FiM – Łowca dusz

Zero tolerancji dla pedofilii, pełna ochrona ofiar i ich bliskich. Tak – według rzecznika Episkopatu – miało być w polskim Kościele. Pobożne życzenia…

W Wielki Piątek bieżącego roku proboszcz zniknął z parafii. Kuria odwołała go w trybie natychmiastowym. W Wielką Sobotę pojawił się ksiądz administrator. Ludzie są zachwyceni, bo punktualnie zaczyna msze. Na poprzedniego musieli nieraz czekać nawet pół godziny. O przeszłości swego dotychczasowego proboszcza chcą jak najszybciej zapomnieć. Za bardzo ona tu wszystkich boli.

###

Ksiądz Andrzej S., bo o nim mowa, na początku swej kapłańskiej kariery jako wikariusz w parafii w Kartuzach molestował ministrantów. To było w latach 80. Wówczas biskup zapewniał rodziców jednej z ofiar, że sprawę zna i nad nią boleje, a ks. Andrzej zostanie skierowany po rekolekcjach na inną placówkę, i to pod groźbą, że w razie recydywy będzie pozbawiony możliwości wykonywania obowiązków kapłańskich. Duchowny rekolekcje odbył, poprawę przyobiecał, a później na otarcie łez dostał od biskupa posadę proboszcza w Mszanie (diec. toruńska), stanowisko ojca duchownego (sic!) w dekanacie oraz nieskrępowany dostęp do ministrantów. Miał do nich rękę – w kościele było aż biało od komży i alb. Matki z dumą posyłały swoich chłopców do kościoła.

Ksiądz Andrzej był w Mszanie ponad 20 lat. I pewnie doczekałby tu emerytury, gdyby nie upór Marka, człowieka molestowanego przez księdza ćwierć wieku temu w parafii w Kartuzach. Mężczyzna, który do dziś nie może się pozbierać ani zrozumieć, jak biskup mógł z niego aż tak zakpić (zamiast usunąć pedofila z kapłaństwa, usadowił go na kolejnej parafii), przywiózł do ks. Andrzeja ekipę Telewizji Polskiej.
– Rany się goi, a nie rozdrapuje. Tu jest wielka rana, mój drogi. Chorego się nie dobija, tylko leczy – tak powiedział na wizji ks. S. swej ofierze sprzed 25 lat, niczego się przy tym nie wypierając.

###

Kiedy ks. Andrzej objął nową placówkę, wyleczony nie był. Robert (imię zmienione) o tym, co w dzieciństwie zrobił mu ten duchowny, mówi po raz pierwszy. Nie wypowiada się pod nazwiskiem, gdyż boi się, że konsekwencje mogłyby dotknąć wciąż mieszkającą w Mszanie rodzinę.

###

To było 11 lat temu. Robert miał wówczas 13 lat. Pewnego dnia poszedł pomóc w układaniu książek. Ksiądz zostawił go samego. Po chwili wrócił. Ubrany był w szlafrok. Usiadł na łóżku. Kazał mu podejść, powiedział, żeby się w ogóle nie bał.
– Miał na sobie słuchawki. Takie lekarskie. Powiedział, że jestem w wieku dorastania i że najwyższy czas, aby on mnie zbadał. Poza tym skończył kursy, zna się na wahadełku i zobaczy przy okazji, czy się dobrze rozwijam. Stałem jak sparaliżowany, zabetonowany.

– A ksiądz?
– Przyciągnął mnie do siebie, zaczął rozbierać, badać słuchawkami po ciele. W końcu oświadczył, że dla pełnego obrazu muszę zdjąć majtki. Tylko na chwilę. Zaproponował, że jeśli się wstydzę, on może rozebrać się pierwszy. Zobaczę przy okazji, jak to wszystko wygląda u dorosłych facetów. Opierałem się na tyle mocno, że w końcu spasował. Zapowiedział tylko, żebym nikomu nie mówił, bo jego intencje na pewno będą źle zrozumiane przez ludzi. Mówił, że i tak nikt mi nie uwierzy, zrobię z siebie pośmiewisko, a przecież on chciał dobrze. Później zawsze zaznaczał, że jeśli to się wyda, to co ludzie pomyślą o moich rodzicach. Mówił, że to, co on robi, jest normalne. Dla mnie to był szok, strach. Milczałem.

– Sądzisz, że dziś byłoby łatwiej mówić?
– Ludzie w parafii zbyt chętnie o tym nie mówią, bo to dotyczy niemal każdego. W co drugiej rodzinie jest ministrant – czyjś syn, kuzyn, bratanek. Nikt nie chce przyjąć do świadomości tego, że i z nim ksiądz mógł to robić. Lepiej to wyprzeć. Jest jakiś mechanizm w naszej mentalności, że nawet dorośli ludzie boją się księdzu postawić. Bo sutanna, bo dziecka nie ochrzci, bo sąsiedzi będą dupę obrabiali. To jak się dziwić nastoletniemu dziecku, że nic nie powie?

– A wówczas wiedzieliście, że wasza parafia to była dla księdza Andrzeja kara za grzech pedofilii?
– Do parafii trafił z czystą kartą, nikt nam niczego nie wyjaśniał. Trudno powiedzieć, że to była kara. Około 3 tys. osób. Kilka wsi. Parafia zawsze słynęła z tego, że ludzie w niej hojni. Wielu bogatych rolników i przedsiębiorców. To dla ks. S. nie była kara, tylko nagroda. Wystarczyło, żeby trafił do nieodległej parafii w Grzybnie, Bobrowie czy Kruszynach, gdzie są biedne tereny popegeerowskie. Tam musiałby rzeczywiście pracować u podstaw.

– U was zdobył uznanie?
– Wrażenie robił bardzo dobre – miły, otwarty. Dbał o parafię, o otoczenie. Z każdym miesiącem pozyskiwał nowych ministrantów.

– Jak?
– Ogłoszenia, pogadanki z rodzicami podczas kolędy, obietnice celujących ocen z religii. Na każdej z trzech niedzielnych mszy po 30 ministrantów stało przy ołtarzu. Były czasy, że połowa kościoła to byli ministranci. Biskup, gdy przyjeżdżał na wizytację, chwalił księdza, że jest taki zorganizowany.

– A później?
– A później był bardzo opiekuńczy, pamiętał o naszych imieninach czy urodzinach. Przyjeżdżał do nas z prezentami. Wśród ministrantów była rywalizacja o jego względy. Im bardziej ktoś się udzielał, częściej chodził do kościoła i pomagał mu – dostawał elegantszą komżę i więcej pieniędzy za kolędę. Mógł czytać na mszy, trzymać patenę podczas komunii i siedzieć bliżej ołtarza, co znaczyło, że jest kimś. Ostatnim etapem jego dobrodziejstwa był dwumiesięczny wyjazd do Niemiec. Jeździł tam w celach zarobkowych. Zabierał ze sobą niektórych chłopaków, proponował pracę i zwiedzanie. Rodzicom mówił, że będziemy mieć okazję na poznanie języka.

– I oni się godzili?
– Tak, bo on najpierw zdobywał zaufanie rodziców. Starał się im pomagać, jeśli potrzebowali pomocy. Doradzał, gdy potrzebowali rady. Szukał pracy, gdy akurat ją stracili. Ksiądz Andrzej jest mistrzem w nawiązywaniu znajomości. Preferuje domy, w których są młodzi chłopcy. Teraz, gdy to analizuję, dostrzegam, że jego najlepszymi znajomymi byli ci, którzy mieli synów, a ci zazwyczaj stawali się ministrantami. No a przede wszystkim on – ulubieniec lokalnej władzy, który bywał na salonach – zaszczycał swoją obecnością zwykłych ludzi w ich domach.

– To aż takie wyróżnienie?
– Szacunek i pokorę w stosunku do księży wysysamy z mlekiem matki. Na wizytę biskupa kobiety kupują sobie nowe sukienki. Są dobierani odpowiedni ludzie, którzy mogą wręczyć biskupowi kwiaty. W takiej małej społeczności proboszcz to najważniejsza osoba, ważniejsza od wójta. Na urodzinach u księdza bywały osoby pracujące w organach ścigania i lokalni wójtowie. Pełen kościół ludzi, fajerwerki, pierwsze ławki zarezerwowane dla lokalnej wierchuszki. To jest zaszczyt, że ktoś księdza zna, że ksiądz odwiedza jego dom.

– Ministranci często odwiedzali plebanię?
– Na plebanii zawsze było dużo różnych zajęć – porządkowanie książek, sortowanie ubrań, drobne remonty, koszenie trawnika. Ksiądz zawsze znalazł jakiś pretekst, zapraszał do pomocy. Dla kilkunastoletniego chłopaka, jakim wówczas byłem, to było fajne. Nie dopatrywałem się drugiego dna. No bo to przecież ksiądz – osoba święta. Gdy zostawaliśmy sam na sam, opowiadał, że widzi we mnie potencjał, ma do mnie zaufanie. Czasami dawał mi drobne prezenty albo markowe ciuchy. Proponował, żebym przymierzył, czy pasują. Wychodził, ale zostawiał uchylone drzwi. Przez głowę mi nie przeszło, aby coś podejrzewać. Na początku, w fazie oswajania, nie był nachalny.

– Kiedy pierwszy raz przekroczył granicę?
– To było w jego samochodzie. Jechaliśmy z kaplicy w Małkach, gdzie odprawiał mszę, do której służyłem. W drodze zaczął mnie podszczypywać, macać, pytać, co mam na sobie. Wydało mi się to niesmaczne, ale z drugiej strony miałem świadomość, że mówi do mnie ksiądz, więc to musi być żart. Przez 3 lata nie powiedziałem nikomu, nie zrobiłem nic. Sądzę, że tak czuje większość tych, którzy boją się mówić. Czują się winni, że nie powiedzieli dość albo nie zgłosili tego na policję.

– Korzystał z tej bezkarności?
– To albo się działo po mszy, albo po jakichś uroczystościach. Niby było wkoło dużo ludzi, ale ksiądz zawsze potrafił doprowadzić do sytuacji, w której zostawaliśmy sam na sam. Niemal w każdym przypadku, który znam, było wahadełko, masowanie pleców oraz badanie czy leczenie. Mówił, że bolą go plecy, kupił właśnie świetny olejek do masażu. Chciał, żebyśmy masowali się wzajemnie. Nie miałem ochoty. Gdy on mnie dotykał, onanizował – płakałem, ale jemu to nie przeszkadzało. Kiedy skończył, wychodziłem. Jak robot. Coś takiego jest w dziecku, że nie ma ochoty nikomu o tym powiedzieć. Czułem się, jakbym nie miał duszy. Ja się bałem, że zostanę zlinczowany, że nikt mi nie uwierzy.

– Nikt nie dogrzebał się przeszłości proboszcza?
– W parafii już wtedy się o tym mówiło. Przywoził sobie z Brodnicy jakichś chłopców. Tłumaczył, że to kuzyni. Ludziom się to wydawało dziwne, ale nie zabierali swoich synów od ołtarza. On był autorytetem dla naszych rodziców. Miał duży wpływ na to, co się działo w każdej rodzinie, którą często odwiedzał. A przyjeżdżał zwykle wieczorami. Przesuwał sobie tę granicę. Zdarzało się nawet, że dzwonił do drzwi po 22. Wiedział, że wtedy dzieci śpią.

– Do twoich rodziców też przyjeżdżał?
– Mama była niezadowolona, że on tak późno przyjeżdża, ale wstawała, robiła mu herbatę i podawała ciasto. Któregoś razu pojawił się wieczorem w moim pokoju pod pretekstem przejrzenia zeszytu od niemieckiego. Chwilę czekał, aż zrobi się cicho na korytarzu, i wtedy przysiadł na brzegu mojego łóżka, włożył mi rękę pod piżamę i zaczął onanizować. Byłem przerażony, kazałem mu wyjść. Wyszedł, ale nie był w ogóle przestraszony. Był bardzo pewny siebie. Pamiętam, że ja się cieszyłem, że on wyszedł. Chciałem za wszelką cenę iść spać.

– A ten dzień, kiedy powiedziałeś dość?
– To było po mszy. Zamknąłem kościół i poszedłem odnieść księdzu klucze. To było w jego gabinecie. Zamknął drzwi, zasłonił okna, podszedł mnie od tyłu, zaczął się za mnie zabierać. Chciał mnie zgwałcić, odepchnąłem go. Wtedy zagroził, że on może o wszystkim, co ja z nim wyrabiam, powiedzieć rodzicom i ludziom. Przedstawił to właśnie tak, jakbym to ja przez te wszystkie lata coś mu robił. Był bardzo agresywny, wpędził mnie w poczucie winy. Ale byłem na tyle silny emocjonalnie, że się postawiłem. Spojrzał na mnie z pogardą. Stwierdził, że jeśli nie zrobię tego, co on chce, powie ludziom, jaki ja byłem przez te wszystkie lata. Uciekłem z plebanii i w domu wyrzuciłem z siebie to wszystko, co przez trzy lata ukrywałem. Gdyby rodzice mi wtedy nie uwierzyli, to nie wiem, jak by się to skończyło.

– Co zrobili?
– Bez zbędnych pytań pojechali do księdza. Później sprawę zgłosili dziekanowi, prałatowi L. Ten zapewnił, że biskup jest już powiadomiony, a ksiądz jest leczony. Biskup go na pewno przeniesie, a dla dobra Kościoła i dla dobra dziecka lepiej zachować milczenie i ranę zaleczyć… Nic się jednak nie stało, i to mnie utwierdziło w przekonaniu, że nie ma sensu sprawy drążyć.

– Twoi rodzice też tak myślą?
– Moja rodzina jest bardzo wierząca. Sądzę, że oni czują się jeszcze gorzej niż ja. Dlatego nigdy więcej z nimi na ten temat nie rozmawiałem. Jest takie przekonanie ludzi – byłych ofiar i ich rodziców – że ta walka nic by nie dała, a może jeszcze dodatkowo zaszkodzić. W takiej społeczności, jeśli coś się mówi źle na księdza, to znaczy, że się walczy z Kościołem.

– Dlatego wybrałeś ucieczkę?
– Gdy tylko skończyłem 18 lat, uciekłem, wyjechałem. Jak najdalej. Żeby o wszystkim zapomnieć. Wielu byłych ministrantów wybrało tę drogę.

– Nie myślałeś wówczas o tym, żeby zgłosić sprawę do prokuratury?
– O nas, dzieciach molestowanych przez księży, zwykło się mówić, że kłamiemy, bo chcemy wyciągnąć pieniądze, albo że jesteśmy pedałami, którzy chcieli biednego księdza wykorzystać. Nawet gdyby znalazła się grupa ministrantów, która chciałaby coś zgłosić w prokuraturze, to większości spraw dotyczy przedawnienie.

– Chodzisz do kościoła?
– Tak, ale rzadko. Na widok każdego księdza czuję podejrzenie i obrzydzenie. To, jak oni się zachowują i jak się kryją, powoduje, że przyciągają takich ludzi. Biskupi swoim zachowaniem pokazują: chodźcie do nas, będzie dobrze. To, jak się księży rozlicza, pokazuje ludziom, że oni są kimś ważniejszym, lepszym. Gdyby to zrobił nauczyciel w szkole, pewnie siedziałby w areszcie do wyjaśnienia.

– Ksiądz Andrzej wciąż ma w parafii zwolenników.
– Zwolenniczek, które piszą listy i petycje do biskupa, żeby go przywrócił na stanowisko proboszcza. Te osoby, które stoją za nim murem, mają też synów ministrantów. Być może to samoobrona, a być może ich synowie to akurat ci, którym ksiądz odpuścił. Było nas bardzo wielu. Na pewno nie wszystkim robił te złe rzeczy.

– Znasz takich, którym robił?
– Kiedyś kosiliśmy z kolegą trawnik przy kościele. Ksiądz zawołał Przemka. Nie było go chyba z godzinę. Zdawałem sobie sprawę z tego, co się tam dzieje, i cieszyłem się, że to nie ja, że mogę kosić. Jakiś czas później Przemek zapytał, czy i mnie ksiądz to robi. Zaprzeczyłem ze wstydu. Za jakiś czas on się powiesił. Wszyscy ministranci, których po latach o to pytałem, a było ich kilkunastu, potwierdzili, że ksiądz się do nich dobierał. Ale o szczegółach niewielu decyduje się mówić. Zresztą po co – i tak każdy z nas wie, że nic z tego nie będzie. Małe miasta mają to do siebie, że księża są bardzo związani z lokalnymi biznesmenami, przedstawiciele organów ścigania to dobrzy znajomi zarówno prałata L., jak i ks. S. Ktoś powinien wszcząć w tej sprawie śledztwo z urzędu. Tylko jak taki ktoś z Brodnicy może go przesłuchać, jak on wódkę z nim pił na jego urodzinach?!

– A ksiądz Andrzej wybiera konkretnych chłopców?
– Wybiera tych, których rodzice są mocno wierzący. Z nimi wchodzi w zażyłe relacje. To bardzo dobra taktyka, bo przecież łatwiej powiedzieć rodzicom, którzy nie przyjaźnią się z księdzem, niż wtedy, gdy wiesz, że twój tata czy mama, babcia i dziadek – wszyscy są w niego wpatrzeni.

– Może od czasu, gdy ty opuściłeś parafię, ksiądz się zmienił?
– Nie wierzę w to. Został usunięty. W Mszanie już go nie będzie, ale obawiam się, że trafi na kolejną parafię i będzie robił to samo. Dla mnie najdziwniejsze w polskim prawie jest to, że taka sprawa może się przedawnić…

###

Kuria księdza Andrzeja S. zawiesiła. Tymczasowo. Pewnie do wyciszenia sprawy. – Jestem zszokowany tym, że się przyznał – oświadczył kanclerz ks. dr Andrzej Nowicki

[2013] FaktyiMity.pl Nr 17(686)/2013

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: