FiM – Wyrobnicy

Księża z ambony namiętnie piętnują nieuczciwych i skąpych pracodawców. Ale jeśli zdecydujesz się pracować dla jednego z nich – zastanów się. I to kilka razy.

Ludzie albo kochają swoich duszpasterzy miłością ślepą i bezgraniczną, albo ich nienawidzą, bo się na nich poznali. Jest wśród kapłanów szczególnie nielubianych augustianin, o. Jan Emil Biernat, mieszkaniec zabytkowego pałacu Jerzmanowskich w Prokocimiu. Ów pałac – wraz z innymi drogocennymi trofeami (m.in. Klub Sportowy „Kolejarz” oraz Pracowniczy Ogród Działkowy „Pod Lipami”) – wyrwał zresztą jego zakon od władz królewskiego Krakowa. Czytelnicy „FiM” mieli okazję poznać o. Emila jako kamienicznika szantażującego lokatorów nieuzasadnionymi podwyżkami czynszu (nawet 15 zł za metr kwadratowy) przy skandalicznych warunkach, w jakich przyszło im mieszkać („FiM”, 34/2009). Okazuje się jednak, że ma wielebny zakonnik jeszcze inne przymioty. Na przykład Kazimierz Bandyk, właściciel firmy budowlanej, uważa, że o. Biernat jest oszustem. Dlaczego?

Po naszej publikacji ojciec kamienicznik postanowił nieco warunki swoich lokatorów polepszyć. Umowę z Polską Prowincją Zakonu św. Augustyna (reprezentowaną przez o. Emila) na remont jednej z kamienic podpisał Bandyk latem 2009 r.
– Tam było jak w stajni: myszy, karaluchy, ekskrementy. Zrobiłem wszystko, od podstaw – wspomina Bandyk, a na dowód przedstawia zdjęcia (fot. obok).

Nic dziwnego, że augustianin bardzo był z firmy Bandyka zadowolony. Zaproponował, by zrobili resztę. Pracy na mocno zapuszczonym terenie było mnóstwo, toteż 6 osób uwijało się przez pół roku. Położyli chodniki, karczowali drzewa, izolowali budynki, robili drenaże, kanalizację, ogrodzenie, wymieniali okna, ocieplali, malowali elewacje. No i w końcu przyszedł czas rozliczeń… Rachunek opiewający na niemal 250 tysięcy złotych bardzo się o. Biernatowi nie spodobał. Żeby udowodnić wykonawcy, że to za dużo, augustianin wynajął nawet kosztorysanta. Tylko że ów kosztorysant pracę budowlańców wycenił na… minimum 300 tys. zł!

No i od tej chwili o. Biernat stał się dla Kazimierza Bandyka nieuchwytny. Skutecznie zwodzi wykonawcę już drugi miesiąc.
– Myślałem, że skoro to Kościół, to ludzie sprawiedliwi, że nikt mnie nie oszuka. Okazało się, że to bandyci, złodzieje i oszuści gotowi bez skrupułów zniszczyć człowieka – mówi Bandyk. Na tak zwane ostateczne rozliczenia umawiał się z o. Biernatem kilka razy. Ani jedno z tych spotkań nie doszło do skutku, ani jedno nie zaowocowało zapłatą za wykonaną pracę.

Zapytaliśmy więc o. Biernata o przewidywalny termin doprowadzenia do końca rozliczeń z wykonawcą: – Ja o takich sprawach z dziennikarzami nie rozmawiam. Przepraszam bardzo. Do widzenia.

Hanna J. mieszka w Tychach. Jest przykładną żoną i matką. Do niedawna była także sumienną katoliczką. Posadę gospodyni na plebanii przy kościele św. Jana Chrzciciela objęła 10 lat temu. Gotowanie, praca w ogrodzie, szykowanie i wydawanie prowiantu dla bezdomnych, utrzymywanie czystości w pomieszczeniach gospodarczych, regularne zakupy. Lekko nie było, ale z radością wypełniała swoje obowiązki. – Ksiądz prałat odwdzięczał się dobrym słowem i godziwą pensją – wspomina pani Hanna. Oddany ludziom Engelbert Ramola, bo o nim mowa, przeszedł na emeryturę w 2005 roku.

Jego miejsce zajął 49-letni dziś ks. Piotr (na zdjęciu obok). Znany z pobożności i skromności, słowem – wzór wszelkich cnót chrześcijańskich – czytamy na stronie internetowej jego poprzedniej kościelnej placówki. Tę krótką charakterystykę należałoby w tym miejscu nieco uzupełnić…

Początki jego rządów w parafii Jana Chrzciciela nie wróżyły drastycznych zmian. Ale wówczas ludzie nie wiedzieli, że nowy proboszcz dopiero poznaje teren. A kiedy już go poznał…
– W kolejnym miesiącu obciął mi pensje prawie o 500 zł. Bez uprzedzenia, bez wyjaśnień – mówi była gospodyni.

Pierwsze kroki skierowała do księdza pracodawcy, aby sprawę wyjaśnić. Usłyszała, że wysokość jej dotychczasowej wypłaty (1300 zł na rękę za świadczenie pracy przez 6 dni w tygodniu po 9 godzin dziennie!) to nic innego, tylko okradanie parafii. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę fakt, że są w „Chrzcicielu” i tacy, co od proboszcza za miesiąc codziennej harówki dostają niewiele ponad 400 zł, można uznać, że pani Hanna była krezusem. Mimo to prosiła, błagała, wyjaśniała, że nie wystarczy jej na lekarstwa, których przy całej litanii swoich chorób potrzebuje niemal tak samo jak chleba. Nie pomogło.

Żeby utrzymać rodzinę, podjęła w końcu dodatkową pracę. Półtora etatu zaowocowało tym, że kobieta podupadła na zdrowiu. Konieczne było długie zwolnienie lekarskie, a także liczne pobyty w szpitalu. Tam przy okazji zwyczajowej wizytacji oddziałów odwiedził ją ksiądz dobrodziej. Wlał w serce chorej optymizm i podtrzymał ją na duchu, szepcząc zbolałej do ucha, że skoro tak długo choruje, to będzie musiał ją… zwolnić. Jak powiedział, tak zrobił. Wypowiedzenie umowy przyniósł pani Hannie do domu. Osobiście. Sprawa o bezprawne zwolnienie toczy się obecnie w sądzie.

Pod miotłę proboszcza wpadła również pani Anna. Jako sprzątaczka pracowała na plebanii przez 23 lata. Za 600 zł miesięcznie oporządzała m.in. mieszkania wszystkich pracujących tu duchownych. Nikt nigdy nie miał do niej zastrzeżeń. Kiedy osiągnęła wiek emerytalny, uzgodniła z proboszczem, że ze względu na wyjątkowo trudną sytuację rodzinną będzie dla niego nadal pracować, żeby do niewysokiego świadczenia dorobić. I pewnie dorabiałaby do dzisiaj, gdyby nie pomysł, żeby poprosić – zgodnie zresztą z obowiązującym prawem – o trzymiesięczną odprawę za przepracowane lata (w jej przypadku – 1800 zł). Na jej wypłatę czekała pół roku. Tyle czasu proboszcz potrzebował, żeby ustalić w kurii różnice pomiędzy cywilnym a kościelnym kodeksem pracy. W końcu wyszło mu, że wypłaci pani Annie nie trzymiesięczną, a miesięczną pensję. 600 złotych.
– Proboszcz powinien być wzorem do naśladowania pod względem uczciwości, moralności, szacunku dla każdego człowieka. Powinien litować się nad biednymi, opuszczonymi, a nie tylko możnymi tego świata. Ten widzi tylko swoje potrzeby. Jak może na kazaniu nawoływać do pomocy bliźnim w potrzebie? – zastanawiają się obie panie. O swoich „przygodach”, mocno rozżalone, powiadomiły biskupa Damiana Zimonia. A biskup? Zapewnił, że w kurii wszyscy gorąco modlą się o to, aby doszły ze swoim proboszczem do porozumienia.

Tymczasem ks. Piotr swoje poczynania tłumaczy troską o parafię. Rzeczywiście, owa nadzwyczajna gospodarność przynosi efekty. Jak dotąd przełożyła się na dobra niezwykle potrzebne wspólnocie wiernych – np. nowy samochód dla proboszcza, kapitalny remont 6 pokoi na plebanii, zakup mebli i wyposażenia do księżowskiego gabinetu.

„W czasie mszy świętej dotykam żywego Chrystusa. Otwieram się na jego miłość, a On mnie podnosi, pokrzepia i umacnia” – zwierza się ksiądz Piotr w wywiadzie do parafialnej gazetki. Moralne aspekty wyzyskiwania ludzi, ignorowanie ich potrzeb, niedostrzeganie problemów – tych tematów w kontaktach z Chrystusem najwyraźniej nie porusza.

Z księdzem proboszczem, choć bawił akurat na wyjeździe za granicą, udało nam się skontaktować. Jednak – jak stwierdził – prasie w tej akurat sprawie nie ma nic do powiedzenia.

[2010] FaktyiMity.pl Nr 7(519)/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: