FiM – Skandal wybuchnie

Pedofilia w Kościele katolickim to problem globalny. Zachodnie kraje od wielu lat zmagają się z seksualnymi skandalami księży. W Polsce na razie oficjalnie problemu nie ma, mimo że do różnych instytucji zgłaszają się setki poszkodowanych.

Rozmówcą „FiM” jest Wincenty Szymański – założyciel i pomysłodawca Ruchu Ofiar Księży. Stowarzyszenia, którego celem jest niesienie pomocy ofiarom pedofilii i ujawnienie seksualnych przestępstw Kościoła w Polsce.

– Na stałe mieszka pan w Kanadzie i tam pracuje. Jaki jest zatem cel wizyty w Polsce, bo przecież nie turystyczny?
– Przyjechałem, bo media nareszcie chcą się zająć sprawą przestępstw seksualnych księży. Niestety, nie są to rodzime telewizje. W USA sprawą zajął się „New York Times”, w Niemczech „Der Spiegel”. W Polsce ludzie nie są na to przygotowani, a dziennikarze nie wiedzą, jak to zrobić. „Fakty i Mity” walą prosto z mostu; inni tego nie potrafią, a raczej nie chcą. Otwieracie drogę poszkodowanym ludziom. Do prawdy i sprawiedliwości. Ofiary dzwonią i piszą do mnie. Wypełniają formularz, gdzie podają swoje dane i oczywiście także księdza oprawcy. Ja i moi współpracownicy to wszystko archiwizujemy.

– Dużo ludzi się zgłasza?
– Setki.

– Również poprzez SNAP (Stowarzyszenie Ofiar Księży Pedofilów)?
– Oni działają głównie w Stanach. Oczywiście wspieramy się wzajemnie. SNAP pomaga, jeśli na przykład Kościół zaczyna szantażować albo dyskredytować poszkodowanych, którzy chcą wyjść z cienia. Ma miliardy dolarów, więc stać go na niszczenie człowieka. SNAP wspiera ludzi w takich sytuacjach. W Stanach doszło do tego, że oskarżani księża nasyłali na ludzi na przykład urząd skarbowy. Poza tym pomawiają i dyskredytują. Prawnicy związani ze SNAP-em pomagają właśnie takim ludziom. Próbujemy współpracować z nimi i innymi instytucjami, ale na przykład w Polsce dowiadujemy się, że SNAP ma bardzo mało zgłoszeń. To kwestia strachu i braku zaufania do instytucji państwa. Państwa, które przecież w sposób niespotykany gdzie indziej jest indoktrynowane przez Kościół.

– W Polsce wciąż istnieje bezkrytyczne zaufanie do księdza, nawet seksualnego przestępcy…
– Ofiary nie mają czasem innego wyjścia, tylko milczeć. Ci, którzy przeciwstawią się księdzu, często są skończeni w swojej społeczności. Zwłaszcza na wsiach, gdzie można narazić się nawet swojej najbliższej rodzinie. Dlatego ten biedny, molestowany dzieciak nie pójdzie na policję, nie będzie szukał pomocy, bo się zwyczajnie boi. Nawet własnej matki czy ojca. Tymczasem wystarczy, że napisze do nas e-mail. Gwarantujemy stuprocentową dyskrecję. Ale jeszcze jedno mogę obiecać poza dyskrecją – to, że każdą sprawę załatwiam do końca. I niech nas przypadkiem nie uspakaja fakt, że statystyki w Polsce – jeśli chodzi o odsetek zjawiska pedofilii – nie są alarmujące. Tak się dzieje, bo organizacje badające sprawy pedofilii w Kościele dopiero raczkują, a większość danych i tak mają ode mnie.

– Dzwonią do pana dziennikarze?
– Oczywiście! Na przykład dzwoni ktoś z Polsatu i mówi: „Panie Szymański, nagrywamy program i może dałby nam pan nazwiska molestowanych dzieci”… Tak jakby chodziło na przykład o hodowców kanarków! Innym razem dzwoni TVN, bo pani Drzyzga robi to i to, więc proszą mnie o materiały i namiary na poszkodowanych ludzi. Czasami przysięgają, że zapewnią pełną anonimowość, i twierdzą, że nie będą pokazywać twarzy. Za każdym razem odpowiadam negatywnie. Dokumenty związane z poszkodowanymi ludźmi muszą być trzymane pod kluczem. Bo powstaje pytanie, co dalej po programie. Co oni z tym zrobią? Jeśli ktoś rozpozna ofiarę, to ona jest automatycznie zdyskredytowana.

– Co w takim razie robicie z tymi danymi, zgłaszacie na policję?
– Nie, nie możemy, bo większość przypadków jest przedawniona. Ujawnimy nasze materiały dopiero wówczas, gdy powstanie specjalna komisja sejmowa, która będzie się zajmować pedofilią kleru w Polsce. Coś na kształt takiego ciała, jakie powstało w Irlandii. Na razie wszystko trzymamy w naszych archiwach, ale gdy tylko posłowie poproszą o dane w celu ich zbadania, to od razu je dostarczymy. W Polsce muszą powstać odpowiednie warunki, żebyśmy wszystko przekazali władzom. A poza tym… Kto tą sprawą będzie się teraz zajmował? Ksiądz? Dopóki Kościół ma taką władzę jak ma, to musimy czekać. Mamy nadzieję, że już niebawem ta sytuacja się zmieni. Do Sejmu weszła antyklerykalna partia, na którą bardzo liczymy. Potrzebni są adwokaci, którzy dostaną zapłatę dopiero wtedy jak wygrają sprawę o odszkodowanie – w amerykańskim stylu. A to jest możliwe – według prawa międzynarodowego – bez względu na liczbę lat, która minęła od przestępstwa. Na razie większości ofiar księży nie stać na koszty związane z procesami sądowymi.

– Ale czy to nie strata czasu?
– Skąd! Czas tracilibyśmy, to prawda, ale działając wyłącznie w Polsce. Dlatego nawiązaliśmy kontakt z zachodnimi mediami, które właśnie kręcą materiał na temat pedofilii w polskim Kościele. Udało się znaleźć całkiem sporo ofiar, które nareszcie nie boją się ujawnić. Opowiedzą przed kamerami, co ich spotkało. Pochodzą z różnych stron kraju. Na razie materiał ukaże się w niemieckiej i angielskiej telewizji. Mamy nadzieję, że prędzej czy później i polska telewizja wykupi jego licencję. Poza tym jest przecież internet i przekaz satelitarny… To może być początek gigantycznej afery pedofilskiej nad Wisłą.

– Mówił pan wcześniej, że wiele spraw jest przedawnionych. Niektórzy księża pedofile są już mocno starzy. Pewnie dopiero w „piekle” odpowiedzą za to, co zrobili…
– Trzeba zmienić prawo. W Kalifornii gubernator Schwarzenegger na wniosek komisji badającej przestępstwa kleru zawiesił na trzy lata przepis mówiący o przedawnieniu. Całe trzy lata miały ofiary na zgłaszanie swoich roszczeń. I zgłaszały. Kościół musiał wypłacać wielomilionowe odszkodowania. W Polsce – zresztą nie tylko tu – gdy pojawia się ofiara, która oskarża jakiegoś księdza, to hierarchowie ukrywają natychmiast takiego delikwenta albo wysyłają na emeryturę w jakieś niedostępne miejsce. Nie wiem, czy ksiądz Maciaszek, który mnie molestował, jeszcze żyje. Dochodzą mnie słuchy, że nie umarł, ale gdzie jest, nikt nie wie. Po postu Kościół gdzieś go schował. Jestem jednym z tysięcy, którzy nie mogą dochodzić swoich praw.

– W Polsce to swoisty rytuał. Mieliśmy księdza pedofila ukrytego na Ukrainie, mamy oskarżonego o molestowanie, schowanego w jednym z domów dla emerytowanych duchownych, ale nie wiadomo w którym.
– Niestety. Warto w tym wypadku zauważyć, że ofiary nie żądają przede wszystkim więzienia dla takiego zboczeńca. Po pierwsze, chcą permanentnego odsunięcia go od pracy z dziećmi. Po drugie, chcą publicznych przeprosin. Po trzecie, chodzi o zadośćuczynienie – sfinansowanie terapii, która pomoże ofierze wrócić do normalnego życia. Co im to da, że ich oprawca pójdzie siedzieć na trzy lata?

– To oczywiście mało, ale ponad wszelką wątpliwość dewiant powinien trafić za kratki.
– Jasne, ale trzeba się poruszać w systemie prawnym danego kraju. Ja dostaję zgłoszenia z Polski. Innymi, w wymiarze bardziej globalnym, zajmuje się SNAP. Założycielka tego stowarzyszenia, Barbara Blaine, była w Polsce. Nie przyjechałem wówczas, ponieważ ona zajmowała się bardziej oskarżeniem papieża o tuszowanie przestępstw. Nie chcę mieszać się w te sprawy.

– Dlaczego?
– Niestety, do głosu musiał dojść zwykły rozsądek. Doradzono mi bowiem, żeby tego nie robić. Wiadomo, że Ratzinger z nominacji Wojtyły pracował w Kongregacji Nauki i Wiary, więc niemożliwe byłoby ruszenie sprawy Benedykta XVI bez nawiązania do Jana Pawła II (patrz zdjęcie). Oczywiste jest, że Wojtyła musiał o pedofilii księży wiedzieć, ale my – ofiary – nie powinniśmy, a raczej nie możemy występować przeciwko wszystkim naraz. Dopóki w Polsce mówisz o księżach pedofilach, to znajdą się ludzie, którzy przytakną, że trzeba coś z tym zrobić, ale gdy tylko wmieszasz w to polskiego papieża, to jesteś automatycznie przekreślony, bo dla ludzi on jest świętością. Niestety, nawet dla ofiar pedofilii.

– Czyli wiele z piszących do was ofiar pedofilii jest nadal wierząca i chodzi do kościoła?
– Tak. I trzeba to uszanować. Oni, mimo tych strasznych przeżyć, nadal są katolikami.

– W jakim wieku są ofiary, które do was piszą?
– Przeważnie to ludzie dorośli, którzy zdążyli się już ustatkować. Wszystkie, najważniejsze życiowe sprawy mają za sobą. Dzieci ochrzczone, po komunii, bierzmowaniu i tak dalej. Piszą do nas, że nie chcą umierać, nie załatwiając tej ostatniej sprawy. To ich męczy całe życie, więc w końcu chcą się tym zająć, wykrzyczeć to. Podobnie było ze mną. Otworzyłem się i zacząłem działać, kiedy moje dzieci były już dorosłe, a ja nie miałem nic do stracenia. Co ciekawe i symptomatyczne, piszą do nas również ludzie, którzy zapewniają, że się za nas modlą i każą nam robić to samo. Przysyłają nawet specjalne modlitwy. To „prawdziwi katolicy”, którzy jak zwykle nie rozumieją cierpienia ludzi. Zresztą identycznie postępują. Ofiara molestowania pisze do biskupa list, w którym mówi o przestępstwie jakiegoś duchownego. Co robi biskup? Odpowiada, że będzie się modlił za poszkodowanego. Nazwanie tego bezczelnością jest eufemizmem. Splunąłbym takiemu człowiekowi w twarz. Jaką trzeba być świnią, żeby tak lekceważyć ludzką tragedię? Nikt nie bierze tego pod uwagę. Także i tego, że przyznanie się do bycia molestowanym w dzieciństwie i oskarżenie o to księdza jest bardzo niebezpieczne i często kosztuje zdrowie psychiczne. Były przypadki, że robiono z takich ludzi wariatów. Można stracić rodzinę, przyjaciół, pracę i masę pieniędzy.

– W ultrakatolickiej Irlandii udało się w końcu przełamać zmowę milczenia. To samo w Niemczech. A co musimy zrobić w Polsce, żeby w końcu skruszyć mury Kościoła?
– Warto zauważyć, że kiedy Niemcy rozwijali swój kraj, my żyliśmyw głębokiej komunie, byliśmy zacofani. Tak… Można zmienić system w jeden dzień. Mówiąc kolokwialnie – robisz przewrót i masz demokrację, ale, niestety, nie da się tak szybko zmienić ludzkiej mentalności. Ludzi inteligentnych i wykształconych łatwiej przystosować do nowego, ale inaczej jest z resztą społeczeństwa, które potrzebuje pokoleń, aby zmienić swoje myślenie. Co ważniejsze – w Niemczech poza religią katolicką istnieją inne, równie silne. Katolicy to nie jedyny, silny Kościół, więc
cały naród nie będzie stał za nim murem jak w Polsce. Mentalność Zachodu to również znajomość swoich praw. Niemcy czy Irlandczycy nie proszą o pomoc, tylko jej żądają. Wiedzą, że obowiązkiem władz jest zapewnienie im bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Płacisz podatki i wymagasz; nie musisz prosić i poniżać się. Idziesz na policję, każesz im zająć się sprawą i oni to robią. W Polsce policjant też jest wierzący, a do tego służy do mszy, więc jeśli sprawą się zajmie, to nie z poczucia sprawiedliwości, ale z obowiązku i przymusu. Ważne są również media. Ofiara, wiedząc, że ma wsparcie w mediach, nie boi się. „New York Times” cały czas prowadzi infolinię dla ofiar pedofilii. Jeśli próbuje się kogoś prześladować, to dziennikarze stają za nim murem. W Polsce poza wami nie widać choćby w połowie tak odważnych mediów. Wiem jednak, że to się niedługo zmieni. Chociaż brzmi to nieprawdopodobnie, jestem przekonany, że skandal pedofilski w końcu w Polsce wybuchnie. Widzę powątpiewanie w pana minie. A co? Czy jeszcze pół roku temu ktokolwiek powiedziałby, że Roman Kotliński zostanie posłem
w tym katolickim kraju?

– Fakt. W Polsce media bardziej niż piekielnego ognia boją się siły Kościoła. Co więcej, wielu dziennikarzy jest pośrednio albo nawet bezpośrednio związanych z klerem.
– Dlatego rozmawiałem niedawno z Polsatem i obiecując im wywiad, zastrzegłem, że jeśli nie poruszą tej sprawy rzetelnie, to już nigdy nie będę z nimi współpracował i nie dam im żadnych informacji. Przestaną dla mnie istnieć. Wiem, co mówię, bo wiele razy udzielałem wywiadów, a one albo w końcu w ogóle nie ukazywały się, albo moje wypowiedzi ograniczano do jednego zdania. Dziennikarze przepraszali później i tłumaczyli, że decyzja przemilczenia mojej osoby zapadła gdzieś na górze. Inne z kolei media próbują mnie zdyskredytować. Zrobił tak na przykład Tomasz Lis. Jak tylko powiedziałem, że wszystkie drogi prowadzą do Watykanu, do papieża, to przerwał wywiad. Dokładnie wyglądało to tak, że zadał mi naraz pięć pytań i przerywał, kiedy zacząłem odpowiadać. Ośmieszył mnie, bo wyszedłem na jakiegoś oszołoma. Nie chcę mieć z nim już nigdy nic wspólnego. Wpływy polskiego Kościoła sięgają bardzo daleko. Daleko poza granice Polski. Waszą gazetę ciężko dostać nawet w Toronto. Ludzie albo boją się jej sprzedawać, albo ukrywają ją pod ladą.

– Taka jest, niestety, mentalność Polonii…
– Owszem, ale ta moherowa Polonia powoli wymiera. Koledzy moich dzieci są już zupełnie inni.

– Są wyliczenia z Irlandii mówiące, że w Kościele jedynie 4 procent księży to pedofile. Czyli co dwudziesty piąty ksiądz jest zboczeńcem! Zestawiając te dane z nauczycielami, musielibyśmy przyjąć, że w każdej szkole byłby przynajmniej jeden pedofil.
– Otóż to. Niech nawet będzie jeden zboczeniec na diecezję, jeden na województwo, to i tak dużo za dużo. Nie powinno i nie może ich być wcale. To mordercy ludzkich psychik, dla których człowiek jest śmieciem.

– Pana ten problem pedofilii dotknął osobiście…
– Tak. Mnie ksiądz molestował w pokoju na plebanii, gdzie było 30 osób. Zrobił to celowo, żebym ze wstydu się nie odezwał. To były stare czasy, kiedy w naszej miejscowości były raptem trzy telewizory. Ja byłem wtedy ministrantem i razem z kolegami często chodziliśmy na plebanię oglądać mecze piłkarskie, bo księża mieli jeden z tych telewizorów. Pamiętam, że oglądaliśmy wtedy mecz Polska–Niemcy. Ksiądz wikariusz C.M. celowo wówczas otworzył okno w pokoju i przykrył nas wszystkich kocami. Ja wraz z kolegą siedziałem pod jednym kocem z tym księdzem. W pewnym momencie zaczął rozpinać mi rozporek. Krew uderzyła mi do głowy, ale nie mogłem nic zrobić. Nie mogłem wstać z rozpiętym rozporkiem, bo dookoła było 30 moich znajomych. Myślałem, że umrę na zawał. To samo robił z drugim chłopcem, który leżał pod tym nieszczęsnym kocem. Na drugi dzień ksiądz powiedział do mnie: „Widzisz, Wicuś, jesteś taki sam jak ja. Podobało ci się, tak jak mnie się podobało”. Przez tego drania poznanie własnej seksualności zajęło mi wiele lat; długo nie wiedziałem, kim jestem. Ja byłem wtedy 13-latkiem, a on księdzem, magistrem psychologii. Nie znałem nawet słowa pedofil. Na szczęście miałem wówczas dziewczynę w miejscowości obok, w Twierdzy Modlin. Muszę powiedzieć, że chodziłem do niej sprawdzać, czy faktycznie ten autorytet w sutannie wie o mnie wszystko.

– Co dalej działo się z księdzem M.?
– Jego kariera w naszej parafii skończyła się bardzo szybko. Proboszcz ks. Piotr Skura, wyczuł, że coś jest nie tak, bo M. coraz częściej zamykał się z ministrantami w swoim pokoju i to wzbudziło podejrzenia zwierzchnika. W końcu ks. Skura zapytał mnie wprost, czy wikariusz M. lubi chłopców. Myślałem, że się ze wstydu pod ziemię zapadnę, ale odpowiedziałem twierdząco. Proboszcz zbladł i kazał mi nikomu o niczym nie mówić. Kazał mi przyjść następnego dnia na poranną mszę, a sam pojechał do Płocka, do biskupa. Przyszedłem rano i wtedy proboszcz powiedział mi, że M. już nie ma i nie będzie, a ja mam nadal siedzieć cicho. Nie wiedziałem wtedy, że istnieje coś takiego jak Crimen sollicitationis (watykański dokument zakazujący ujawniania pedofilów wśród księży –przyp. red.). Od tamtej chwili, czyli od rozmowy z ks. Skurą, rozpoczęła się walka ze mną i moimi dwoma kolegami, którzy też byli molestowani przez M. Na miejsce odesłanego pedofila do parafii przysłano księdza K., który miał wypełniać zalecenia Crimen sollicitationis. Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno. Jeden z płockich księży napisał do mnie e-mail, w którym tłumaczy, jak to wyglądało. W liście opowiada, że K. i jemu podobni, to takie watykańskie SB. Przysłali go do naszej parafii, żeby w każdy możliwy sposób zatuszował pedofilię wikarego. Obecnie przebywa w Płocku w sądzie biskupim i przesłuchuje m.in. ofiary księży pedofilów. Wówczas robił wszystko, żeby nas ośmieszyć i zdyskredytować. Zaczęło się od tego, że zakazano nam służyć do mszy. Później po naszej miejscowości zaczęła krążyć straszna historia na temat mojego kolegi. Mówiono że został przyłapany ze spuszczonymi spodniami i z jakimś małym dzieckiem. Oczywiście od razu go aresztowali i wsadzili do poprawczaka. To był chłopak z rodziny inteligenckiej więc dla Kościoła szczególnie niebezpieczny; dodatkowo mówił w szkole, że o księdzu M. powie swojemu tacie. K. musiał reagować natychmiast. O kolejnym koledze zaczęto mówić, że „jest pedałem”. Nie wiedziałem, co się dzieje, to byli moi przyjaciele. Jak w tamtych czasach przypięli taką łatkę, to byłeś społecznie martwy. Mnie zostawili sobie na koniec, choć również byłem mocno niewygodny, bo bardzo często jeździłem do Twierdzy Modlin, gdzie mieszkała moja dziewczyna i pracowała moja siostra. Ta miejscowość była wówczas bardzo komunistyczna. Wiedzieli, że jeśli któryś z tamtejszych oficerów dowie się o księdzu zboczeńcu, to będzie katastrofa.

– Mówił pan o tym rodzinie?
– Nie mogłem. Mój ojciec był fanatykiem katolickim. Poszedłem do niego i zapytałem: „Tato, czy ksiądz może być zły?”. W odpowiedzi usłyszałem, że mam się puknąć w głowę, bo ksiądz to ziemski namiestnik Chrystusa. Nie mogłem sprzeciwić się ojcu, bo dostałbym straszne lanie. Mama widziała, że jestem przybity i smutny. Wiedziała, że mam jakiś problem, zwłaszcza kiedy zaczęły się plotki mówiące, że i ja jestem pedał. Nie pytając mnie o nic, załatwiła mi pracę i wieczorową szkołę w odległych Katowicach.

– Zostawił pan wszystko i wyjechał?
– Nie miałem wyjścia. Tułałem się po Polsce. Byłem w „Solidarności”. Później trafiłem do Austrii, gdzie poprosiłem o azyl, a finalnie wyjechałem do Kanady i mieszkam tam z żoną i dziećmi do tej pory.

– Co się stało, że założył pan Ruch Ofiar Księży?
– Nie mogłem wyjść z traumy dzieciństwa. I nadal wierzyłem temu Kościołowi. Tak dalece zadziałała w moim życiu ich indoktrynacja, że wysłałem swoje dzieci do katolickiej szkoły. Na szczęście księżowskie nauczanie doprowadziło do tego, że moje dzieci nie chcą mieć z Kościołem nic wspólnego. Kiedy w Stanach na światło dzienne wychodziły zbrodnie księży pedofilów i w telewizji amerykańskiej codziennie można było usłyszeć o setkach poszkodowanych, zacząłem się zastanawiać, ile w Polsce jest takich osób. Takich jak ja, co to bały się przez lata i nadal boją się ujawnić. Pomyślałem, że choćby było tylko kilka, to warto im pomóc. Ale to „kilka” – gdy założyłem Ruch Ofiar Księży – zamieniło się w setki. Myślę, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Chcę im wszystkim pomóc, żeby nie przechodzili takiej traumy jak ja.

[2011] FaktyiMity.pl Nr 48(613)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: