Dlaczego ksiądz odebrał sobie życie

W człowieku walczą dwa popędy: motywujący popęd życia i destrukcyjny popęd śmierci. Społeczny system norm nakłada ochronną siatkę, która broni człowieka przed śmiercią. Instynkt samozachowawczy kieruje go ku życiu. Ale zdarza się, że ta zewnętrzna siatka znika. I wtedy popędu ku śmierci nic nie jest w stanie zatrzymać. Jak w przypadku księdza z parafii w Starym Sączu.

Ksiądz Piotr spotkał księdza Wojciecha jakoś pod koniec lutego. Przypadkiem, na parkingu pod blokiem. Na pewno to było w poniedziałek, bo poniedziałki obaj mieli wolne. Przyjeżdżali wtedy do Bochni odwiedzić rodziców. Ksiądz Wojciech odwiedzał już tylko ojca, mama zmarła krótko po prymicjach. Zostało jeszcze rodzeństwo – Wojtek urodził się jako jeden z trojaczków. Wtedy w lutym na parkingu to była taka luźna rozmowa: cześć, cześć, co słychać.

– Ucieszyłem się z tego spotkania – mówi ks. Piotr Furmański. – Wojtek był uśmiechnięty, wesoły. Niedawno w jego parafii zmienił się proboszcz. Był zadowolony, pozytywnie nastawiony do pracy, do życia. Mówi do mnie: chłopie, Marek to jest gość. A ja na to: no, teraz odżyjesz. Zawsze w dobrej atmosferze robota inaczej wygląda.

Normalny chłopak Znali się od małego. Mieszkali w sąsiednich blokach, balkon w balkon. Wojtek na drugim piętrze, Piotr na czwartym. Z okien widzieli kościół św. Pawła, w którym razem służyli do mszy, a później razem byli lektorami. Razem kopali w piłkę, łazili po drzewach, łobuzowali.

– Każdemu się wydaje, że jak ktoś zostaje księdzem, to zawsze był nie wiadomo jaki święty – mówi ks. Piotr. – Wojtek był normalnym chłopakiem. Chodził na dyskoteki, przyjaźnił się z dziewczynami. Mieliśmy swoją wesołą paczkę. Na chwilę ich drogi rozeszły się, stracili kontakt. Wojtek poszedł do liceum, Piotr – do technikum mechanicznego.

Spotkali się znów w seminarium. Ksiądz Piotr: Znając Wojtka z wcześniejszych lat, nie pomyślałbym, że zamierza iść na księdza. Choć, to prawda, pochodził z pobożnej rodziny, był oddany sprawie. Służył do mszy nie dlatego, że ktoś mu kazał, tylko z potrzeby serca.

Nikt nic nie zauważył

Stary Sącz to nie metropolia, ale też nie wioska. Miasto, na tyle duże, że ludzie zagonieni, mało mają czasu dla innych. I na tyle małe, że jeden o drugim dużo wie, a plotki szybko się roznoszą. Kościół pod wezwaniem św. Elżbiety Węgierskiej stoi u wylotu deptaka, którym można dojść do rynku. Z jednej strony plebania, z drugiej Dom Parafialny, a obok placyk z ławeczkami, drzewami, parkanem. Ks. Wojciech pracował tu od czterech lat.

Środa była zupełnie zwyczajna. Ksiądz miał spotkanie w Caritasie. Później pojechał zwieźć gazetki parafialne żonie starego kościelnego. Żony nie było, a kościelny chory, pod kroplówką, więc z księdzem jakoś szczególnie nie rozmawiał. Ale też niczego niepokojącego nie zauważył, zwierzał się później synowi. Wieczorem ksiądz odprawił mszę. Po kolacji w domu parafialnym wszyscy rozeszli się do swoich pokoi.

W czwartek rano ksiądz Wojciech nie pojawił się na mszy świętej. Nie zszedł na śniadanie. Koledzy kapłani pomyśleli, że pewnie zaspał. Ale nikt nie poszedł go budzić, bo każdy już musiał biec do swoich zajęć. Po południu nie było go na lekcjach katechezy, które prowadził. I dyrektorka pomyślała, że pewnie zachorował. Tylko że ksiądz taki sumienny, obowiązkowy, zawsze dawał znać, że go nie będzie. A teraz nic. Cisza. Na wszelki wypadek zadzwoniła do proboszcza upewnić się, czy aby nic złego i czy we wtorek ks. Wojciech już będzie. Proboszcz poszedł sprawdzić, ale drzwi były zamknięte. A później powiedział dyrektorce, że księdza Wojciecha we wtorek też w szkole nie będzie, że nie żyje.

– Nie mogłam uwierzyć – mówi Grażyna Smaga, dyrektorka szkoły w Popowicach. – Nie śpię w nocy, od kilu dni prawie nie jem. Ksiądz taki pogodny, może nie wylewny, ale też nie żeby zamknięty w sobie. Był zaangażowany w pracę. Miał dobry kontakt z dziećmi, pomagał organizować wycieczki. Dostawał nagrody. A przecież nagród tak za nic to się nie dostaje.

Trudno pojąć i zrozumieć

– Wojtek był ostatnią osobą, która mogłaby zrobić coś takiego – uważa ks. Piotr. – Z nas wszystkich najbardziej odporny psychicznie. Ja jestem wrażliwy, on to był twardy gość. Choć o pewnych rzeczach nie mówił. Mogło coś go gnębić. Przyszedł taki moment i… Nie mogę tego zrozumieć.

Teraz na internetowych forach niektórzy piszą, że diecezja tarnowska to „dolina śmierci”. Że tam dzieje się coś bardzo złego, że to już siódmy taki przypadek, kiedy ksiądz targa się na życie. A przecież to taki religijny teren, stamtąd jest najwięcej powołań.

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski: Dostałem kilka listów od księży z tarnowskiej diecezji z prośbą o pomoc. Skarżą się, że relacje personalne są fatalne, że nie mają wsparcia, że władze Kościoła nic nie robią. Rola kapłana jest dziś coraz trudniejsza. Już nie jest on autorytetem, jak dawniej. Księża żyją w celibacie, nie mają rodziny, kręgu znajomych. Ale jak każdy, przeżywają załamania nerwowe, dramaty, wypalenie zawodowe. Brakuje systemu, który by ich przed tym chronił. Idealny byłby model biskupa-ojca, który wysłucha, powie: nie martw się, pomożemy ci, możesz iść do psychologa, zmienić parafię.

Ksiądz Piotr Dzedzej: Księża boją się innych księży. Nie mają odwagi, żeby się otworzyć, wygadać. Ja sam czuję dystans, rezerwę, obawę, że ktoś opowie o moich sprawach. Kiedy się spowiadam, nie mam takiego problemu. Ale codziennie, gdy wracam z zajęć, ze szkoły, zostaję w pokoju sam z rozterkami, tajemnicami, które ktoś mi powierza. Rozumiem, że Kościół nie chce, by sprawa rozeszła się na zewnątrz. Jak w rodzinie, dzieciom pewnych rzeczy się nie mówi. Taki zabieg estetyczny. Warunek jednak, że szuka się rozwiązań we własnym gronie, że próbuje się sytuację wyjaśnić.

Zawsze się może zdarzyć

Ksiądz Jerzy Zoń, rzecznik diecezji tarnowskiej: – Na siłę próbuje się te przypadki łączyć i nagłaśniać, a przecież każdy z nich jest inny. Mamy ponad 1,5 tys. księży. W tak dużej wspólnocie zawsze może się coś tragicznego wydarzyć. Ale księża są blisko siebie, wspierają się nawzajem. Jeśli ktoś ma problem, chce o nim porozmawiać i szuka pomocy, na pewno ją uzyska. W najtrudniejszych sprawach kapłan zawsze może zwrócić się do Księdza Biskupa, bez pośredników. Życie to największa wartość. Sytuacja, w której dochodzi do samobójstwa, jest trudna do określenia. Zazwyczaj składa się na to szereg czynników natury psychologicznej bądź społecznej. Dlatego Kościół nikogo, kto odbiera sobie życie, nie przekreśla.

O czymś nie wiemy

I w tej sprawie na pierwszy rzut oka powodów nie widać. Ksiądz Wojciech był zdrowy, pełen entuzjazmu, młody, dopiero co zaczął pracę. O wypaleniu zawodowym raczej nie ma tu mowy. W szkole doceniany, z przełożonymi nie miał konfliktów. Blisko z rodziną, mógł im się zwierzyć, miał w nich oparcie.

Więc co? Ludzie gadają, że być może pojawiło się uczucie. Nic podobnego – zaprzeczają ci, co go znali. Że podobno chciał zmienić parafię. Bzdura, taka rzecz nie miała miejsca! Że może się pogubił, stracił powołanie? Teraz już nie wiadomo, czy te plotki pojawiły się przed śmiercią i może były jej powodem? Czy już po, ludzie próbują zrozumieć, znaleźć coś namacalnego, co tłumaczy to, co się stało. To mógł być impuls chwili, silne wzburzenie. W emocjach traci się krytycyzm, obiektywny osąd sytuacji. Człowiek robi coś zupełnie sprzecznego ze swoją moralnością, przekonaniami, z instynktem samozachowawczym.

Ale ksiądz zostawił list pożegnalny. Więc jednak to zaplanował, przemyślał. – Musiało być coś, o czym nie wiemy – uważa Marek Krzystanek, psychiatra. – To się nie wzięło znikąd. Coś się stało w jego prywatności, moralności – nastąpił konflikt zasad, który stał się nie do zniesienia. Wszystko człowieka osacza i samobójstwo wydaje się być ucieczką, honorową drogą wyjścia. Ksiądz nie musiał być chory. Każdy nosi w sobie granat i choćby nie wiem jak się zarzekał, może znaleźć się w sytuacji, kiedy wyciągnie zawleczkę.

[2012.05.03] GazetaKrakowska.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: