FiM – Co ci się, draniu, śni?

Wieś Witonia, okolice Łodzi, godzina 23.30. Dwunastoletni Wojtek jak zwykle cały dzień spędził na plebanii i znów spóźnia się do domu. Zdenerwowana matka idzie do przykościelnego budynku. Drzwi zastaje otwarte. Wchodzi. W obszernym pokoju nagrywany jest właśnie film pornograficzny z jej synem i księdzem w rolach głównych.

Obrzydliwe afery pedofilskie z udziałem księży wstrząsają ostatnio opinią publiczną niemal na całym świecie. Ludzie ze zdumienia i przerażenia przecierają oczy, gdy niemal codziennie dowiadują się z mediów o zwyrodniałych praktykach katolickich duszpasterzy i o tuszowaniu spraw przez ich przełożonych – purpuratów oraz przez Watykan.

„To tylko stek kłamstw rozdmuchany przez wrednych dziennikarzy. Poza tym Polaków to nie dotyczy. Wszak od Ameryki dzielą nas tysiące kilometrów, spory ocean i przede wszystkim tysiącletnie tradycje wiary” – słychać z anteny Radia Maryja. Czy jesteście tego pewni, bezkompromisowi dziennikarze ultrakatolickich mediów – wy, głosiciele prawd jedynie słusznych i postaw jedynie właściwych? Zmącimy wasz błogi spokój i samozadowolenie.

Dziennikarze „Faktów i Mitów” wpadli na trop i rozwikłali ohydną, rodzimą aferę pedofilsko-pornograficzną wstydliwie przechowywaną i utajnianą w pancernych sejfach policji, prokuratury i kurii.

Wieś Witonia koło Łęczycy, rok 1998. Na stanowisko wikarego w tutejszej parafii zostaje przyjęty młody ksiądz. Nazywa się Wincenty Pawłowicz. Już na dzień dobry nowy wikary zapowiada rewolucyjne zmiany w kształceniu tutejszych dzieci (nikogo na razie nie niepokoi, że chodzi wyłącznie o chłopców): „Internet, oto jest przyszłość edukacji” – podnieca się ksiądz i zapowiada wszem wobec, że na plebanii uruchomi pracownię komputerową. Rzeczywiście tak się staje.

Witońskie, wiejskie dwunasto- i trzynastolatki są w siódmym niebie i coraz więcej czasu spędzają przed plebanijnymi komputerami. Tylko że… rodzice zauważają w zachowaniu swoich pociech daleko idące zmiany: chłopcy są zdumiewająco małomówni i jakby trochę nieswoi. Wieś zaczyna szeptać, że na plebanii dzieje się coś niedobrego, jednak na szeptach się kończy, bo nikt nie jest na tyle odważny, aby wprost zapytać Pawłowicza, czego uczy dzieci w godzinach późnonocnych.

Nadchodzi jednak pewien kwietniowy dzień 1999 roku. Zdenerwowana Maria W. wciąż spogląda na zegarek. Jej dwunastoletni syn poszedł na plebanię zaraz po szkole i do tej pory nie wrócił. Kobieta decyduje się pójść po dziecko. Na pukanie do plebanijnych drzwi nikt nie odpowiada. Naciska klamkę – otwarte, wchodzi więc do środka. Z pokoju obok słyszy odgłosy muzyki. Tam kieruje kroki.

Widok, który staje się jej udziałem, zapamięta do końca życia: w obszernym łożu leży nagi Wojtek, jej syn. Ksiądz wikary odbywa z nim stosunek doodbytniczy. Przerażona kobieta dostrzega jeszcze, że na statywie obok łóżka ustawiona jest kamera i halogenowy reflektor. Trwa realizacja pornograficznego, pedofilskiego filmu z udziałem dziecka.

Oszczędzimy sobie i Państwu szczegółów tego odrażającego widowiska. Dość powiedzieć, że kobieta z podobną sytuacją spotyka się (nawet ze słyszenia) pierwszy raz w życiu i nie wie, co począć. Z jednej strony ma przed sobą wyidealizowaną postać księdza, osoby z założenia bez skazy, z drugiej – żywą i okropną pamięć tego, co widziała. Co począć?

O radę prosi znajome, których synowie – podobnie jak jej Wojtek – też wiele godzin spędzali na plebani. Okazuje się, że i te kobiety od dawna są pełne obaw i podejrzeń. Pospiesznie przepytywane dzieci zdradzają makabryczną prawdę: to nie był tylko Wojtek i to nie był tylko ten jeden raz. Było wiele razy i wielu chłopców w ten sam sposób wykorzystywanych seksualnie przy realizacji pornograficznych filmów z udziałem księdza wikarego.

We wsi z zasady wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, więc takiego skandalu długo nie udaje się utrzymać w tajemnicy. W Witoni zaczyna wrzeć. A tymczasem tuż obok plebanii znajduje się posterunek policji, na którym pracuje kilku uczciwych policjantów. Wiadomości o wstrętnej, plebanijnej alkowie dociera do komisariatu, a strach przed księdzem nie paraliżuje poczynań funkcjonariuszy. Jak na warunki polskie, rzecz niezwykła. Telefonicznie powiadamiają o wszystkim swoich zwierzchników i przystępują do przesłuchań.

Już pierwsze rozmowy z chłopcami i ich rodzicami odsłaniają kulisy makabrycznej prawdy. Matka Wojtka zeznaje do policyjnego protokołu, co widziała, a jej syn opowiada, co przeżywał. Relacje innych dzieci są zgodne i równie drastyczne.

Policjanci są wstrząśnięci. Nie mają już najmniejszych wątpliwości co do skali i rangi obrzydliwego zjawiska, do którego doszło w ich małej miejscowości. Z pobliskiej Łęczycy wyrusza więc i pędzi na sygnale radiowóz. Jadąca nim ekipa śledcza ma za zadanie zabezpieczyć ślady. Nic z tego. Na miejscu, w Witoni, dowiadują się od proboszcza, że na plebanię nie zostaną wpuszczeni, „bo taką zgodę może wydać jedynie ksiądz biskup, a zresztą wikarego już nie ma, bo w nocy został nagle przeniesiony przez biskupa na inną placówkę” i onże proboszcz nie ma pojęcia, na jaką (!). „Poza tym, cały sprzęt komputerowy, kamery i taśmy z nagraniami zostały zabrane przez pracowników kurii”.

W tej sytuacji stróże prawa mogą jedynie pocałować klamkę.

Dzień później grupa rodziców gwałconych dzieci jedzie do kurii na jej specjalne zaproszenie. Przyjmuje ich sam ksiądz biskup ordynariusz Orszulik. O czym rozmawiano i jakie padały propozycje – tego już nie uda się ustalić nigdy, choć efekt dysputy rzuca pewne światło na jej przebieg. Oto dzieje się bowiem rzecz niesłychana: następnego dnia wszyscy rodzice wykorzystywanych seksualnie chłopców wycofują na piśmie swoje obciążające wikarego zeznania.

Tydzień później – 11 maja 1999 roku – Prokuratura Rejonowa w Łęczycy postanawia odmówić wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Jedynym śladem makabry pozostają rozlepiane w okolicznych miejscowościach (i w Łodzi), powielone na ksero, plakaciki informujące o całej sytuacji. Niezauważone przez media są natychmiast zrywane, a ich autor do dziś pozostaje anonimowy.

###

Mijają trzy lata względnej ciszy – choć nie do końca. Jeden z członków Zarządu Gminy Witonia próbuje się dowiedzieć, jak to się stało, że tej makabrycznej sprawie „ukręcono łeb”. Bezskutecznie. Na wciąż ponawiane pytania pozostali radni pozostają głusi i w końcu – na jednym z posiedzeń rady – każą mu zamilknąć. W odpowiedzi radny podaje się do dymisji.

Czerwiec 2002 roku – dziennikarze „FiM” wpadają na trop makabrycznych wydarzeń sprzed trzydziestu kilku miesięcy.

###

Jedziemy do Witoni. Spokojna, nawet nieco senna miejscowość. Jej mieszkańcy mają jednak zadziwiająco dobrą pamięć. Ekspedientka w sklepie: – To była hańba dla Kościoła i całej wsi. Wszyscy byliśmy zdumieni ciszą, jaka wokół sprawy zapadła niemal z dnia na dzień. Jeszcze w tamtą pamiętną środę jeździły po wsi radiowozy, policjanci przesłuchiwali ludzi, a w czwartek już nic – cisza jak makiem zasiał. I tylko ludzkie gadanie pozostało. Może nie tyle gadanie, co szeptanie.

Przechodzień – mężczyzna w średnim wieku: – Byłem radnym gminy Witonia i z tej racji na bieżąco obserwowałem rozwój wypadków. Najbardziej zbulwersowała mnie cisza, jaka zapadła wokół sprawy po wizycie rodziców molestowanych dzieci w kurii. Nagle wszyscy nabrali wody w usta i wycofali z policji poprzednie zeznania.

Policjant I: – Byłem członkiem ekipy prowadzącej to śledztwo. Przesłuchiwaliśmy najpierw rodziców molestowanych chłopców, a później ich samych. Wszyscy opowiadali tę samą przerażającą historię. Historię o zwabianiu dzieci na plebanię i kręceniu z ich udziałem filmów porno-graficznych. W filmach tych brał czynny udział ksiądz wikary. Ustaliliśmy ponadto, że gotowe już filmy ksiądz Pawłowicz umieszczał na pedofilskich witrynach internetowych. Niestety, sprawie odgórnie ukręcono łeb, a nam zabroniono zajmować się dalej śledztwem. Wręcz nakazano zapomnieć o wszystkim.
– Kto zabraniał i nakazywał?
– Zwierzchnicy.
– Z komendy w Łęczycy?
– Wyżej.
– Z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi?
– Tak! Ale w sprawę zaangażowały się jeszcze wyższe czynniki. Doszło do tego, że pojawili się w Łęczycy i Witoni funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa z Warszawy i skonfiskowali nam komplet materiałów ze śledztwa. Dowody rzeczowe też zabrali.
– Kto to był i o jakie dowody chodzi?
– Nie mogę powiedzieć. Nadal obowiązuje mnie tajemnica służbowa. Poza tym… mam trzy lata do emerytury… Ale powiem panu o fakcie, który nas, gliniarzy, zbulwersował najbardziej: jeden z molestowanych chłopców miał dosłownie rozerwany odbyt. Do dziś się leczy!

Policjant II: – Byłem członkiem bezpośredniej grupy operacyjnej biorącej udział w tym śledztwie. Tak obrzydliwej sprawy jeszcze nie widziałem. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że mieliśmy do czynienia z łajdactwem o nieznanym dotąd w Polsce wymiarze. Zabezpieczyliśmy wszelkie dowody i zeznania poszkodowanych. Nic jednak nigdy nie ujrzało światła dziennego. Mój bezpośredni szef kazał o wszystkim zapomnieć. Groził zwolnieniem z pracy za najmniejszy przeciek do mediów…
– Nazwisko tego szefa…
– Pan żartuje. Chcę jeszcze chwilę popracować.
– Czy prawdą jest, że sprawę tuszował były wojewoda Kasiński, bliski przyjaciel biskupa Orszulika?
– Tego też nie mogę powiedzieć. Pewne osoby mają nadal długie ręce.

###

Komenda Rejonowa Policji w Łęczycy, rzecznik prasowy Zygmunt Nawrotek: – Pamiętam sprawę. Cóż… nasi policjanci przeprowadzili postępowanie, przekazali dokumenty prokuraturze, a ta odmówiła wszczęcia śledztwa. Sprawa w ten sposób umarła. Dlaczego tak się stało, nie umiem powiedzieć.

Prokuratura Rejonowa w Łęczycy, prokurator Jacek Podlipski:
– Nie przypominam sobie takiej sprawy. Spróbujemy ją odszukać w archiwum.

Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań na biurku Podlipskiego ląduje teczka z… kilkoma (!) stronami dokumentów.

Prokurator:
– No tak… odmówiliśmy wszczęcia śledztwa, bo wszystko polegało raczej na plotce niż na faktach… Poza tym, to sama policja wystąpiła z wnioskiem o niewszczynanie postępowania…

Zdumieni takim oświadczeniem – jakże różnym od opinii policjantów – prosimy przedstawiciela organów ścigania o odczytanie protokołu zeznań jednej z matek molestowanych chłopców. Prokurator czytał i w trakcie tej czynności wyraźnie tracił pewność siebie.
– No tak… no tak, rzeczywiście wstrząsające, ale później wszyscy rodzice pisemnie wycofali swoje zeznania. O, tu są ich wnioski…
– Czy pan nie widzi, że wszystkie te wnioski pisane są na tej samej maszynie? Czy trzy lata temu nikogo w tej prokuraturze fakt ów nie zastanowił, nie zdziwił? Dlaczego nikt nie próbował odszukać i przesłuchać księdza, który w ciągu kilku nocnych godzin zabrał cały swój dobytek i uciekł?
– Rzeczywiście, maszyna do pisania jest ta sama… Fakt zniknięcie księdza jest też tajemniczy… Wygląda na to, że śledztwo zostanie w takim razie wszczęte i prowadzone od nowa.

###

Tyle uzyskaliśmy w łęczyckiej prokuraturze. Co mamy? Policja twierdzi, iż winna jest prokuratura, a prokuratura – że policja. My, dziennikarze, czyli prawni laicy, podpowiadamy panu prokuratorowi, gdzie trzy lata temu popełniono błędy – jeśli tylko o błędy, a nie o celowe raczej działanie tu chodzi:
1. Nie zabezpieczono zeznań molestowanych chłopców. Należy za wszelką cenę odnaleźć je i dowiedzieć się przy okazji, kto personalnie jest odpowiedzialny za ich brak w aktach.
2. Trzeba powtórnie przesłuchać rodziców chłopców i ustalić, kto wywierał na nich presję, aby wycofali wcześniejsze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Przy okazji wskazane byłoby ustalenie, na czyjej maszynie do pisania owe „wycofania” zostały sporządzone, ze wstępnym wskazaniem na maszynę kurialną.
3. Niezwłocznie trzeba przesłuchać księdza Pawłowicza, a także wszystkich policjantów biorących udział w śledztwie sprzed trzech lat (służymy adresami i nazwiskami).
4. Dołączyć do akt sprawy dokumenty z przebiegu leczenia urazu odbytu napastowanego przez księdza chłopca.
5. Ustalić i ukarać dyscyplinarnie prokuratora, który uznał, że wycofanie zeznań przez rodziców zamyka sprawę. Prawnik ten albo nie zna kodeksu prawa karnego, albo…

Przypuszczamy, że we wznowionym śledztwie prokuratura natrafi na pewien poważny problem: ustalenie obecnego miejsca pobytu uciekiniera Pawłowicza. W obawie, że poproszona o poszukiwanie policja będzie miała z tym zadaniem trudności, wzięliśmy się do tego sami. Zajęło nam to tydzień, w ciągu którego dowiedzieliśmy się, że wikary Pawłowicz zadziwiająco często przenoszony jest z parafii do parafii. Od czasu nocnej ucieczki z Witoni zmieniał miejsce zamieszkania kilka razy. Ostatnio (jeszcze w minioną niedzielę) pracował jako wikary w parafii Lubochnia koło Tomaszowa Mazowieckiego. Gdy go tam spotkacie, zapytajcie: co ci się, draniu, śni?

Kolejne fakty dotyczące tej makabrycznej sprawy w następnym numerze „FiM”

Część dalsza „Co ci się draniu śni?”

Koledzy dziennikarze poprosili mnie o skomentowanie powyższego, wstrząsającego materiału. Czy wymaga on jednak komentarza? Fenomen zjawiska polega na tym, iż nie do końca sami księża pedofile ponoszą winę za swoje odrażające skłonności. Niewątpliwie wielu z nich do tzw. kapłaństwa – zamiast powołania – przyciągnął obłudny i chory jak oni sami system. System wymagający od swoich funkcjonariuszy przymusowego celibatu i czystości. Jeśli to pierwsze jest możliwe, choć nie powinno być warunkiem dopuszczenia do święceń, to wymóg czystości w 99 przypadkach na 100 – jest już tylko utopią. Brak zgodnego z naturą i wolą Bożą pożycia w małżeństwie i rodzinie rodzi dewiacje i powoduje przetransponowanie popędu seksualnego, często w kierunku dzieci. W ten sposób przyszli pedofile zdobywają swoje szlify już w zamkniętych środowiskach seminariów duchownych, a późniejsza praca z dziećmi w parafiach jest naturalną okazją do aktów pedofilskich. Biblijne porównanie z wilkami puszczonymi między owce – jest w wielu przypadkach jak najbardziej na miejscu. Oczywiście, nie myślę tu o wszystkich czy nawet większości duchownych. Jednak to nie mity i nie plotki, ale udokumentowane badania i fakty potwierdzają, że proporcjonalnie najwięcej pedofilów można znaleźć w szeregach katolickich księży. Tymczasem chory system funkcjonuje mimo wielu zarzutów i wstrząsających afer. Ani papież, ani żaden urzędnik watykańskiej kurii nie odpowiedzą prawdopodobnie nigdy za deprawację własnych księży i maluczkich. Nie myślą też zmieniać kryminogennych praw, zwanych (na potrzeby wiernych) uświęconymi. Do celibatu dorabia się bowiem ideologię, nimb wybraństwa i świętości. Więc ja „świętym wybrańcom”, celibatariuszom-pedofilom, powiadam: wszystkie wasze grzechy będą wam odpuszczone, ale za grzechy przeciwko dzieciom – niech was szlag trafi!
JONASZ

[2002] FaktyiMity.pl Nr 27(122)/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: