FiM – Koci, koci, łapki

Jest w Polsce parafia katolicka, gdzie wierni modlą się przed ołtarzem z wizerunkiem… księdza proboszcza.

Ksiądz Tadeusz Ch. jest proboszczem parafii w archidiecezji częstochowskiej. Placówka jednoosobowa, roboty niewiele (raptem jedna msza dziennie), toteż różne głupie myśli człowieka nachodzą. Najgłupszą zaś, jaka ostatnio w głowie plebana się zalęgła, było silne postanowienie udupienia parafianina Andrzeja M., sympatycznego młodzieńca, na którego w 2002 r. spłynął cud kapłańskiego powołania.
– Wystąpiłem z częstochowskiego Wyższego Seminarium Duchownego na trzecim roku, tuż przed obłóczynami. Wcześniej między mną a proboszczem panowała prawdziwa idylla. Tyrałem przy sprzątaniu i remontach jego posiadłości, stawiałem się na każde zawołanie. Wszystko za walutę watykańską, czyli „Bóg zapłać”. Nawet na błazenadę w postaci umieszczenia przy ołtarzu obrazu, na którym kazał namalować samego siebie i katechetkę, patrzyłem przez palce. Ale po odejściu z seminarium, zaczął mi przyprawiać gębę: rozpowiadał, jaki ze mnie idiota, naubliżał mamie… Dla świętego spokoju zacząłem chodzić na msze do sąsiedniej parafii. Otwarta wojna wybuchła, gdy siostra urodziła dziecko, a ja miałem zostać ojcem chrzestnym… – wspomina Andrzej.

Jak wiadomo, do zapisania niemowlęcia w szeregi wyznawców kat. Kościoła potrzebna jest opinia, że rodzice biologiczni oraz chrzestni chodzą do kościoła, przyjmują i dają po kolędzie itp. Andrzej – nie mając pewności, czy podczas wizyty u ks. Tadeusza zdoła zapanować nad nerwami łączącymi mózg z rękoma – wysłał po to zaświadczenie siostrę. Ustne uzasadnienie odmowy wydania zaświadczenia dopuszczającego do chrztu było lapidarne: „Jest głupi, bo zrezygnował z seminarium, a jak przechodzi obok plebanii, to odwraca głowę. Niech idzie tam, gdzie daje na tacę”.

Poszedł…
– Wikary Wieńczysław Kot odesłał mnie do proboszcza Mariana Jezierskiego, ten zaś do księdza dziekana Zdzisława Morasa. Wszyscy zachowywali się elegancko, ale zaświadczenia nie wydali, bo – z przyczyn formalnych – nie mogli. Wiem, że nakłaniali tego Ch. do opamiętania, gdyż puściłem sygnał, że wybieram się ze skargą do kurii biskupiej, na co Ch. miał stwierdzić: „Niech jedzie, i tak mi gówno zrobi”.

Pojechał…
Biskup sufragan Jan Wątroba rozłożył ręce: „Nie jestem cudotwórcą” – wyznał Andrzejowi. Gdy młody człowiek napomknął, że opowie o tym mediom, ekscelencja załatwił sprawę w trymiga.
– Zatelefonował do dziekana Morasa, nakazując mu, żeby osobiście zawiadomił księdza Zenobiusza Łabusia, proboszcza parafii świętego Rocha, w której dziecko miało być ochrzczone, że mogę być ojcem chrzestnym bez pisemnego świadectwa moralności. Wszystko zakończyło się szczęśliwie, ale Ch. dopiero teraz pokazał, na co go stać. Rozpowiadał, jakobym podniósł na niego rękę, obmawiał księży… Ludzie zaczęli mi pluć pod nogi. Gdy poprosiłem mieszkającego w naszej parafii kleryka, żeby oddał proboszczowi nieprzydatną mi już komżę, Ch. kazał chłopakowi zabierać „tę szmatę” i zapowiedział, że wyrzuci mnie za drzwi, jeśli kiedykolwiek pojawię się w kościele…

Andrzej opuścił rodzinne strony i zamieszkał w nieodległej Częstochowie. Ponieważ przez lata był silnie związany z Kościołem, a w szczególności z parafią administrowaną przez ks. Tadeusza, znał wszystkie twarze swojego byłego proboszcza. Wiedział o samochodzie kupionym katechetce, której niewdzięczny mąż zapowiedział „wyrwanie nóg z dupy”, jeśli kiedykolwiek jeszcze zobaczy ją w pobliżu plebanii. Słyszał w seminarium opowiadania starszych kleryków o intymnych szczegółach czynnej „polityki prorodzinnej” uprawianej przez ks. Ch., gdy był jeszcze wikarym parafii w P. itp.

Zobaczył też coś na własne oczy:
– Pewnego wieczoru natknąłem się w Częstochowie na gruchającą parkę. Był to ksiądz Tadeusz z całkiem urokliwą damą. Dyskretnie obserwowałem, dokąd pójdą. Zawędrowali do bloku przy ulicy Kościuszki 3, gdzie jeszcze rankiem, idąc do pracy, widziałem na parkingu księżego volkswagena passata. Od tego momentu codziennie sprawdzałem, czy auto stoi przed domem tej kobiety. Gdy stwierdziłem, że dzieje się tak systematycznie, a nawet zostaje na noc, złożyłem wizytę w kurii…

Ks. infułat Marian Mikołajczyk (kanclerz i tzw. wikariusz generalny), dowiedziawszy się, że petent chce opowiedzieć biskupowi o rozwiązłości jego podkomendnego, nie chciał dopuścić Andrzeja do żadnego hierarchy, gdyż „ekscelencja nie ma czasu na głupoty”. I znowu pomógł bat: „Skoro nie, ujawnię rzecz dziennikarzom”…
– Przyjął mnie biskup pomocniczy Antoni Długosz. Zachował się bardzo ładnie, przeprosił za utrudnienia stwarzane przez Mikołajczyka, ale gdy ujawniłem „drugie życie” księdza Ch., z autentycznymi łzami w oczach stwierdził, że jedyne, co może zrobić, to modlić się za niego. Postanowiłem więc porozmawiać bezpośrednio z ordynariuszem, arcybiskupem Stanisławem Nowakiem. Do naszego spotkania doszło 2 sierpnia 2005 r.
– Od początku mieliśmy z nim problemy, jednak liczyliśmy, że ksiądz M. (Władysław, nieżyjący już wujek ks. Ch., jego promotor i sponsor w pierwszych latach kapłaństwa – dop. red.) weźmie go w karby. Stało się, niestety, inaczej, ale teraz go przecież nie zabiję – zauważył smętnie arcybiskup, gdy młody człowiek wylał przed nim swoje żale.
– Pytam go, czy to w porządku, gdy Ch. w nocy obraca kobietę, a rano prawi androny o moralności i bierze do ręki hostię. Wspomniałem też o dziecku w P. Na to arcybiskup: „Trudno, przyrodzenia mu na supełek nie zawiążę”. Opowiedziałem, w jaki sposób ksiądz Tadeusz mnie traktował i zażądałem, żeby odszedł z parafii lub publicznie w kościele przeprosił. „To nie jest takie proste” – rzekł arcybiskup. Zapowiedziałem, że nie ustąpię i nagłośnię sprawki Ch. „Ja pana za niego bardzo przepraszam” – usłyszałem w odpowiedzi. Trzasnąłem drzwiami… – relacjonuje Andrzej swoje pożegnanie z abp Nowakiem.

Chłopak cięty jest na swojego byłego proboszcza tak bardzo, że kto wie, czy – mimo bezradności biskupów – nie zniechęci jednak plebana do kocich łapek. Wtedy księdzu Ch. nie pozostanie nic innego, jak tylko dobrowolne „zawiązanie na supełek”.

A co na to wszystko ksiądz Tadeusz?
– Jest absolutną nieprawdą, żebym kogokolwiek w parafii prześladował. Komża szmatą? Nie przypominam sobie. Obraz z katechetką J.? Owszem, ale ta pani już wyszła za mąż i teraz nazywa się inaczej. Nie ma zresztą nic dziwnego ani ciekawego w tym, że na religijnych obrazach maluje się żyjących ludzi ze wspólnoty parafialnej. Planowaliśmy namalować więcej osób, ale na razie zabrakło nam środków finansowych. Czy bywam w Częstochowie na Kościuszki 3? Ymm… No…, w zasadzie tak, mam tam akurat znajomych, których czasem odwiedzam. A właściwie, dlaczego tak was to interesuje? – połapał się wreszcie proboszcz.

Obiecaliśmy, że dowie się już wkrótce…

[2006] FaktyiMity.pl Nr 1(305)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: