FiM – Gorzkie żale

Ksiądz. Dla wielu wciąż synonim prawości. Postępowania zgodnego z dekalogiem i nakazami wiary, którą zaciekle z ambony głosi. Zupełnie inny obraz środowiska jawi się w listach przysyłanych przez księży do „FiM”.

Dlaczego piszą? W reakcji na nasze publikacje, z bezsilności albo z powodu braku bratniej duszy, a czasem – po prostu – z donosem. Oto fragmenty niektórych listów:

# Ksiądz Krzysztof, diec. siedlecka: Trudno mówić o przyjaźni w środowisku, gdzie wszyscy sobie zazdroszczą, rywalizują o względy biskupa czy zwyczajnie sobie nie ufają. A głębsze relacje następują wówczas, kiedy kryją nawzajem swoje grzeszki (…). Jak już człowiek jest w tym środowisku, robi to, co inni. Trzeba mieć wyjątkowo twardy tyłek, żeby się stawiać. Nawet jeśli nie zrobisz niczego złego i tak cię zniszczą. Przez zawiść. Większość księży co innego mówi, a co innego robi. Traktują parafię jako dojną krowę, z której można i należy jak najwięcej wydoić, zdzierać, wydusić co się da. Ja jestem wikarym, muszę pracować na proboszcza. Proboszcz pracuje na biskupa. Każdy wie, że będzie żył na takim poziomie, jaki zafundują mu parafianie. Dlatego księża zazdroszczą sobie dobrych parafii i donoszą na siebie, by zasłużyć się u biskupa. Nie cofną się nawet przed opowiadaniem kłamstw na swój temat.

# Ksiądz Marek, diec. kielecka: Nie można być indywidualistą, najważniejsze jest posłuszeństwo i podporządkowanie, a to często jest nie do zniesienia. Łatwo zostać wyjętym poza nawias, bo w polityce personalnej Kościoła zbyt wiele jest subiektywności. Idealiści, ci, którym nie zależy na bogactwach, ale na ludziach, są nieobliczalni, bo mało sterowni. Takich się gnoi, wysyła do małych, biednych parafii. Niewielu to wytrzymuje.

# Ksiądz Henryk, diec. tarnowska: Już dawno odszedłbym z kapłaństwa, ale boję się, że nie dam rady – bez dachu nad głową, bez pracy i pieniędzy oraz wsparcia od „swoich”. Z dyplomem teologa, którym mogę sobie tyłek podetrzeć, bo i tak nie mam szans na etat katechety ani tym bardziej pracę na mojej uczelni, z której natychmiast zostałbym usunięty. W kraju Wojtyły jest tak, że znacznie lepiej być księdzem z kobietą przy boku, niż zrezygnować dla niej z kapłaństwa. Ludzie akceptują podwójne życie swoich pasterzy, zdarza się nawet, że głośno wyrażają zrozumienie, podczas gdy rezygnacja wiąże się z odrzuceniem i powszechnym ostracyzmem. Taki dziwny obyczaj.

# Marcin, były kleryk jednego z dolnośląskich seminariów: Pokusy czyhają na każdym kroku. U nas przewodnik duchowy bardziej niż naszym duchem interesował się ciałem. Wszyscy znali jego skłonności, kiedy więc zrobił się „sławny”, w nagrodę dostał intratną parafię w Jeleniej Górze, gdzie bez przeszkód udoskonala swoje metody badawcze, tyle że teraz musi swoim gościom fundować ekskluzywne prezenty, no i refundować koszty podróży.

# Ksiądz Tadeusz (wystąpił z kapłaństwa): Oczywiście, nie wszyscy są źli, ale księży z powołania to jest pewnie ze 40 proc. Ja nie miałem szczęścia. Już proboszcz na mojej pierwszej parafii był homoseksualistą. Utrzymywał kontakty z innym księdzem. Tamten odwiedzał go regularnie na plebanii, przyjeżdżał na kolację, a wyjeżdżał nad ranem. Dla wszystkich było jasne, po co się spotykają (…). Homoseksualizm to w seminarium temat tabu. Jeśli się o nim mówi, to tylko tyle, że to choroba. A jednak już jako kleryk miałem kilka razy kontakt z księżmi, przez których zostałem wprowadzony w życie kapłańskie od „tej” strony. Uczestniczyłem w tym. Spotykałem się z pewnym proboszczem, zostawałem na noc na plebanii. Kontakty zaczęły się powtarzać, aż w końcu wylądowaliśmy w łóżku. Później – już jako ksiądz – spotykałem się ze swoimi parafianami. Poznawałem ich zwykle podczas kolędy, zaczynałem chodzić do nich do domu, później oni przychodzili do mnie na plebanię. Zawsze wybierałem dorosłych ludzi. Tylko spotkania, bez emocji. Sporo piłem, żeby przytłumić myśli. To, czego nie zrobiłoby się na trzeźwo, alkohol potęguje. Wtedy łatwiej. Miałem wyrzuty sumienia, kiedy z kimś byłem w nocy, a później w stanie grzechu śmiertelnego odprawiałem mszę. W pewnym momencie zorientowałem się, że nie zwracam na to uwagi, nie myślę o tym. Że przestało mi to przeszkadzać. I to był dla mnie sygnał, żeby odejść. Jest taka zasada – dopóki coś się dzieje wewnątrz środowiska, jest tuszowane. Wielu moich kolegów, którzy nie mieli skrupułów z powodu swojej orientacji, teraz żyje w spokoju i dostatku, w dodatku z tytułami kanonika czy prałata.

# Kapłani z diecezji sosnowieckiej: Nie chcemy i nie możemy dłużej przypatrywać się temu, co bezkarnie dzieje się w diecezji i w kurii. Jak jedni są faworyzowani, uprzywilejowani pod każdym względem, a inni poniewierani niczym szmaty. Ksiądz jest dla biskupa dojną krową, co ma mało ryczeć, a dawać dużo kasy. Wystarczy, że któryś zalega przez 3 miesiące, a już jest wzywany do kurii na dywanik i po „braterskiej, pełnej miłości rozmowie” rezygnuje z parafii. Na jego miejsce zaraz jest mianowany ktoś z najbliższego otoczenia biskupa, kto jest zaufany, wierny i ma orientację homoseksualną. Aż trudno uwierzyć, że najbliższe otoczenie biskupa w jego obecności poklepuje się po pośladkach i puszcza do siebie zalotne uśmieszki. W związku partnerskim są ksiądz R. oraz ksiądz F. Kompletnie nie liczą się z innymi księżmi. Są aroganccy, pewni siebie, wyniośli. Kpią ze wszystkich. Liczy się u biskupa tylko taki ksiądz, który dużo daje i ma dobre znajomości wśród prezesów różnych firm.

[2011] FaktyiMity.pl Nr 30(595)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: