FiM – Seks najwyższego ryzyka

Celibat prowadzi do wielu groźnych chorób. W tym śmiertelnych…

Ksiądz Krzysztof M., 39-letni wikariusz parafii św. Krzysztofa w Gdańsku, zginął w środę 23 marca w swoim prywatnym mieszkaniu. Jego zwłoki znalazł nazajutrz wieczorem proboszcz ks. Zdzisław Róż, zaniepokojony nieobecnością duchownego na mszy. Miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, ale sekcja wykazała, że przyczyną śmierci było uduszenie przez ściskanie rękoma za gardło. Policjanci przetrząsnęli komputer nieboszczyka, sprawdzili odwiedzane strony internetowe (głównie portale gejowskie), listy elektroniczne, przeanalizowali połączenia z telefonu komórkowego i już po kilkunastu godzinach precyzyjnie wytypowali sprawcę. Gwoli ścisłości dodajmy, że zidentyfikowanie go było banalnie proste, bez potrzeby sięgania do billingów ani namierzania poprzez analizę przemieszczania aparatu (logowań do tzw. stacji bazowych BTS). Wystarczyło wrzucić do wyszukiwarki internetowej numer 50141 (…) 51 (pełnego nie ujawniamy dla dobra osób postronnych), na który duchowny intensywnie wydzwaniał w ostatnich dniach życia, żeby poznać nie tylko imię i nazwisko jego rozmówcy, ale nawet dokładny adres w J. (miasto w woj. wielkopolskim).

Mimo dramatycznych okoliczności szczerze nas w tej sytuacji ubawił komunikat KWP w Gdańsku z 26 marca, w którym czytamy, że dzielni „pomorscy policjanci badali wnikliwie każdy ślad, sprawdzali każdy sygnał i uzyskaną informację. Ich żmudna praca przyniosła efekty i dzisiaj rano w województwie wielkopolskim zatrzymali 18-letniego mężczyznę podejrzewanego o dokonanie zbrodni”.

Eryk B. (na zdjęciu) pochodzi z tzw. dobrego domu i jest, a w zasadzie był, uczniem klasy maturalnej technikum w Pile. Przyznał się do winy oraz szczegółowo opisał wszystkie okoliczności, które policja i prokuratura trzymają w najściślejszej tajemnicy. Wiemy skądinąd, że duchowny wyłowił go w internecie (chłopak ogłaszał się jako „model, hostmen, foto-model. Na przyjęcia i do reklamy”), do samego końca nie ujawniając swojego zawodu. Początkowo rozmawiali tylko za pośrednictwem komunikatorów i telefonicznie, aż wreszcie zaprosił młodzieńca na „spotkanie towarzyskie” do Gdańska. W środę wieczorem pojechał po niego na dworzec i około godz. 20.30 przywiózł do swojego mieszkania. Co tam dokładnie zaszło, nie wiemy, ale zabezpieczone przez policję ślady wskazują na gwałtowną bójkę, podczas której gospodarz upadł, a gość schwycił go za gardło… Znając ich gabaryty (Krzysztof M. – mężczyzna dosyć potężnej postury, Eryk B. – szczupły cherubinek), wolno domniemywać, że młodzieniec musiał być skrajnie zdesperowany, skoro podjął nierówną walkę.

Po zabójstwie zajrzał do szuflad i dopiero wówczas zorientował się, że miał do czynienia z księdzem. Oprócz dewocjonaliów znalazł 500 zł oraz złoty łańcuszek. Uciekając, zabrał je ze sobą, przez co usłyszał najcięższy z możliwych zarzut zabójstwa w celu osiągnięcia korzyści majątkowej (25 lat więzienia lub dożywocie). Nocnym pociągiem wrócił do domu, rano poszedł do szkoły, a nazajutrz bladym świtem przyszła po niego policja…

„Kapłan został uduszony, a prawdopodobną przyczyną był rabunek” – wskazał prokuraturze kierunek rydzykowy „Nasz Dziennik”. W nekrologu zamieszczonym na stronie internetowej archidiecezji gdańskiej czytamy, że „śp. ks. Krzysztof M (…) w swojej pracy kapłańskiej w szczególny sposób angażował się w formację i wychowanie młodzieży”, a przewodniczący ceremoniom pogrzebowym abp Sławoj Leszek Głódź rozpływał się nad talentami duszpasterskimi swojego podwładnego. Niemniej rozprawa odbędzie się niechybnie przy drzwiach zamkniętych…

###

Przestępstwa, których ofiarą padają duchowni, zaś w tle występuje wątek obyczajowy, stały się już nagminne. Czasem są to zbrodnie najcięższego kalibru, ale znacznie częściej narażają się na szantaże. Popatrzmy:

# Ks. Witold T. to opisywany przez nas proboszcz parafii w Blachowni koło Częstochowy, zasztyletowany przez niespełna 18-letniego Dawida M., ministranta i ucznia elitarnego liceum katolickiego (por. „Troska ze szczególnym okrucieństwem” – „FiM” 36/2008). Przypomnijmy, że według sprawcy była to zemsta za wieloletnie molestowanie seksualne. Już w pierwszym przesłuchaniu (tzw. spontanicznym, uznawanym przez doświadczonych policjantów za najbardziej wiarygodne) opowiadał, że duchowny rozpoczął jego „inicjację” po kilku miesiącach posługiwania przy ołtarzu, grożąc, że jeśli komukolwiek zdradzi ich tajemnicę, to z pewnością zostanie oddany do domu wariatów, o co ksiądz proboszcz gorąco się postara. Prokuratura odrzuciła tę linię obrony, twierdząc, że ręką ministranta kierowała tylko żądza pieniądza. Po zakończeniu tajnego procesu okazało się, że sąd znalazł salomonowe wyjście, bowiem przyznając rację prokuraturze, wymierzył Dawidowi M. stosunkowo umiarkowaną (wobec rangi zarzutów) karę 15 lat więzienia;

# Ks. Ernest K. – otoczony nimbem „powszechnie szanowanego kapłana” przewodniczący Trybunału Metropolitalnego Archidiecezji Gdańskiej. Zginął w swoim mieszkaniu na plebanii od kilku ciosów nożem zadanych przez Rumuna Silvestru G., którego poznał przypadkowo jako męską prostytutkę i który świadczył mu usługi seksualne. Motyw był tym razem typowo rabunkowy – zapadł wyrok 25 lat więzienia. „Pod pozorem udzielania pomocy charytatywnej, zwabiał do mieszkania osoby proszące o wsparcie – w tym wypadku żebrzących Rumunów, aby później wykorzystywać ich seksualnie” – argumentował w apelacji obrońca. Podczas tajnego procesu jeden ze świadków opowiadał, że już od dziecka był kształtowany przez szefa kościelnego trybunału pod kątem spełniania jego namiętności seksualnych: „Każde spotkanie wyglądało tak, że ksiądz robił kawę, piliśmy piwo, rozmawialiśmy na różne tematy, a potem ksiądz ze swojego ulubionego fotela przesiadał się obok na kanapę, rozpinał mnie i sobie spodnie, a potem masturbował (…). Później szedł do łazienki, a gdy wracał, pytał z uśmiechem, czy się nie gniewam. Trwało to 2, 3 lata. Nie potrafiłem wyrwać się, wyzwolić spod jego władzy (…). Kiedyś, na wycieczce, próbował odbyć ze mną normalny stosunek, ale nie dopuściłem do tego i pozostaliśmy na poziomie masturbacji” – zeznał były ministrant Grzegorz K.;

# Ks. Stanisław P. – dyrektor krakowskiego Caritasu, został zabity w sierpniu 1994 r. Rozporządzał ogromnymi pieniędzmi i był najbliższym współpracownikiem ówczesnego metropolity kardynała Franciszka Macharskiego. Zginął z motywów seksualnych oraz najprawdopodobniej rabunkowych (z caritasowego konta wyparowały pieniądze, ale nie wyjaśniono, gdzie trafiły), a zabójcą okazał się jego współpracownik i kochanek Piotr R., skazany na 15 lat więzienia w procesie tajnym (rozprawie mógł się przyglądać tylko przedstawiciel kurii);

# Ks. Janusza K. (50 l.) z Warszawy udusił na plaży w Jantarze (woj. pomorskie) łodzianin Andrzej P., jego młodszy o 20 lat partner seksualny. Narzędziem zbrodni był pasek od spodni… denata, a motywem – zazdrość zdradzanego kochanka, aczkolwiek prokuratura upierała się, że poszło tylko o pieniądze, ponieważ duchowny miał przy sobie gotówkę (krótko przed śmiercią sprzedał obrazy o wartości ok. 30 tys. zł), a z prywatnej kwatery, gdzie spędzali razem wakacje, sprawca zabrał książeczkę czekową przyjaciela oraz jego dokumenty i klucze do mieszkania;

# Ks. Waldemar P. z diecezji pelplińskiej doprowadził pewnego młodzieńca do homoseksualnej prostytucji. Zaczęło się niewinnie, od drobnych kwot za nic. Ot, tak po prostu i niczego w zamian nie oczekując.
– Gdy już mnie uzależnił, zażądał przytulanek, obiecując, że za nie zapłaci więcej. Odmówiłem, więc schował „stówkę” z powrotem do portfela. „Nie chcesz, to nic nie dostaniesz” – powiedział. Przy kolejnej wizycie zgodziłem się na to przytulanie. Nie ma co ukrywać, że uległem pokusie, bo przecież była to dla mnie fura pieniędzy. Po jakimś czasie przytulanie przestało mu wystarczać, więc przeszliśmy do fazy całkowicie rozbieranej, a po kilku razach (lekko upojony alkoholem nawet nie zauważyłem kiedy) – do łóżkowej – wspomina nastolatek. Zaszczepiona mu smykałka biznesowa obróciła się w końcu przeciwko nauczycielowi. Młodzieniec udokumentował spotkanie, po czym zaoferował przełożonym kapłana prawo pierwokupu multimedialnego spektaklu. Dostał kilka tysięcy złotych, a policji o transakcji nie informowano;

# Ks. Paweł L., wikariusz z Bydgoszczy, uchodził w diecezji za jednego z najbardziej utalentowanych specjalistów od kościelnego rzemiosła. Prywatnie miał gromadkę narzeczonych oraz hobby w postaci namiętnego fotografowania wszystkiego, co się rusza. Żeby spełniać oba te zamiłowania równocześnie, igraszki z kochankami urozmaicał sesjami zdjęciowymi, podczas których wnikliwie rejestrował ich najbardziej intymne zakamarki, tudzież swoje osobiste przyrodzenie, ozdobione gustownym niebieskim kolczykiem. Jedna z pań sprzedała prawa autorskie do owych fotek, a kupiec zaproponował duchownemu, że może mu je oddać za 200 tys. zł. Przeholował, więc wpadł w ręce policji;

# Ks. Leon T., proboszcz parafii w B., diecezja włocławska, zaprosił do siebie dwóch nastolatków z Włocławka. Molestowani przez niego wrócili po kilku dniach – w nocy. Przywiązali księdza i jego gosposię do kaloryfera. Oboje dotkliwie pobili i zrabowali kilkanaście tysięcy zł.

# Ks. Zenon L., proboszcz z archidiecezji gnieźnieńskiej, zaprosił na plebanię niejakiego Olgierda, mieszkańca Chojnic reklamującego się w ogłoszeniach jako „szatyn, oczy brązowe, nieowłosiony, pasywny i aktywny w oralu, jak również w analu”, oraz posiadacz przyrodzenia w formacie XL. Po wspólnej zabawie pan Olgierd zrobił golusieńkiemu kapłanowi kilka fotek, za które zażądał później 20 tys. zł. Dostał rok i cztery miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata;

# Ks. Jan K., proboszcz parafii w K. (archidiecezja poznańska), regularnie korzystał z usług prostytutek i miał w zwyczaju nagrywać spotkania na kasetach wideo, żeby zadowalać się nimi do czasu uskładania funduszy na kolejną imprezę. Pewnego razu poprosił o przywiezienie na plebanię dwóch pań. Gdy zaprezentował im swoją filmotekę, jedna z dziewcząt uległa pokusie i wykradła kasetę. Dręczyło ją sumienie, więc oddała zdobycz pracodawcy. Ten zaoferował księdzu zwrot filmu za 300 tys. złotych, ale po pertraktacjach stanęło na 50 tysiącach. Gdy kapłan zgromadził już pieniądze i spojrzał na paczki banknotów, mało mu serce nie pękło. Zawiadomił policję, która schwytała szantażystów na gorącym uczynku przyjmowania okupu. Dostali „zawiasy” i grzywnę, a pleban rok bezwzględnej odsiadki w klasztorze;

# ksiądz dziekan Leszek R. z archidiecezji warmińskiej pluskał się w wannie wraz z Małgorzatą L., znaną w olsztyńskim półświatku pod pseudonimem „Iza”. Nie wiedział, że jest w ukrytej kamerze obsługiwanej przez grupę przestępczą, w skład której wchodził ks. Józef L. (proboszcz z Mrągowa), typujący i „wystawiający” kolegów po fachu łasych na przygody z chłopcami lub niewiastami. Tym razem powinęła im się noga, bo oferta wymiany kasety za 315 tys. zł (obniżona po pertraktacjach do 275 tys. zł) była doprawdy księżycowa. Ksiądz Józef zainkasował rok i osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz 15 tys. zł grzywny.

Ciąg dalszy podobnych historii niewątpliwie nastąpi…

[2011] FaktyiMity.pl Nr 14(579)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: