bracia twierdzą, że jak dostaną jeszcze 9 baniek, to spasują…

Reguła zakonna: „Tym, którzy pragną uczestniczyć w jego doświadczeniu szukania Boga, Augustyn proponuje przykład pierwotnej wspólnoty chrześcijańskiej z Jerozolimy, opisany w Dziejach Apostolskich: wszyscy wierzący mieli jedno serce i jedną duszę, wszystko było wspólne i każdemu było dawane według jego własnych potrzeb”.

Życie: Że największym marzeniem zakonników jest sprzedać ziemię w Prokocimiu pod budownictwo mieszkalno-usługowe, to żadna tajemnica. O ustalenie warunków zabudowy dla inwestycji, która miała się nazywać „Budowa zespołu zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej z garażem podziemnym” wystąpili po raz pierwszy w listopadzie 2006 r. Przeszkodą w osiągnięciu celu są braki formalne, dzięki którym miasto jak na razie blokuje zapędy ojczulków, a obecnie – głównie brak zapału deweloperów.

Przeszkodą są również, a może nawet przede wszystkim… lokatorzy, których zakonnicy przejęli wraz z kamienicami przy ulicach Górników i Żniwnej. W rozpadających się, zawilgoconych budynkach mieszka obecnie kilkanaście rodzin. Wszystkie na podstawie decyzji wydanych przez miejski Wydział Spraw Lokalowych. Komfortu nigdy tu nie było (brak ogrzewania, gazu i ciepłej wody), ale przynajmniej żyli w spokoju i gospodarowali jak na własnym, czynsze płacąc niewielkie – sprawiedliwie oddające standard lokali. Do czasu, aż pojawił się zarządca w habicie. Ojciec Jan Emil Biernat (na zdjęciu), mistrz w wyciąganiu państwowej kasy, zamieszkał w przejętym pałacu Jerzmanowskich, który świetność odzyskał głównie dzięki dotacjom z publicznych pieniędzy przekazywanych przez Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa. O poziom życia ludzi nie dba jednak zupełnie. Kilka lat temu wszyscy lokatorzy dostali za to propozycję nie do odrzucenia. Mieli się na własny koszt wyprowadzić… na rok (wynająć mieszkania lub zamieszkać kątem u rodziny), żeby augustianie mogli im w tym czasie wyremontować mieszkania i zrobić podziemne garaże. Chociaż mieszkańcy nie mieli pojęcia o planowanej inwestycji pod nazwą „Budowa zespołu zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej z garażem podziemnym”, nikt się nie zgodził. Toteż ojciec Jan się obraził. Każdą prośbę o naprawę zabudowań ignoruje i tłumaczy, że nie ma pieniędzy. Zresztą na rozmowy z lokatorami nie ma czasu. Jak ktoś podskakuje, zostaje ukarany. Podwyżką czynszu. Bo socjotechnika stosowana przez ojca Biernata jest prosta – siedzisz cicho, płacisz mniej. Jak pyskujesz, dostaniesz 15 złotych za metr kwadratowy i w końcu sam się wyprowadzisz.

Beata Raj wyprowadzić się nie zamierza. Chce natomiast żyć godnie w lokalu, za który płaci obecnie ponad 500 złotych miesięcznie. Za lokal w budynku, o którym państwowy inspektor nadzoru budowlanego wyraził się tak: „Z uwagi na stwierdzone w trakcie kontroli nieprawidłowości stanu technicznego zobowiązuje się właściciela budynków do niezwłocznego wykonania robót zabezpieczających w trybie bieżącej konserwacji, mających na celu wyeliminowanie zagrożenia bezpieczeństwa ludzi i mienia”. Ojciec Jan Biernat robót zabezpieczających nie myśli prowadzić. A do tego nie potrzeba wyprowadzać ludzi. Beata Raj prosiła a to o naprawę dziurawego dachu, bo woda lała jej się do dużego pokoju, a to o usunięcie wiszącej na dachu deski, bo zagrażała zdrowiu bądź życiu, a to o otynkowanie ściany na zewnątrz budynku, bo przegrywała z panoszącym się w kuchni grzybem i wilgocią. W końcu zrobili. Ale za karę dostała podwyżkę czynszu. Od listopada br. ma płacić 12 złotych za metr kwadratowy. Przy jej metrażu to prawie 800 zł. Zarabia o sto złotych więcej!

Reguła zakonna: „Jedność ideałów i planów, doskonałe życie we wspólnocie, szacunek dla wymagań i godności osoby – są trzema punktami charakteryzującymi wspólnotę, która w myśl samego Augustyna pragnie być na ziemi znakiem Państwa Niebieskiego”.

Życie: Mieszkańcy należących do augustianów mieszkań boją się dziś własnego cienia. Ci, którzy jeszcze nie zadarli z Biernatem, unikają tych, którzy ośmielili się pójść z nim na wojnę. Nie dlatego, że ich nie popierają, ale dlatego, że boją się podwyżki. – Nie wolno się odzywać. Cały czas z nas drwią i kpią, szantażują podwyżką czynszu, a administrator straszy, że jak dostaniemy 15 złotych za metr, to sami się wyprowadzimy. Walczymy z grzybem i wilgocią, wszystko we własnym zakresie. Boimy się o cokolwiek poprosić, żeby nie dostać podwyżki – mówi jedna z lokatorek. Jest przygnębiona i załamana. Za swoje 52-metrowe mieszkanie płaci ponad 600 zł miesięcznie.

Na wojnę poszedł Leszek Pitala. Z kamienicy przy Żniwnej, którą jako budowlaniec za własne pieniądze i własnymi rękami wyremontował, ocieplił, odgrzybił i doprowadził do stanu używalności. Mieszka tu od dziecka.

Pierwszy raz ojciec Biernat chciał Pitalę wraz z rodziną eksmitować w sierpniu 2008 r. Dostali wtedy przedsądowe wezwanie do dobrowolnego opróżnienia lokalu i przeniesienia się do lokalu zamiennego. Wszystko na podstawie zakonnej ekspertyzy kominiarskiej, która wykazywała, że Pitalowie w końcu się we własnym mieszkaniu zaczadzą, a poza tym stan budynku zagraża bezpieczeństwu ludzi i mienia ze względu na zły stan dachówek, odpadanie tynku z elewacji, ubytki w obróbkach blacharskich. Mieli się wyprowadzić do innej własności obszarnika Biernata, która to własność – według państwowego inspektora nadzoru budowlanego – wymaga natychmiastowego remontu. Pitala, jako że swój dom zna lepiej niż własną kieszeń, postarał się o kontrekspertyzę, chociaż w całym Krakowie nie było wystarczająco odważnego mistrza kominiarskiego. Pitala się uwziął i sprowadził fachowca spoza miasta. Ten nieprawidłowości nie znalazł. Nie znalazł ich także sąd rejonowy (do którego swych najemców zawlókł zarządca ojciec Biernat), bo Pitalowie na sprawę przynieśli zdjęcia dokumentujące między innymi fakt, że ojciec Biernat łże jak pies, gdyż żadne dachówki – dzięki ciągłym remontom, jakie na własny koszt wykonuje Pitala – nie spadają. Tynk z elewacji też nie.

Pitalowie wciąż na Żniwnej mieszkają. Kara za niesubordynację, jaką ojciec Biernat wymierzył im w czerwcu br., to 15 złotych za metr kwadratowy, co daje 952,83 zł miesięcznie. „Zmiana stawki czynszu najmu lokalu mieszkalnego wynika z konieczności zgromadzenia przez właściciela środków na fundusz remontowy w związku z przystąpieniem do przeprowadzenia w lipcu 2009 r. do planowanych remontów kapitalnych” – poinformował bogacz Biernat, uzasadniając podwyżkę z 10 na 15 złotych za metr kwadratowy (płatne od października). Jest sierpień. Budynku przy ulicy Żniwnej, w którym mieszkają Pitalowie, nikt nie remontuje.

Jak ojciec Jan Emil Biernat komentuje swoje postępowanie wbrew regułom? – To proszę znaleźć inne mieszkanie. Ja tam nie mam nic przeciwko temu…

[2009] FaktyiMity.pl Nr 34(494)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: